Polak Polakowi liberałem. Część II
Kilka miesięcy temu napisałem tekst pt. "Polak Polakowi liberałem". Obawiam się, że dziś mogę dorzucić jeszcze jeden argument do przedstawionego wtedy wywodu. I nie jest to argument jakoś szczególnie pocieszający.
W tekście sprzed kilku miesięcy (który wywołał żywą reakcję czytelników) próbowałem pokazać pewien polski paradoks. Otóż z jednej strony jesteśmy krajem ludzi mało lub (co najwyżej) średniozamożnych. Przynajmniej na tle reszty Unii Europejskiej. Jednocześnie polska debata publiczna zdominowana jest przez liberalną wizję gospodarki. Często ocierającą się wręcz o społeczny darwinizm. Bardzo wielu u nas zwolenników prywatyzacji służby zdrowia, emerytur, podatku liniowego (w praktyce go już nawet mamy). Czyli tych wszystkich rozwiązań, które leżą raczej w interesie ludzi bardzo zamożnych. Podobnie jest z takimi sprawdzonymi na Zachodzie mechanizmami redystrybucji i nakręcania koniunktury jak państwo dobrobytu. U nas ten termin jest ciągle w dyskusji publicznej brzydkim słowem. Pogardliwie nazywany bywa "socjałem". Tylko że logicznie rzecz biorąc, to właśnie on najbardziej leży w interesie społeczeństwa składającego się w dużej mierze z ludzi ubogich i średniozamożnych.
Niedawno trafiłem na ciekawe badanie, które rzuca trochę światła na tę zastanawiającą sprzeczność. Przeprowadzili je kilka miesięcy temu Philip Grossman i Mana Komai, australijscy ekonomiści z Monash University w Melbourne. Podzielili oni uczestników swojego eksperymentu w sposób zupełnie przypadkowy na dwie grupy. Jedni od razu dostali do dyspozycji więcej pieniędzy. W ten sposób od początku wytworzyły się dwie klasy: biedniejsi i bogatsi. Pierwsza faza doświadczenia polegała na inwestowaniu swoich pieniędzy. Zgodnie z regułami prawdopodobieństwa ci wyposażeni od początku w większy majątek pomnażali go szybciej od reszty. Rywalizacja pozytywnie napędzała i stymulowała całą zabawę. Jak dotąd nic szczególnie nowego.
Ciekawe rzeczy zaczęły dziać się dopiero w drugiej (ważniejszej) fazie eksperymentu. Wówczas uczestnikom doświadczenia podsunięto nową opcję inwestycyjną. Nie wiązała się ona jednak bezpośrednio z pomnażaniem własnego majątku. Polegała na tym, że odpala się jakąś część posiadanych pieniędzy, żeby pokrzyżować interesy wybranego współuczestnika eksperymentu. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia opcja wydaje się zupełnie nieracjonalna. A jednak. Na 9600 decyzji inwestycyjnych została ona przez uczestników doświadczenia wybrana aż 2346 razy. To znaczy, że co czwarta z nich kierowała się wyłącznie chęcią pogorszenia położenia innych.
Ten wynik jakoś szczególnie nie zdziwił badaczy. Przynajmniej od czasu prac słynnego socjologa Roberta K. Mertona (nie mylić z jego synem i noblistą Robertem C. Mertonen) wiemy, jak ważna w określaniu naszego własnego dobrobytu jest grupa odniesienia. I tu właśnie dochodzimy do najistotniejszego odkrycia autorów australijskiego eksperymentu. Okazało się bowiem, że biedni wcale nie korzystali z opcji zniszczenia zasobów innych uczestników, żeby dowalić bogatym. O nie! Aż 1727 ataków było wymierzonych we własną klasę. Czyli mówiąc wprost: bogaci najchętniej uderzali w bogatych, a biedni (jeszcze chętniej) w innych biednych.
I jak się nad tym tak głębiej zastanowić, ma to sens. "Stare pieniądze" szydzące z nowobogackich, bogaci narzekający na superbogatych, amerykańscy przedstawiciele białej klasy niższej (zwani niezbyt ładnie "white trash") inicjujący rasistowskie ekscesy przeciwko czarnoskórej biedocie. A w naszych warunkach dolna klasa średnia oraz klasa niższa domagająca się przycięcia "socjału" i optująca za podatkiem liniowym. Wszystko, żeby odreagować swoją złość na przedstawicielu własnej grupy odniesienia.
@RY1@i02/2013/144/i02.2013.144.000000200.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu