Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Świecidełka dla tubylców

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 28 minut

Krótkiej wizycie sekretarza stanu USA Johna Kerry''ego w Warszawie towarzyszło podekscytowanie niewspółmierne do jej rangi. Dlaczego każdy przejaw zainteresowania ze strony zagranicy odbieramy jako zaszczyt?

My, Polacy, tak mamy, lubimy niskie ceny, lubimy smacznie zjeść" - przekonywała niedawno w kampanii reklamowej pewna sieć sklepów. Ten slogan można twórczo rozwinąć. W nowej wersji brzmiałby on tak: "My, Polacy, tak mamy, zawsze się czegoś wstydzimy". Albo: "My, Polacy, tak mamy, lubimy czuć się gorsi od innych".

Przykład niedawny. Wizyta w Polsce amerykańskiego sekretarza stanu Johna Kerry''ego. Wizyta od początku bez większego znaczenia, choć przez rządowo-sejmową machinę propagandową pompowana do granic wytrzymałości. Czego to nam ten Kerry nie obieca, co ma nam do zaproponowania, może wreszcie będzie ostateczna deklaracja w sprawie zniesienia wiz, a może amerykańska prośba do nas, maluczkich, o pomoc w ogarniętym konfliktem rejonie świata?

Nic z tych rzeczy. Kerry pospacerował po Nowym Świecie w Warszawie, kupił w sklepie bułkę, niezobowiązująco, właściwie bez potrzeby, wymienił po zdaniu, pewnie o pogodzie, z przypadkowymi przechodniami, a na koniec się pomylił, nazywając zmarłego niedawno Tadeusza Mazowieckiego byłym ministrem spraw zagranicznych. Bilans imprezy był zatem lekko żenujący. Nie zwolniło to nas jednak z niesamowitego przejęcia, jakie towarzyszyło krótkiemu pobytowi amerykańskiego dygnitarza. Były opozycjonista i senator startujący w wyborach z poparciem PO Józef Pinior, zauważając, że góra urodziła mysz, stwierdził nawet, bardzo celnie, iż "zachowujemy się jak plemiona tubylcze, którym ktoś przynosi paciorki. I jesteśmy pełni ekscytacji, że Kerry przyjechał do Polski. Sojusz z Ameryką powinien być priorytetem w polskiej polityce. Ale to nie oznacza, że powinna to być polityka paciorkowców. A nie wiemy nawet, jakie są rzeczywiste cele tej wizyty".

Dyktatura opakowania

- Są dwa powody naszego specjalnego, by nie powiedzieć: nabożnego, stosunku wobec Ameryki - tłumaczy Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego. - Po pierwsze historyczny: gdy świat miał charakter dwubiegunowy, Ameryka była po jasnej stronie mocy. A my, choć w objęciach ciemnej strony, sercem i umysłem staliśmy po stronie USA. Nawet nie tyle Zachód, ile właśnie Ameryka dawała nam nadzieję, że komunizm w końcu musi upaść. I tak się stało. Po drugie, jak przekonuje ekspert, Ameryka to wciąż jedyne globalne supermocarstwo, które - choć już nie w takim stopniu jak jeszcze dekadę temu - wciąż dzieli i rządzi. Nie dziwi więc, że kraj średniej wielkości taki jak Polska, mocno doświadczony przez najbliższych sąsiadów, chce mieć specjalne relacje z USA. Tyle że Stany Zjednoczone wiedząc o tym, mogą grać naszą przychylnością, co zdaniem części obserwatorów ma miejsce.

Ale zostawmy Amerykę. Ona jedynie w niewielkim stopniu symbolizuje nasze poczucie niższości, naszą stałą, silnie osadzoną wewnętrzną potrzebę udowadniania sobie i innym, że jesteśmy tak samo ważni i tak samo potrzebni światu jak duże potęgi europejskie. Podświadomie wiemy, że wcale tak nie jest, a starając się zaklinać rzeczywistość, jedynie utwierdzamy innych w przekonaniu, iż polskie kompleksy to fundament naszego funkcjonowania, coś, co w podzielonym wewnętrznie kraju scala nas niezwykle skutecznie. Bo jest w nas i będzie jeszcze długo.

- Kompleks Polski w wielu dziedzinach naszego życia jest zjawiskiem o charakterze strategicznym, definiującym nasze relacje z innymi narodami i krajami. Zauważmy, że kiedy jesteśmy za granicą, staramy się nie mówić zbyt głośno po polsku - mamy to mocno wbite do głowy. Wydaje się nam, że to wstydliwe, że skoro jesteśmy poza Polską, to i innym językiem powinniśmy się posługiwać. A ponieważ nie zawsze znamy inne słowa niż "proszę" i "dziękuję", to spirala kompleksów się nakręca - wyjaśnia dr Paweł Fortuna, psycholog z KUL, doradca firm i trener biznesu.

Niepewność i brak wiary we własne siły widać, zdaniem Pawła Fortuny, jak na dłoni w dwóch dziedzinach, którymi zajmuje się na co dzień: nauce i biznesie. Wielu wykładowców oczekuje np. od swoich studentów, by w pracach i na egzaminach powoływali się na doświadczenia zachodnie. Ma to im dawać znacznie większą szansę na uzyskiwanie dobrych ocen. Przez to często wyłączają swoje myślenie, a opierając się na pożądanych przez profesorów prostych modelach amerykańskich, nie tworzą żadnej nowej wartości intelektualnej. Tymczasem bywa, że polskie doświadczenia naukowe, które studenci mogliby rozwijać, są na znacznie wyższym poziomie zaawansowania. Nie mają jednak siły przebicia, bo nikomu nie zależy na ich promocji.

Podobnie jest w biznesie. Zachodnie wzorce są plastikowe, jedną z ich głównych zalet są "kolorowe opakowania", a mimo to wciąż większą uwagę przywiązujemy do nich niż do merytorycznych rozwiązań spoza USA, często znacznie głębiej dotykających określonych tematów. - Amerykanie to zwykle biznesowi szamani, hipnotyzerzy zarządzania, trendsetterzy nieznający trendów. To grupa mitomanów, którzy swój autorytet w dużym stopniu opierają na kraju, z którego pochodzą. Ci ludzie nie budują niczego nowego, od lat przekazują tę samą, coraz mniej użyteczną wiedzę w lekko modyfikowanym garniturze anegdot. Mimo to w Polsce wciąż bardziej działa amerykański mit niż europejska jakość. Wolimy, by ktoś obcy mówił nam: "Good job", niż stan, w którym sami, ufając swoim, wcale już niemałym doświadczeniom, stajemy się dla siebie autorytetem i sami sobie dajemy prawo do dokonywania autoocen - dodaje dr Fortuna.

Źródłem naszych kompleksów jest także pozornie wysokie przekonanie o własnej wartości, które w gruncie rzeczy jest jednak dość miałkie. Łatwo je podważyć, poddać surowej ocenie. Nie umiemy go bronić, w starciach wolimy raczej używać siły i agresji niż rzeczowych argumentów, których nam brakuje. Nasza potęga to wyobrażenie, wydmuszka, z której coraz częściej zdajemy sobie sprawę.

- Nie jesteśmy wynalazcami ani producentami, nie ma rzeczy, w której masowo bylibyśmy świetni. Niemcy robią świetne samochody, Czesi piwo znane na całym świecie. My nie celujemy w niczym. Zdajemy sobie z tego sprawę i to źródło naszego negatywnego postrzegania rzeczywistości, oglądania się na innych, podziwiania ich - ocenia dr Wojciech Jabłoński, ekspert marketingu politycznego. - Tak jak w polityce zagranicznej mamy permanentny kompleks peryferyjnego małego kraju bez znaczenia, który musi być przyklejony do silniejszych, aby przeżyć, tak i w życiu codziennym uważamy się za gorszych, słabszych, mniej zdolnych od mieszkańców innych krajów.

Ilu nas, tyle obaw

Socjologowie pogrupowali polskie kompleksy i wyszło im, że powody do czucia się gorszymi mamy w niemal wszystkich dziedzinach życia. Listę otwiera kompleks osobisty, który zwykle objawia się koniecznością udowodnienia otoczeniu, poprzez tworzenie pozorów, że jest się dużo lepszym, niż wygląda to w rzeczywistości. Można mieć brudne mieszkanie (pod warunkiem że nikogo się nie zaprasza), nie dojadać, nie organizować dzieciom żadnych dodatkowych zajęć, ale trzeba koniecznie mieć świetny samochód. Gdy zaparkujemy go pod blokiem, sąsiedzi dojdą do wniosku, że musimy być nieźle sytuowani, czyli mądrzy i przedsiębiorczy. A że na obiad przez tydzień jest jajecznica z czerstwym chlebem, ma mniejsze znaczenie, bo tego przecież sąsiedzi już nie widzą.

Kolejny jest kompleks urodzenia, doskonale znany tzw. słoikom, ludziom z małych miejscowości, którzy przyjeżdżają do dużych miast robić karierę. Ale nie są w stanie lub nie chcą się odciąć od korzeni oddalonych często o kilkaset kilometrów. Wracając z wizyty w rodzinnym domu, przywożą w słoikach jedzenie, które szykują rodzice, dzięki czemu koszty życia w metropolii są niższe. Dla miejscowych są często inną, niższą kategorią mieszkańców. Wyszydzani i wyśmiewani, automatycznie i podświadomie stają się chodzącymi kompleksami. Choć zwykle dobrze to maskują.

Kategoria następna: wiedza na każdy temat, która zweryfikowana staje się źródłem wstydu. A raczej niewiedza, zlepek półprawd i obiegowych sądów, podpartych populistyczną, kolorową papką serwowaną przez część mediów. Wiedza ta, na której się opieramy i z której bywamy szaleni dumni, jest jak gąbka - wygląda na dużą, ale ściśnięta robi się kilka razy mniejsza.

Na uwagę zasługuje również kompleks przeszłości - przywiązywanie zbyt dużej wagi do tego, co było, kosztem tego, co jest i będzie. W opinii specjalistów jego powodem jest brak dumy z tego, co nas otacza, a także coraz większe obawy o przyszłość. Czytamy historyczne książki, w których opisane są chwile glorii polskiego narodu, oglądamy historyczne seriale, w których pokazano naszą potęgę i nasz moralny kręgosłup. Czujemy się lepsi, niż w rzeczywistości jesteśmy. Historyczne sukcesy narodowe są dla nas erzacem prawdziwej potęgi, za którą tęsknimy. Ale choć buława wystaje nam niemal z każdego plecaka, nie mamy skutecznych narzędzi, by sen o potędze zrealizować. Zresztą brakuje nam także wiary, że na jakikolwiek wymierny, poważny sukces nas stać.

- Głównym źródłem kompleksów jest właśnie ten porażający brak wiary we własne możliwości i w spektakularny sukces. Gdy w zachodniej prasie pisze się dobrze o Polsce i Polakach, szalenie nam to imponuje, ale jesteśmy również tym bardzo zdziwieni. Jak to: dobrze? O nas? To chyba jakaś pomyłka - przekonuje Jarosław Makowski. Uznajemy coś za sukces, pozbywając się kompleksów, dopiero gdy wagę tego, co robimy, potwierdzi ktoś z zewnątrz. Na przykład znany zachodni, unijny lub amerykański, polityk. Innymi słowy na nasze sukcesy i porażki spoglądamy oczami zewnętrznych obserwatorów. Co wynika z braku przekonania o własnej wartości. By się tego pozbyć, musimy spojrzeć na swoje sukcesy i porażki własnymi oczami, co w praktyce oznacza przejęcie pełnej odpowiedzialności za nasze czyny. Inaczej nigdy się nie pozbędziemy wielkiej potrzeby naśladownictwa, która bywa motorem naszych działań.

Modernizacja imitująca

Wyrazem tej potrzeby kopiowania jest zjawisko, z którym mamy w Polsce do czynienia niemal od lat. Eksperci nazwali je modernizacją imitującą. Prezydent Lech Wałęsa chciał budować drugą Japonię, premier Tusk drugą Irlandię, Jarosław Kaczyński wciąż planuje zbudować nad Wisłą drugie Węgry. - Tymczasem Polaków, wbrew tej politycznej retoryce, stać było na własny model wychodzenia od komunizmu do demokracji, od gospodarki planowej do wolnorynkowej. Dopóki każdy z nas nie zrozumie, że lepszy jest mały, ale własny sukces, niż kopiowanie rozwiązań innych państw, zawsze będzie się pojawiać przekonanie, że obce, zachodnie modele są lepsze. Pytanie, czy pokolenie polityków, którzy byli ćwiczeni w takim myśleniu, a którzy dziś rządzą Polską, jest w stanie taki głęboko osadzony schemat pokonać - dodaje szef Instytutu Obywatelskiego.

W opinii dr. Wojciech Jabłońskiego nie jest. Wynika to ze zjawiska, na które dr Jabłoński powołuje się dość często - skostnienia i niewymienialności polskich elit politycznych. Ponieważ nie są one niczym zagrożone, bo w takiej czy innej konfiguracji znajdą się w pozycji dającej władzę i wszelkie jej apanaże, a w pozostałych okresach przetrwają, nieźle prosperując na rachunek podatnika, nie czują zagrożenia i presji, która popychałaby ich do działań realnych, a nie pozornych. - Gdyby w Polsce było tak jak w Anglii, gdzie jest pięć klas społecznych, sytuacja byłaby bardziej dynamiczna, a kompleksy znalazłyby się pod kontrolą - prorokuje dr Paweł Fortuna.

Wydaje się, że gdyby udało nam się uniknąć II wojny światowej i zajęcia Polski przez komunistów, historia dałaby nam szansę oprzeć porządek społeczny na radykalnie odmiennych zasadach. Na klasach: niższej, średniej niższej, średniej, średniej wyższej oraz na elicie z arystokratycznej klasy wyższej. W takim, dziś jedynie teoretycznym, porządku społecznym kompleksy i wynikające z nich napięcie moglibyśmy skanalizować jak na Wyspach, w dwóch grupach. Średniej niższej, która robi wszystko, by nie spaść najniżej, i średniej wyższej, która aspiruje do bycia spiritus movens dobrych obyczajów i niepodważalnych norm. Niestety to jedynie zagadnienie z cyklu, co by było gdyby.

Trudne dziedzictwo

Z kompleksami dość trudno będzie się nam uporać, bo weszliśmy z nimi w nową rzeczywistość w 1989 r. Wtedy zresztą było je widać na każdym kroku. Na bazarach sprzedawały się tylko te ubrania, na których widniały (nieważne, że nie zawsze oryginalne) metki zachodnich marek. Kiedy Polskę zalano pierwszymi zachodnimi telewizorami takich marek jak Otake czy Funai, rzucaliśmy się na nie jak na świeże bułeczki, a kolejki w sklepach z elektroniką przypominały te po mięso w latach 80., zaraz po dostawie. Ta trudna do pokonania chęć nabycia dóbr nowych czasów, wcześniej zupełnie nieosiągalnych, przysłaniała nam zdrowy rozsądek, ale była silniejsza od nas. Była bowiem szybką, prostą próbą odreagowania kompleksu, który narastał w polskim społeczeństwie przez 45 lat PRL.

- Żaden towar bez kolorowego stempla nowoczesności nie miał racji bytu, nie mógł odnieść rynkowego sukcesu. Pamiętam setki śmiesznych amerykańskich neologizmów tworzonych po to, aby nazwać sklep z wódką albo warsztat samochodowy - wspomina dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Na niektórych domach zaczęto wywieszać amerykańskie flagi, tak bardzo chcieliśmy się czuć Zachodem. We wszystkim już od początku transformacji szukaliśmy wzorców do naśladowania i punktów oparcia, czując, że daleko nam do świata, do którego zaczęliśmy aspirować.

Dla Niemców najlepsze są Niemcy - bo to kraj zamożny, sprawiedliwy, hojny dla obywateli. Dla Szwedów Szwecja - bo mimo konieczności płacenia wysokich podatków opiekuje się swoimi obywatelami od kołyski aż po grób. Dla Francuzów - tylko Francja, przecież to wciąż wielka światowa potęga, a poza tym te wina, te sery. Dla Belgów liczy się Belgia - ma oświetlone autostrady i najlepsze frytki na świecie. Dla Amerykanów Ameryka - chroni swoją potęgę, pomaga odrzuconym, daje poczucie, że każdy może tu zostać kimś, choćby na starcie był nikim. A dla Polaków? Wszystkie te kraje bardziej niż nasz.

@RY1@i02/2013/221/i02.2013.221.000000500.101.jpg@RY2@

Corbis/FotoChannels

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.