Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Etat jest zły. I możecie mnie nazwać złamasem

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Pod siedzibę firmy podjeżdża nowy bentley. Wysiada rozpromieniony właściciel. Doskonale ubrany, z roleksem na ręku, opalony, bo właśnie wrócił z urlopu na Malediwach. Lśniącemu nowością autu przygląda się z zazdrością Kowalski, pracownik jednego z działów. - Piękne to cacko, panie prezesie - podlizuje się. - Wiem, wiem, kochany. Pracuj coraz intensywniej, poświęć się dla firmy bez reszty, przychodź pierwszy, zostawaj po godzinach, zawyżaj normy sprzedaży, zapomnij o żonie, dzieciach, wakacjach. Dzięki temu za rok... kupię sobie nowy - odpowiedział szef.

Ta anegdota celnie opisuje dzisiejszy kierat etatowych pracowników. Z jednej strony większość z nich jest kosmicznie szczęśliwa, bo pracodawca ukochał ich tak mocno, że postanowił związać się z nimi (a ich z sobą) umową o pracę. Dzisiaj, kiedy czasem trzeba dać się pokroić, by zostać zatrudnionym, to istny luksus. Teoretycznie. Ta forma, nie wiedzieć czemu, wciąż uchodzi w Polsce za szczyt marzeń. Za gwarancję zatrudnienia aż do emerytury, oparcia, stabilności, paczek na święta i perspektywy kredytowej. Jest dla korpoludu takim samym obiektem uwielbienia, jak iPhone, iPad i wczasy w Egipcie (koniecznie all inclusive, inne to obciach). Niektórzy zapewne się do podpisanej umowy modlą lub trzymają ją w sejfie, ewentualnie w ramce. I wierzą w jej boską moc. W to, że już ochroni ona posiadacza przed złem tego świata.

Z drugiej strony etatowy niewolnik tyra jak chłop pańszczyźniany na swojego ekonoma (dzisiaj to prezes lub właściciel firmy), podpiera się nosem, tak jak Kowalski, którego szef jeździ bentleyem, zarywa noce i podnosi excelowskie wskaźniki sprzedaży, ale w praktyce nic z tego nie ma. Jeśli nie liczyć powiększającej się co roku liczby siwych włosów, wrzodów, zawałów i innych wątpliwych przyjemności tego typu.

W połowie mijającego tygodnia portal Onet.pl podał, że "w lutym codziennie pracę traciło średnio aż 2050 Polaków. Nadchodzi kolejna fala zwolnień. Pracownicy budowlani, sprzedawcy, robotnicy zatrudnieni przy produkcji mebli, pracownicy firm telekomunikacyjnych, konsultanci w bankach - wszyscy muszą drżeć o swój los w najbliższych tygodniach. Według oficjalnych danych bez pracy na koniec lutego było już 2 mln 336 tys. 700 Polaków. To tak, jakby cała Warszawa poszła na bezrobocie, wliczając dzieci i emerytów oraz uwzględniając faktyczną, szacowaną liczbę warszawiaków, a nie liczbę osób zameldowanych".

Czy wszystkich tych ludzi, którzy w zdecydowanej większości pracowali właśnie na etatach, ta forma zatrudnienia uchroniła przed wypadnięciem za burtę rynku pracy? Czy ci, którzy jeszcze pracują, oddając zdrowie przy produkcji płyt pilśniowych albo sprzedając ludziom kredyty - także takie, na które nie było ich stać, tylko po to, by wyrobić stachanowskie normy "międzynarodowego środowiska biznesu" - uchronią się przed wykreśleniem z listy zatrudnionych? A może uratuje ich poczucie, że skoro są na etacie, to nic im się nie stanie, bo przecież z takiej umowy naprawdę trudno zwolnić? Jak widać, wcale nie trudno, a będzie jeszcze łatwiej, bo kryzys z miesiąca na miesiąc zaciska pętlę na naszych szyjach coraz bardziej skutecznie. Niestety, w stopniu bardziej destrukcyjnym, niż miało to miejsce w czasie pierwszej fali w 2009 r.

Wtedy bowiem myśleliśmy, że krach gospodarczy to wypadek przy pracy, po prostu źle skalibrowane wejście w dziejowy zakręt. I że jak już minie, po roku, dwóch, trzech latach, mądrzejsi o to doświadczenie unikniemy kolejnych zawirowań. Dzisiaj nie mamy już takich złudzeń, a druga fala kryzysu przypomina trochę wznowę choroby nowotworowej, która zaleczona pierwszym etapem terapii uderza po pewnym czasie z siłą znacznie większą, niezwykle destrukcyjną i bywa, że ostateczną. Wie o tym każdy onkolog. My, Polacy, takich onkologów dzisiaj przypominamy, zastanawiając się, czy i jaka terapia na kryzysową wznowę okaże się skuteczna.

I na pewno nie będzie nią zwiększanie liczby umów o pracę, czego wielu z nas, zastygłych na biurowych krzesłach, pozbawionych zmysłu przedsiębiorczości, a może nawet potrzebnej dzisiaj drapieżności, nie dostrzega. Przyzwyczailiśmy się do tego, że składki ma za nas płacić pracodawca, że jeśli będziemy musieli robić to sami, świat się skończy, spadniemy do trzeciej ligi zatrudnionych, będziemy się wstydzili mówić o tym w towarzystwie. Przegramy życie niemalże. Że skoro zawsze mieliśmy etat, to dlaczego niby teraz mamy go nie mieć? Czy jesteśmy nic niewarci?

Naszego samopoczucia nie zmieni jednak to, że cudowne mnożenie etatów nie pomoże nam w kryzysie. Bo to, co wygodne dla pracowników (przynajmniej na pierwszy rzut oka), jest kulą u nogi pracodawców. Warto tymczasem pamiętać, że to oni, szczególnie w czasie gospodarczej smuty, decydują o kształcie rynku pracy. Trudno zatem oczekiwać od nich, żeby rozdawali etaty na lewo i prawo. Równie dobrze mogliby przywiązać sobie kamień do szyi i rzucić się z mostu.

Od dawna wiadomo, że każdy tysiąc złotych wypłacony pracownikowi etatowemu kosztuje pracodawcę dodatkowe 600 zł. To danina na rzecz państwa, które niczym gangster z pałą stoi u drzwi przedsiębiorcy i żąda haraczu. Już wiele lat temu ikona europejskiego konserwatyzmu Margaret Thatcher twierdziła, że "rząd nie ma żadnych swoich pieniędzy, ma tylko te, które zabierze obywatelom". W dzisiejszych trudnych czasach wiele politycznych zaciągów, z polskim na czele, wzięło sobie te słowa głęboko do serca. W warunkach budżetu zszywanego jak patchwork, przypominającego z roku na rok coraz krótszą pocerowaną kołdrę, nikt znający odrobinę życie nie może spodziewać się, że coraz bardziej opresyjne państwo przestanie sięgać do kieszeni osób najbardziej twórczych, czyli także tworzących miejsca pracy przedsiębiorców, by realizować swoje potrzeby. Dlaczego to od przedsiębiorców wymaga się, by dla kryzysu byli buforem, by na siebie brali ciężar zatrudniania, płacenia i utrzymywania nowych pracowników?

Tym bardziej że etatowy pracownik nie jest w żadnym stopniu lepszy od samozatrudnionego lub pracującego na umowę-zlecenie czy umowę o dzieło. Wiem, że po tym zdaniu przez wiele osób zostanę obrzucony stertą wyzwisk, z których "głupi złamas" może być najłagodniejszym. Ale cóż, prawda jest, jaka jest. Co więcej, pracownik bazujący na umowie o pracę jest znacznie gorszy od innych. Tak, tak, to nie pomyłka. Jest gorszy z wielu powodów. Wiąże się ze swoim mocodawcą niemal cyrograficznie, buduje monozwiązek, w którym nie ma miejsca na zdradę, czyli świadome poszukiwanie lepszego pracodawcy w czasie trwania stosunku pracy. Tym samym na własne życzenie bardzo skutecznie wiąże sobie ręce i jest na prostej drodze do przepaści. Pracodawca bowiem, jeśli zostanie zmuszony warunkami ekonomicznymi, z drogiego etatowca zrezygnuje w pierwszej kolejności. Ile już firm przerabiało w Polsce taki scenariusz? Pierwsze kłopoty, pierwsze cięcia - od razu po najlepiej opłacanych zatrudnionych na umowę o pracę.

W sieci można nawet znaleźć wypunktowane wady posiadania etatu: "pracujesz i spalasz się dla kogoś, nie dla siebie, masz złudne poczucie stabilizacji finansowej i tracisz instynkt, nie rozwijasz się, nie możesz decydować o swoim czasie, nie wysilasz się maksymalnie, nie musisz nic już udowadniać - ani sobie, ani innym, jesteś niewolnikiem, twoja kreatywność spada do poziomu wody w muszli klozetowej".

Maciej Królikowski, 47-letni informatyk, studia kończył w Polsce, ale zaraz po dyplomie wyjechał. Najpierw do Francji, potem do USA. Osiadł na Florydzie. Ma dom z basenem, jaguara i motocykl Kawasaki, a wakacje spędza na Arubie. Bywa też w Polsce, ale coraz rzadziej, bo coraz mniej rozumie. Nie w sensie dosłownym, po polsku mówi wciąż bardzo dobrze. Ale mentalnie jest już od dawna z innego świata. - Nigdy nie miałem etatu, nigdy nie chciałem go mieć. Nigdy nie miałem szefa, który mógłby mną pomiatać, zawsze wiązałem się luźno z kilkoma firmami. Większość czasu pracuję zdalnie z centrum operacyjnego, które stworzyłem w domu. W hawajskiej koszuli i japonkach, z kotem na kolanach. Słuchając ulubionej muzyki. Płacą mi za to rewelacyjnie. Stać mieć na Tiffanyego dla żony i ryzykowny obrót papierami na Nasdaq. Ale to Stany. A Polska to Polska - mówi Maciej.

Faktycznie, w Polsce trudno o hawajskie koszule. Nie tylko dlatego, że zima trwa już pół roku.

Etatowy niewolnik tyra na swojego ekonoma, zarywa noce i podnosi excelowskie wskaźniki sprzedaży, ale w praktyce nic z tego nie ma

@RY1@i02/2013/067/i02.2013.067.00000270a.803.jpg@RY2@

Marcin Hadaj szef sekretariatu redakcji

Marcin Hadaj

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.