Wasza Wysokość, prosimy o głos!
Co byście pomyśleli o kraju, który pozbawia swoich obywateli prawa głosu jedynie dlatego, że przez jakiś czas mieszkają poza jego granicami? Na przykład o Polsce odbierającej swojemu obywatelowi jego demokratyczne prawa tylko dlatego, że od piętnastu lat przebywa w Berlinie. Być może wyjechał po przejściu na emeryturę do Niemiec, by być bliżej swoich dzieci, ale świadczenia wciąż wypłaca mu polski rząd. Być może się zakochał i przeniósł do Berlina, by mieszkać z partnerem lub partnerką. Jest wiele powodów, dla których ludzie decydują się mieszkać poza swoim krajem urodzenia, i w dzisiejszym świecie nie stanowi to poważnego problemu.
Żaden znany mi kraj demokratyczny nie rozważa pozbawienia obywateli fundamentalnego prawa wyboru rządu tylko dlatego, że żyją oni poza jego granicami. Rządy muszą respektować prawa swoich obywateli i ich chronić, bez względu na to, gdzie ci zdecydowali się mieszkać. Tak przynajmniej sądzi większość Europejczyków. W końcu jaka jest różnica dla Brytyjczyka, czy mieszka we Francji, czy w Wielkiej Brytanii, skoro do Londynu łatwiej się dostać z Paryża niż z Edynburga?
Istnieje jednak wyjątek i tym wyjątkiem jest właśnie Wielka Brytania. Kraj, który się chwali, że jest kolebką demokracji, matką parlamentaryzmu, ma całkiem miłą królową i bardzo dobre piwo (w ten sposób udowadniam, że jestem Anglikiem: kto inny lubiłby ciepły browar bez bąbelków?). A jednak w przyszłym roku zostanę pozbawiony praw wyborczych, ponieważ mieszkam poza granicami Zjednoczonego Królestwa od ponad 15 lat. Powinienem tu wspomnieć, że płacę w Wielkiej Brytanii podatki i składki emerytalne, będę dostawał brytyjską emeryturę, mam bliską rodzinę w Anglii (synów i wnuków, gdyby to kogoś interesowało) i przez wiele lat dokładałem się do rozwoju brytyjskiej gospodarki. Także wiele aspektów mojego życia zależy od tego, jacy politycy akurat rządzą w parlamencie. Dziedziczenie, decyzje o przystąpieniu do wojny, dostęp do służby zdrowia, rozwody, konta bankowe, usługi finansowe, prawa podróżnego i tak dalej, i tak dalej.
W ubiegłym tygodniu Warszawę odwiedziła jedna z niezłomnych bojowniczek o pełne prawo do głosowania dla brytyjskich obywateli mieszkających za granicą - Margaret Hales. Swego czasu dostała ona Order Imperium Brytyjskiego za służbę publiczną w Milton Keynes, niewielkim miasteczku, które powstało niedawno pod Londynem. Wraz z mężem postanowiła spędzić emeryturę w Hiszpanii i została pozbawiona prawa głosu. Najwyraźniej nawet uznanie ze strony królowej nie chroni cię przed ograniczeniem fundamentalnych w demokracji praw.
Przy okazji Margaret opowiedziała nam historię związaną z przyznaniem jej orderu. Ona i inni wyróżnieni znaleźli się wcześniej w elitarnej galerii sztuki w Pałacu Buckingham. Nadęty lokaj we fraku ze złotymi szamerunkami poinformował ich o protokole, poinstruował, co mówić do różnych członków rodziny królewskiej, kto będzie obecny itd. Był to czas konfliktu Karola z Dianą i nie miałeś wyjścia - musiałeś opowiedzieć się za jedną albo drugą stroną. Gości poinformowano, że rodzinę królewską będzie reprezentował Karol. Margaret była wtedy zaangażowaną bojowniczką o pokój w Irlandii Północnej i na tę wieść chciała odmówić odebrania nagrody, a przy okazji wygarnąć księciu Karolowi, co myśli o sytuacji politycznej w kraju. W końcu zmieniła zdanie i z ceremonii wyszła oczarowana osobowością księcia. Jak widać, monarchia nie straciła swojego magicznego uroku.
Wróćmy jednak do meritum. Niesprawiedliwość szerzy się w Wielkiej Brytanii. Na całym świecie mieszka ponad pięć milionów obywateli brytyjskich, z czego około półtora miliona w Europie. Nie wszyscy chcą utrzymywać kontakty z rodzimym krajem, ale wszyscy zostaną pozbawieni praw obywatelskich po 15 latach, chyba że zdecydują się przyjąć obywatelstwo swojej nowej ojczyzny. Stawia to obywateli brytyjskich wobec dylematu: stracić prawa polityczne czy przyjąć nową narodowość.
W globalizującym się świecie mamy rosnącą liczbę obywateli demokratycznego kraju bez prawa głosu. Taka sytuacja jest nie do zaakceptowania i nie jest to kwestia czysto akademicka. Brak praw politycznych oznacza, że ignorowane są interesy milionów ludzi. W ciągu kilku lat odbędzie się referendum, które zdecyduje, czy Wielka Brytania ma pozostać w Unii Europejskiej, czy też z niej wyjść. Wielu spośród tego półtora miliona nie będzie się mogło wypowiedzieć w sprawie absolutnie kluczowej dla nich i dla ich rodzin. Obecny rząd atakuje prawo do otrzymywania przez Brytyjczyków mieszkających za granicą deputatu węglowego (który jest pośrednią formą podniesienia jednych z najniższych w Europie emerytur), a także chce im zabrać świadczenia zdrowotne. Warto pamiętać, że wielu Brytyjczyków chce po zakończeniu kariery zawodowej na Wyspach spędzić emeryturę w Europie, odciążając w ten sposób brytyjski system opieki społecznej i zdrowotnej. Jednak ten znaczący wkład brytyjskich obywateli mieszkających za granicą w rodzimą gospodarkę może zostać łatwo zignorowany przez naszych polityków, ponieważ "zagraniczni" Brytyjczycy głosu nie mają.
Tak być nie musi. Zagraniczni obywatele Francji mają przecież własną reprezentację parlamentarną, a kilka krajów UE zastanawia się, czy nie pójść tą drogą. Nawet Polska może się zetknąć z tym problemem w niedalekiej przyszłości. To logiczna konsekwencja wolnego przepływu obywateli w ramach UE i zglobalizowanego świata, w którym żyjemy. Dla skutecznie działającej demokracji warunkiem wstępnym jest, byś mógł głosować bez względu na to, gdzie mieszkasz i jak długo.
Moi drodzy polscy czytelnicy. Następnym razem, gdy usłyszycie, jak jakiś brytyjski polityk mówi o demokratycznych prawach oraz wadze wolnych i uczciwych wyborów w odległych częściach świata, zgódźcie się, ale nie zapomnijcie też zacisnąć nosa, by nie doleciał was przykry zapaszek hipokryzji.
Wróćmy na koniec do Margaret. Podejmuje ona szczytną tradycję swojej poprzedniczki - Emile Panhurst, która sto lat temu walczyła o prawo wyborcze dla kobiet. Tym razem chodzi o prawo wyborcze dla obywateli brytyjskich mieszkających za granicą. I także skończy się sukcesem, ponieważ prawo do głosowania jest fundamentalne dla każdego kraju mieniącego się demokracją. Powodzenia, Margaret.
W przyszłym roku zostanę pozbawiony praw wyborczych, ponieważ mieszkam poza granicami Zjednoczonego Królestwa od ponad 15 lat
Tłum. TK
@RY1@i02/2013/203/i02.2013.203.000002600.803.jpg@RY2@
Tim Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Tim Clapham
psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu