Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Żerując na państwie

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 61 minut

Nasze państwo osiągnęło mistrzostwo. Nie w walce z bezrobociem czy w podnoszeniu standardów życia. Ale w zmuszaniu nas do bycia społecznymi pasożytami. Zachęca nas do łamania norm. I tak sobie udajemy - ono, że nas chroni, my, że je szanujemy

Andrzej Majewski, polski aforysta, pisarz i publicysta, ujął niezwykle celnie nasz stosunek do państwa jako struktury: "Dobrze zorganizowaną grupę przestępczą nazywamy mafią, najlepiej zorganizowaną mafię nazywamy państwem". Janusz Korwin-Mikke swoim zwyczajem bezkompromisowo dorzuca do tego jeszcze, że "państwa to dzisiaj najgroźniejsze gangi świata". W takiej atmosferze egzystujemy wspólnie od dawna. Państwo nie ufa obywatelom, obywatele lekceważą państwo. Państwo otwiera furtki do omijania przepisów, obywatele ochoczo przez nie przechodzą.

Polska zarządzana przez polityków narzuca nam, obywatelom, określone normy działań, a potem wymaga od nas ich spełniania. Problem w tym, że normy te dość często są zawężające, a nie rozszerzające i z wolnym, liberalnym społeczeństwem nie mają nic wspólnego. Nie opierają się na złotej rynkowej zasadzie mówiącej o tym, że jeśli coś nie jest zakazane, jest dozwolone, ale na jej zaprzeczeniu. - Polskie opresyjne państwo dyktuje nam regułę, że jeśli coś nie jest dozwolone, jest zakazane. W takich warunkach trudno o szacunek dla struktury, aparatu i działań państwa. Nie oczekiwałbym na miejscu rządzących przyzwalających na takie zasady gry, że społeczeństwo obdarzy i ich, i państwo nadmiernym respektem. To jest zwyczajnie niemożliwe, bo ludzie są znacznie mądrzejsi, niż wydaje się grupie dyktującej przepisy - ocenia Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha.

Analitycy z liberalnego think tanku od lat biją głową w mur, ostrzegając, że dzisiaj Polska nie tylko nie jest krajem idealnym, ale coraz bardziej trawionym wirusem degrengolady. Obowiązujący porządek cechuje opresyjność i jednostronność relacji państwo - obywatel, promująca silną zorganizowaną strukturę kosztem jednostki, często wyzyskiwanej wzorem XIX-wiecznej pańszczyzny, choć w bardziej kolorowym, nowoczesnym i cywilizowanym opakowaniu. Pod pozorem zapewniania bezpieczeństwa ludziom to państwo przeregulowuje rzeczywistość, tworzy piętrowe konstrukcje prawne, formalizuje procedury, wymaga wbrew zapowiedziom zaświadczeń, lekceważąc oświadczenia. Efektów deklarowanych, czyli zapobiegania nadużyciom, nie widać, widać za to represje kierowane przeciw zwykłym ludziom, którzy np. prowadząc jednoosobową działalność gospodarczą, w związku z brakiem płynności spóźnią się kilka dni z zapłaceniem VAT. - Polskie urzędy działają jak komunistyczna cenzura, wykorzystują ten sam mechanizm - dodaje Andrzej Sadowski. - Pozwalają Polakom coś robić lub nie, często w oparciu o sobie jedynie znane i skrajnie żenujące kryteria, opierają się na prewencji i kontroli. To system zniewolenia, na wielki gospodarczy rozwój w takich warunkach nie ma co liczyć.

Znaleźć furtkę

To zniewolenie w największym stopniu decyduje o braku szacunku dla państwa, ogólnym przyzwoleniu na jego oszukiwanie, nie powoduje moralnych dylematów ani u autorów takich oszustw, ani u postronnych obserwatorów. Polacy opracowali setki metod na przechodzenie przez wspomniane furtki otwarte przez państwo, by stale wychodzić na swoje.

Skoro bardzo trudno zapisać dziecko do publicznego żłobka i przedszkola, trzeba wymyślić sposób, aby było łatwiej. Trudno jest dlatego, że państwo nie tworzy miastom zarządzającym takimi miejscami warunków ich rozwoju, więc na wzrost liczby miejsc opieki nad dziećmi nie ma co liczyć. Trzeba zatem liczyć na własną "kreatywność". Dlatego w okresie zapisów wiele matek okazuje się dość nagle samotnymi rodzicami, nie tylko bez ślubu, ale nawet bez życiowego partnera. Muszą w pocie czoła od rana do wieczora pracować, by utrzymać siebie i dziecko. Żłobek i przedszkole są im do tego niezbędne. Deklarują więc, że w nikim nie mają oparcia, przez co należy im się pierwszeństwo na liście kandydatów. W dużych miastach, szczególnie w dzielnicach rozbudowujących się, gdzie osób mających małe dzieci są tysiące, taka przewaga ma znaczenie niebagatelne. Samotni rodzice wygrywają ten wyścig w cuglach także dlatego, że administracja jest słaba i niewydolna, nie ma odpowiednich narzędzi, by sprawdzić, czy oświadczenia, które składają, są prawdziwe. A że potem, już po przyjęciu dziecka regularnie odbiera je ojciec, a nie matka, można przecież tłumaczyć tym, że każdy ma prawo ułożyć sobie życie, bez względu na to, kiedy ostatecznie się to uda.

Inny przykład, też blisko życia. Z uwagi na galopujące ceny paliwa, których państwo nie jest w stanie zatrzymać, a politycy powtarzają, że "nic w tej sprawie nie mogą", ponieważ nie mają wpływu na politykę cenową koncernów paliwowych (co nie jest prawdą, bo pośrednio mają poprzez wpływ na wysokość podatków zawartych w paliwie), kierowcy, wzorem matek, też radzą sobie jak mogą. Popularne jest kupowanie benzyny z przemytu, głównie z Białorusi, która do Polski trafia w 200- lub 300-litrowych beczkach i na pniu znajduje nabywców. Koszt litra takiego paliwa na stacji to ponad 5 zł, z beczki jedynie 3 zł. Benzyna z przemytu jakościowo jest taka sama lub bardzo zbliżona do zawierającego sprzedawany na stacjach surowiec 95-oktanowy. Omijanie przesadnych wymagań podatkowych państwa skutkuje zatem tym, że obywatel - choć wspiera przemyt - płaci znacznie mniej. Znacznie mniej również zarabia państwo, ponieważ 300-litrowa beczka pozwala kierowcy nie korzystać z usług stacji benzynowej nawet dwa miesiące. W tym czasie, tankując legalnie, za paliwo zapłaciłby 1,7 tys. zł. Ale ze względu na swoją pazerność państwo nie dostanie nic.

Koniec z potulnością

Oszukiwać można też w takich dziedzinach jak zatrudnienie i opieka społeczna. Niezwykle popularne stało się wyłudzanie zasiłków macierzyńskich przez kobiety, które nie pracują albo pracują, lecz zarabiają np. pensję minimalną. Ponieważ państwo nie obejmuje automatycznie opieką finansową kobiet w ciąży - bez względu na ich sytuację zawodową (a powinno być to jedną z jego ważniejszych społecznych funkcji) - zainteresowane obejmują się nią same. Na koszt państwa. Wystarczy, że dogadają się z pracodawcą, który je fikcyjnie zatrudni. Nie płaci im pensji, co więcej, to one przez pewien czas dają mu pieniądze na ZUS i podatek. Przedsiębiorca ma większe koszty, więc płaci niższe podatki, a kobiety, kiedy urodzą dziecko, są objęte wielomiesięczną opieką finansową państwa. Takie sięganie lewą ręką do prawego ucha byłoby zbędne, gdyby państwo miało na tyle rozsądku, by bez względu na to, czy kobieta była zatrudniona, czy nie, już z racji tego, że zdecydowała się wydać na świat kolejnego Polaka, w okresie, gdy tego najbardziej potrzebuje, mogła liczyć na bezwarunkowe systemowe wsparcie. Dzisiaj jednak bardziej może się spodziewać kontroli ZUS i podważenia jej prawa do otrzymywania zapomogi, niż liczyć na przelew.

Jeśli ta sama matka mimo wszystko dziecko urodzi, ale nie przebije się przez biurokratyczny mur i nie załatwi mu miejsca w przedszkolu, pozostanie jej wziąć opiekunkę. I tu znowu państwo rzuci jej pod nogi kłodę, próbując robić dobrą minę do złej gry. Teoretycznie bowiem dofinansuje zatrudnienie niani w taki sposób, że zapłaci za nią ZUS, ale pod warunkiem, że oboje rodzice pracują. Oboje muszą być przy tym zatrudnieni na umowę o pracę, ewentualnie umowę-zlecenie. Z tego katalogu wypadła jednak umowa o dzieło. Nie wiadomo dlaczego, skoro jest tak samo popularna. I tym razem, być może, państwu tworzącemu ten zwichrowany przepis wydawało się, że idzie na rękę rodzicom, ale efekt, jaki osiągnęło, naraził je na śmieszność. Z ok. 200 tys. opiekunek pracujących w Polsce nielegalnie zarejestrowało się jedynie ok. 8 tys., czyli mniej niż 5 proc. Góra urodziła mysz.

Przykłady omijania przygłupich, odstających od rzeczywistości przepisów jest znacznie więcej. Warto wspomnieć o lekarzach, którzy tuż po tym, gdy padły rządowe deklaracje nałożenia na nich obowiązku księgowania dochodu przy użyciu kas fiskalnych, zaczęli się zastanawiać, jak zapis z tych kas omijać. Wymyślili m.in. to, że będą pracować nieformalnie np. od godz. 8 do 18, ale formalnie jedynie od 10 do 14. Tylko przez cztery godziny zatem będą księgować wpłaty od pacjentów. Do tego nie od wszystkich.

Czy takie kombinowanie byłoby potrzebne, gdyby państwo nie proponowało rozwiązań piętrzących regulacje, zamiast dążyć do głównej dżentelmeńskiej zasady mówiącej o tym, że trzeba uprościć wszystko, co tylko uprościć się da? Czy również konieczne byłoby częste jeżdżenie na gapę komunikacją miejską, gdyby samorządy nie podnosiły w ciągu ostatnich dziesięciu lat cen biletów aż tak drastycznie? Czy wreszcie nie byłoby problemu ze ściągalnością mandatów z fotoradarów, gdyby rząd nie udawał, że dba o bezpieczeństwo kierowców, a nie o finanse budżetówki i nie stawiał masztów robiących nam zdjęcia wszędzie, gdzie się da, a nie tylko w miejscach naprawdę niebezpiecznych?

- Mamy prawo do nieposłuszeństwa, tym bardziej że coraz częściej czujemy się obywatelami, co oznacza także to, że wobec władzy nie zamierzamy być potulni - ocenia dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Z drugiej strony jednak nie stać nas na masowe protesty. Nie mamy w sobie energii, która mogłaby zostać skanalizowana w wielkich ulicznych zajściach, które zdarzają się w innych wysoko rozwiniętych europejskich demokracjach.

Oszukać i wykorzystać

Znowu, tak jak kiedyś, w głębokim PRL, wolimy budować własne alternatywne rzeczywistości, w których próbujemy się wygodnie umościć, niż stawać na barykadach i z otwartą przyłbicą przeciwstawiać się państwu. Bo to państwo, choć wolne i własne, traktujemy jak konieczne zło, niewygodny odcisk, irytującą narośl, której nie da się usunąć, więc trzeba starać się oswoić. Na ile to możliwe. Bo przecież nie będziemy emigrować, jak tysiące naszych rodaków w latach 80.

- Polska historia, w tym zabory i okres PRL, przyczyniły się do myślenia o państwie nie w kategoriach dobra wspólnego czy sumy obywatelskich powinności - tłumaczy Izabela Albrycht, prezes krakowskiego think tanku Instytutu Kościuszki. - Polacy przez wieki pozostawali w opozycji do państwa, które nie było niepodległe - w okresie zaborów, bądź suwerenne - w okresie komunizmu, i z którego strukturą, aparatem i celami się nie utożsamiali. Tym samym nie mieli skrupułów, by takie państwo oszukiwać.

Dzisiaj jednak tamto nastawienie zastąpiło w dużym stopniu inne, ale podobnie gorzkie. W tej chwili wielu Polaków czuje się przez swoje państwo oszukanymi.

- Trudno się tej goryczy dziwić, bo nasze państwo, ze względu na swoją ogólną niemoc, od dwóch dekad nie było w stanie przeprowadzić niezbędnych reform wspierających obywateli. Nie daje nam nawet pozorów oparcia. Weźmy chociażby przykład przeregulowania prawnego w zakresie działalności gospodarczej czy też kwestie blokowania dostępu do zawodów młodym ludziom. W tak zarządzanym kraju obywatele nie mogą funkcjonować bez zakłóceń ani się rozwijać. Żyją w kleszczach regulacyjnych, z których próbują się oswobodzić. A zatem nie tworzy się niezbędna między obywatelem a państwem więź i poczucie wspólnoty interesów. Rodzi się natomiast w to miejsce pokusa obchodzenia niedogodności i oszukiwania - dodaje szefowa Instytutu Kościuszki.

Historycy i socjologowie na poziomie wartości, wyjaśniliby to tak: państwa zaborcze oraz PRL można było oszukiwać i wykorzystywać, bo to były struktury nie nasze. A tym samym niemoralne. Siłą narzucały nam swoje normy, prawa i ograniczenia. Niektóre były bardziej liberalne (zabór austriacki), niektóre bardziej represyjne (rosyjski), ale zawsze były dyżurnym wrogiem polskich patriotów, przeciwko któremu należało buntować się mniej lub bardziej otwarcie, w zależności od okoliczności. Brak buntu był niehonorowy, mógł skutkować ostracyzmem społecznym, a w kręgach szlacheckich również oskarżeniami o kolaborację z wrogami niezależnej polskiej państwowości, pojedynkami i dość tragicznym finałem. Jeśli uznamy dzisiejsze polskie państwo także za niemoralne, bo narzucające siłą, a nie wprowadzające autorytetem rozwiązania niekorzystne dla obywateli, to - bez względu na to, czy traktujemy to państwo jak własne, czy nie - do omijania jego reguł wystarczy nam wspomniane kryterium amoralności. Nim będziemy uzasadniać postawy promujące interes własny kosztem publicznego. - Te pojęcia zresztą stale nam się mylą i mieszają, bo nie rozwinęła się u nas dobrze pojęta, uczciwa kultura kontaktu państwo - obywatel, w której pierwszy podmiot ma funkcje usłużne w stosunku do drugiego, ale drugi, czyli obywatele, szanuje państwo i zawsze działa na jego korzyść, dla wspólnego rozwoju - przekonuje Jan Filip Staniłko, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Dzisiaj, jego zdaniem, dość trudno dociec, co było pierwsze. Czy to państwo zaczęło dokręcać śrubę obywatelom i narzucać im gorset tak bezsensownych regulacji, że jedynym racjonalnym wyjściem stało się chodzenie własnymi ścieżkami, czy to może obywatele wykazali się tak dużą skłonnością do omijania liberalnych jeszcze wtedy przepisów, że państwo musiało zaostrzyć społeczne normy. - Fakt faktem, że Polska nie stwarza warunków do obdarzania jej zaufaniem, co oznacza nieuchronność eskalacji konfliktu. Państwo, aby zasłużyć na szacunek obywatela, musi być uczciwe uczciwością swoich przedstawicieli, np. policjantów, którzy odmawiają brania łapówek, urzędników szukających rozwiązań, a nie problemów. Musi stosować proste i przejrzyste procedury i działać w każdej dziedzinie jak dobrze zaprogramowana, sprawna, ale i przewidywalna maszyna - dodaje Jan Filip Staniłko.

Politycy z plasteliny

Tymczasem w opinii wielu specjalistów, w tym prof. Janusza Czapińskiego, autora corocznej Diagnozy Społecznej, jeszcze żaden rząd powołany po 1989 r. (o wcześniejszych nie wspominając) nie dotrzymał obietnic wyborczych. Projektuje zatem państwo jako maszynę wadliwą, zacinającą się, taką, z której odpadają podstawowe elementy konstrukcyjne. Dlatego Polacy politykom nie ufają prawie wcale, gremialnie sądząc, że państwo kierowane przez rzucających słowa na wiatr spoconych facetów w pogoni za władzą chce ich przy każdej możliwej okazji zwyczajnie ordynarnie okraść. Cały czas zatem, jak przekonuje prof. Czapiński, wymyślamy strategie antypaństwowej obrony przed tym rabunkiem. Siłą rzeczy oparte są na przebiegłości, a nawet cwaniactwie. Szczególnie w tym ostatnim jesteśmy świetni. W ocenie prof. Janusza Czapińskiego polityk, nawet jeśli ma coś do zaproponowania, stara się najczęściej unikać wyrazistych deklaracji, ponieważ gdyby ich użył, jego komunikat zawsze trafi do grupy osób, którą może definitywnie do siebie w ten sposób zniechęcić. Zamiast zatem klarownie mówić o swoich zamierzeniach, będzie mało wyrazisty. Trochę jak masa z plasteliny, w której każdy może dostrzec to, czego akurat potrzebuje albo co podpowiada mu wyobraźnia. Potem rozczarowanie jest wielkie, ponieważ z plasteliny bardzo trudno ulepić coś trwałego i wartościowego. Na to wszystko nakłada się przekonanie, że uczciwość jest dla frajerów, że tylko nieudacznicy znają to pojęcie z autopsji i nim uzasadniają swoją nieporadność. Że albo my państwo, albo państwo nas. I nie ma innej możliwości.

Zdaniem dr. Wojciecha Jabłońskiego wspomniany brak autorytetu państwa i jego przedstawicieli wśród społeczeństwa bierze się głównie stąd, że duża część elity wywodzi się z układów komunistycznych i nie zamierza się od nich odcinać. Albo - choć była zaangażowana w działalność opozycyjną - przejęła po dojściu do władzy w wolnej Polsce najgorsze esbeckie metody inwigilacji społeczeństwa, wmawiając mu do tego, że robi to jedynie dla dobra ludzi i państwa. - W PRL dwie, może trzy służby specjalne zajmowały się stałym inwigilowaniem ludzi, łącznie z podsłuchami. Dzisiaj podsłuchy może - w majestacie prawa wolnego kraju - stosować kilkanaście służb, często pozbawionych takich praw w rozwiniętych państwach. W ilu przypadkach są one uzasadnione, a w ilu nie? Ilu ludzi podgląda się bezprawnie, wchodzi z butami w ich życie? - zastanawia się dr Jabłoński. - Jeśli politycy chcą w ten sposób budować uznanie, porozumienie i przyszłość, to bardzo życzę powodzenia, bo będzie niezwykle potrzebne.

Duży wpływ na omijanie przepisów przez Polaków ma również brak minimalnego nawet autorytetu elity politycznej. I to bez względu na to, jaki aktualnie jest rząd i kto jest jego premierem. Zawsze znajdzie się kilkunastomilionowa grupa Polaków dla zasady kontestująca działania aktualnego gabinetu. Myślimy tak: posłowie i senatorowie to w większości stado baranów, chłopków oderwanych od pługa, którym z butów wystaje słoma. Wepchnięci na listy wyborcze na podstawie kryterium bmw - bierny, mierny, ale wierny - wybrani przypadkowo, przy niewielkiej frekwencji, nie mają podstaw, by ustalać nam prawa. Bo to my, zwykli ludzie, musimy codziennie w coraz trudniejszej rzeczywistości walczyć o utrzymanie. Nas nikt nie nakarmi. Sejm nie da nam darmowych iPadów, jak posłom, a i o poselskiej pensji na poziomie ok. 10 tys. zł miesięcznie za kilka dni lekkiej pracy możemy najwyżej pomarzyć. I ci ludzie, żyjący w odrealnieniu, bez większych trosk mają nas zrozumieć? To niemożliwe.

Takie myślenie wydaje się uzasadnione również dlatego, że w ocenie specjalistów dzisiejsze elity mają jedynie pozorny mandat do sprawowania władzy w Polsce, ponieważ zachowują ją w dużym stopniu dzięki patologicznemu systemowi, który same zbudowały. Chodzi o zabetonowanie sceny politycznej poprzez dotacje partyjne, jawnie promujące organizacje silne i duże i scentralizowane, czyli antyobywatelskie. W praktyce oznacza to szklany sufit dla inicjatyw mniejszych, w tym oddolnych, które są bez szans, by dostać się do Sejmu i próbować uzyskać choć minimalny wpływ na życie publiczne.

I na koniec. Minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz zasłynął niedawno stwierdzeniem, że państwo polskie nie kończy się na progu prywatnego domu. W domyśle: jest silne, bezkompromisowe, bezrefleksyjne, jeśli trzeba potrafi wyłamać drzwi, wybić zęby, a nawet zabić. Formalnie wypowiedź ta dotyczyła przeciwdziałania przemocy domowej i w tym kontekście zasługuje na uznanie. Ale nikt nam nie da gwarancji, że w przyszłości zasada ta nie będzie obowiązywać także w innych sytuacjach. Wtedy korzystanie z furtek do omijania budowanych przez państwo absurdów nie musi być już tak skuteczne jak dzisiaj. Więc może ta emigracja wcale nie jest taka zła?

@RY1@i02/2013/144/i02.2013.144.00000020a.802.jpg@RY2@

Masterfile/East News

Marcin Hadaj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.