Jaką kartą zagramy
W przedreferendalnym (czytaj ekspresowym) tempie stołeczni radni uchwalili kartę warszawiaka dla płacących PIT w Warszawie. A ja nie wiem, czy cieszyć się, czy płakać. Bo z jednej strony to dla mojej, zamieszkałej w stolicy rodziny oznaczać powinno kilkaset złotych oszczędności w skali roku. Choć wolałabym, żeby za te pieniądze dzieci znajomych (moje już zanadto wyrosły) miały w szkole lekarza, a przynajmniej pielęgniarkę albo nawet, jak w Lublinie, stomatologa. Albo, póki jest jeszcze szansa na unijne dotacje, żeby mój dom i inne podłączono do wody, kanalizacji czy gazu, bo mieszkając w największej polskiej metropolii, dostępu do tych dóbr nie mam.
Z innej strony zastanawiam się także, czy takie ulgi są społecznie zasadne. Przecież PIT to tylko jeden z podatków wpływających do miejskiej kasy. Ci, którzy go wnoszą, są warszawiakami od pokoleń albo na tyle dobrze zarabiającymi, że stać ich na wynajęcie kawalerki za 1500 zł miesięcznie lub banki uznały, iż są w stanie spłacić kredyt, za który kupili warszawskie mieszkanie. Ci, których zarobki są niższe, szukają miejsca zamieszkania w miastach w pobliżu stolicy: Legionowie, Grodzisku, Mińsku, Otwocku, Piasecznie czy Błoniu. Tam mieszkanie można znaleźć za niewiele ponad pół ceny obowiązującej w stolicy, a pokój wynająć bardzo tanio. Czy więc setki tysięcy niezbędnych wielkiemu miastu, a słabo opłacanych pielęgniarek, salowych, pracowników gastronomii i sprzedawców mają zacząć płacić podatki w stolicy? Jest to teoretycznie możliwe, bo przecież płacenie PIT nie jest dziś związane z meldunkiem. Czy jest jednak fair wobec podstołecznych miejscowości, dla których każdy podatnik jest na wagę złota?
Myślę też, jak się poczuję, gdy odwiedzą mnie na dłużej znajomi z Berlina lub Paryża, którym będę musiała wytłumaczyć, że mają zapłacić więcej w autobusie, bo nie odprowadzają w stolicy PIT. Z pewnością pomyślą, że Warszawa to nie jest gościnne miasto, więcej, mogą sobie przypomnieć, że jako podatnicy bogatszych państw UE dorzucają się do naszych inwestycji i nie wiadomo, dlaczego są gorzej traktowani.
Bardziej podoba mi się pomysł karty rodziny. Nie tylko tej bardzo dużej, ale każdej posiadającej dzieci, bo większości rodzin na dorobku nie stać nie tyle na utrzymanie, ile na wychowanie licznego potomstwa. Jednak i w tym przypadku zastanowiłabym się nad współpracą z okolicznymi gminami. Bo np. teatry mamy w stolicy, a chętnych do obejrzenia spektakli ze zniżką także poza jej granicami.
Obawiam się tylko jednego. Że gdy minie referendalna gorączka, niezależnie od tego, kto okaże się zwycięzcą, to żadna z tych inicjatyw nie dojdzie do skutku. Choćby z powodu braków formalnych.
@RY1@i02/2013/196/i02.2013.196.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadzący
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadzący
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu