Czasem za tanio, czasem za drogo
Ciekawa jestem, czym skończy się rozstrzyganie przetargów wyłącznie według kryterium najniższej ceny. Chodzi mi zwłaszcza o zamówienia na odbieranie, a niekiedy na odbieranie i zagospodarowanie odpadów komunalnych. Niektórzy złożyli tanie oferty, które nie pokrywają nawet kosztów przewozu i składowania odpadów, więc będą prawdopodobnie próbowali oddawać zmieszane śmieci na tanie składowiska lub wręcz pozbywać się ich na dziko. Jednak ustawa z 13 września przewiduje kary dla nierzetelnych przedsiębiorców. Najbardziej dotkliwa finansowo - za zmieszanie selektywnie zebranych śmieci - wynosi do 50 tys. zł. Tym problemom poświęcamy dziś temat tygodnia na stronach 4-5.
Kary nakłada najczęściej gmina i na miejscu jest pytanie, czy nie będzie przymykała oka na niezgodną z prawem działalność wybranych przez siebie firm. Z pewnością przymykałaby, gdyby chodziło o własne jednostki komunalne (o ile wygrały przetargi). Ustawodawca zadbał jednak, żeby w takim wypadku kary wymierzał wojewódzki inspektor ochrony środowiska. Obawiam się jednak, że tym obciążonym wieloma obowiązkami i jednocześnie dysponującym skromną kadrą instytucjom trudno będzie zapanować nad kolejnym zadaniem i reforma może się okazać niespecjalnie udana, zwłaszcza w wymiarze ekologicznym.
O ile jednak cenami śmieci samorządy się interesują, o tyle możliwością zarobienia na drewnie z wyciętych drzew - już nie. Najwyższa Izba Kontroli wykryła, że tylko cztery z 22 skontrolowanych miast miały zorganizowany system sprzedaży drewna z wycinek w parkach, zieleńcach czy z innych terenów gminnych. Reszta nawet się nie zainteresowała, że można na tym zarobić, albo wręcz uznała, że drewno to odpad. Aż trudno sobie wyobrazić, iż żaden z włodarzy czy radnych nie ma kominka lub pieca na paliwo stałe i nie wie, jaką wartość ma nawet gorsze drewno przeznaczone na opał. Jestem przekonana, że nikt nie wyrzucał pni na wysypisko. Inspektorzy NIK też nie byli sobie tego w stanie wyobrazić i w kilku przypadkach zawiadomili o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Więcej na ten temat na stronie 3.
Dziwi mnie też polityka miast i państwa (a właściwie jej brak) w stosunku do rzemiosła. Ani w skali kraju, ani województwa, ani w Głównym Urzędzie Statystycznym, ani w związku rzemiosła nie ma danych, ilu mamy wykonujących usługi krawców, szewców, hydraulików czy fryzjerów. Bo w cechach zrzeszona jest tylko część, a reszta - to przedsiębiorcy. Małe warsztaty znikają z centrów miast, choć zajęcie dla takich fachowców w dobie specjalizacji oraz pracujących babć i dziadków by się znalazło. W tym wypadku samorządy potrafią liczyć pieniądze. Bank, towarzystwo inwestycyjne czy firma ubezpieczeniowa dadzą więcej, to im wynajmą lokal. I zamiast tętniących życiem uliczek w centrach miast mamy pustą, nieprzyjazną przestrzeń, która wprawdzie lśni blaskiem czystych szyb, jednak mało kogo zachęca do wejścia. Za to konieczność skrócenia spódnicy czy naprawienia obcasa oznacza krajoznawczą wyprawę na peryferia, gdzie jeszcze trochę fachowców, korzystając z niższych czynszów lub lokali we własnych domach, się ostało. O tym problemie piszemy na stronie 8.
@RY1@i02/2013/157/i02.2013.157.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadząca
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadząca
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu