Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

O czym rozmawiają policjanci na miejscu wypadku

29 czerwca 2018

Czwartek, godz. 5.50, wjazd do Warszawy ze strony Marek. Motocyklista próbuje wyprzedzić jadący skrajnie lewym pasem samochód. Nie mieści się i uderza w barierki oddzielające jezdnie. Przyjeżdża policja, karetka pogotowia odwozi rannego do szpitala.

Trzy godziny później korek ciągnie się już 10 km. Przejazd tego odcinka zajmuje dobre 1,5 h. W samochodach ubrani na biało-czarno młodzi ludzie nerwowo spoglądają na zegarki, nie wiedząc, czy zdążą na egzamin maturalny. Ich rodzice za kierownicami miotają się, szukając jakiegokolwiek sposobu, by podjechać choćby kilka centymetrów do przodu. Zresztą nie tylko oni. Każdemu gdzieś się spieszy. Stoicki spokój zachowują tylko tirowcy - dla nich to nie pierwszyzna.

Mijam miejsce wypadku. Motocykl został już odstawiony na bok, jednak samochód, w który wjechał po odbiciu od barierki (niezbyt zresztą mocno uszkodzony) i radiowóz blokują przejazd tak, że z trzech pasów robi się jeden. Policjanci stoją, spokojnie rozmawiając. Nic się nie dzieje. No może poza tym, że tysiące ludzi stojących w korku wychodzi z siebie i nie może zrozumieć, jak to możliwe, że po trzech godzinach od wypadku jedyny wjazd z Białegostoku do stolicy wciąż jest nieprzejezdny. Przecież samochód już dawno powinien zostać zepchnięty na pobocze, tym bardziej że i tak nie widać, by policjanci wykonywali jakiekolwiek czynności. To nie był karambol, w którym uczestniczyły dziesiątki pojazdów.

Dlaczego piszę o tym na żółtych, prawnych stronach? Dlatego że wytłumaczeniem dla wielogodzinnych korków ma być gromadzenie materiału dowodowego, który będzie przedstawiony podczas rozprawy w sądzie. Trzeba wszystko pomierzyć, porobić zdjęcia. Jeśli wypadek jest śmiertelny, to na miejsce musi przyjechać prokurator, dobrze też, by wszystko obejrzał biegły. To trwa i trwać musi.

Może i bym w to uwierzył, gdyby nie to, że kiedyś podczas pobytu w Berlinie widziałem z okien wynajętego mieszkania, jak w takich sytuacjach radzą sobie niemieccy policjanci. Wypadek był paskudny. Najpierw przyjechali mundurowi, potem karetka, później dojechał kolejny radiowóz. Ratownicy odjechali, jeden policjant zajął się kierowaniem ruchem, drugi coś mierzył, trzeci robił zdjęcia, a czwarty rozmawiał z uczestnikiem wypadku i świadkami. Wszystko, co trzeba było zrobić na drodze, zrobiono w pół godziny, może w trzy kwadranse. Później obydwa samochody zepchnięto na pobocze i ruch został całkowicie przywrócony. Policjanci dalej spisywali zeznania świadków, ale robili to już na poboczu, nie przeszkadzając wracającym z pracy ludziom.

Może to dziwne, ale jakoś nie wydaje mi się, by niemieccy policjanci przywiązywali mniejszą wagę do zbierania materiałów dowodowych niż ich polscy koledzy po fachu.

PS Dziewięcioro maturzystów spóźniło się na swój najważniejszy w życiu egzamin.

@RY1@i02/2013/090/i02.2013.090.18300080a.802.jpg@RY2@

Sławomir Wikariak p.o. zastępca kierownika działu prawo

Sławomir Wikariak

p.o. zastępca kierownika działu prawo

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.