"Gdybym mógł zmienić jeden przepis..."
Na założeniu, że prawem nie jest jeden przepis, opiera się system common law. Jego naczelną zasadą jest sprawiedliwość i słuszność, na których winien opierać się właśnie cały system. Anglosasi uważają jednak, że prawo należy zawsze oceniać przede wszystkim w działaniu. W Polsce również uważamy, że prawo jest sztuką tego, co dobre i słuszne (Ius est ars boni et aequi). Jednak gdyby wyjść na ulicę i zapytać statystycznego Kowalskiego, czy prawo w Polsce jest dobre, z pewnością odpowiedziałby, że nie. Z tego powodu, gdybym miał magiczną legislacyjną różdżkę, przede wszystkim chciałbym, żeby w Polsce prawo było traktowane jako całość i żeby w działaniu było społecznie tak właśnie oceniane. Wiąże się to głównie z koniecznością poprawy pewnych zasad pisanych, ale także niepisanych, które stanowią o systemie. I tak, zaczynając niejako od góry, życzyłbym sobie, żeby w Polsce funkcjonowały faktycznie wszystkie zasady konstytucjonalizmu, który nie opiera się tylko na przepisach spisanych, ale także na niepisanych, jak jest to w krajach o wysokiej kulturze prawnej. Konstytucjonalizm wpływa nie tylko na kształtowanie kultury prawnej, ale też wiele instytucji, obecnych zawsze w życiu publicznym: funkcjonowanie władzy i opozycji, stabilną ustrojowo pozycję władz publicznych, niecentralizację, realizację zasady dobra wspólnego i wiele innych. Nie są to wcale puste zasady, a ich realizacja nie może być tylko zależna od przepisów, czyli prawa pisanego. To podstawowy popełniany w rozumowaniu błąd.
Gdyby moja różdżka mogła zmieniać tylko prawo pozytywne, dodałbym przede wszystkim przepis, który wprowadziłby możliwość komercjalizacji służby zdrowia. Na jego podstawie każdy, kto miałby ochotę, mógłby ubezpieczyć do pewnej kwoty koszty leczenia. W przypadku choroby ubezpieczyciel byłby zobowiązany pokryć koszty leczenia niezależnie od choroby, która dotknie ubezpieczonego. Byłoby to dodatkowe, dobrowolne ubezpieczenie, które funkcjonowałoby obok obowiązkowego, choć pewnie mniejszego, ubezpieczenia zdrowotnego. Obecnie słyszy się, że publiczny ubezpieczyciel nie zawsze gwarantuje wypłatę środków na leczenie, a przecież koszty opieki medycznej są niekiedy bardzo wysokie. Zdarza się, że szpital nie wykonuje badań, zabiegów czy nie podaje pacjentom leków, ponieważ nie otrzymuje od NFZ pieniędzy po wyczerpaniu rocznego limitu na badania. Ubezpieczyciel zobowiązany do wykonania umowy nie mógłby tego zrobić.
Obecnie na rynku nie ma ofert takich ubezpieczeń. Potrzebny jest przepis szczególny, który uregulowałby te kwestię. W innych krajach, np. w USA czy w państwach starej Unii, ubezpieczenia takie funkcjonują od wielu lat, choć są drogie. Uważam, że w Polsce firmy ubezpieczeniowe byłyby zainteresowane taką regulacją. Jej wprowadzenie spowodowałoby zwiększenie konkurencyjności na rynku ubezpieczeń i przyczyniło się do poprawy kondycji służby zdrowia. Ubezpieczenia zdrowotne, o których mowa, stałyby się wtedy ubezpieczeniami sensu stricto. Not. PB
@RY1@i02/2013/065/i02.2013.065.07000080b.802.jpg@RY2@
Adam Bosiacki profesor Uniwersytetu Warszawskiego, dr hab. nauk prawnych
Adam Bosiacki
profesor Uniwersytetu Warszawskiego, dr hab. nauk prawnych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu