Ssijmy Unię, ale z głową
Osobom, dla których zgłaszanie jakichkolwiek wątpliwości wokół funduszy unijnych jest niemal podważaniem polskiej racji stanu, od razu powiem, że nie mam nic przeciwko funduszom unijnym. A nawet więcej: to fantastycznie, że możemy dostać tyle pieniędzy, a co ważniejsze: że tak znakomicie udaje nam się je faktycznie pozyskiwać. Z punktu widzenia makro wszystko, co dostajemy, trzeba zapisać na plus - niezależnie od tego, jak to później wydajemy. Krótko mówiąc: PKB rośnie, i to powód do zadowolenia.
Ale to zadowolenie mąci nieco sposób, w jaki my te fundusze dystrybuujemy. Rzucenie masy pieniędzy na kilka odgórnie określonych celów (rozumiem, nie mogło być inaczej, w tym wszystkim musimy realizować cele zgodne z polityką Unii Europejskiej) musiało skutkować na przykład wzrostem cen materiałów przy inwestycjach infrastrukturalnych czy powstaniem całej branży firm zajmujących mało potrzebnymi szkoleniami. Mam nieodparte wrażenie, że nie było to zgodne z intencjami twórców unijnych programów.
Teraz zaczyna się czas rozliczeń realizacji poszczególnych priorytetów. Jak się okazuje, problemów nie ubywa. Wręcz przeciwnie. Znakomitego dowodu dostarczają informacje o największych beneficjentach programu Innowacyjna Gospodarka.
Gdy już trafimy wśród nich na firmy (a prawdopodobieństwo nie jest wcale takie duże, bo - o czym już pisaliśmy - największymi są zwykle instytucje państwowe), to są to głównie firmy zagraniczne. To właściwie żadna niespodzianka, biorąc pod uwagę, że co do zasady właśnie przedsiębiorstwa kontrolowane przez zagraniczny kapitał są bardziej nowoczesne niż krajowe. W końcu na przykład prywatyzację robiliśmy m.in. po to, by przyciągać do nas zagraniczny know-how. I najwyraźniej to się udało.
Tyle że innowacyjność w wykonaniu zagranicznych firm ma zwykle dwa oblicza, z których trudno być szczególnie dumnym. Po pierwsze sprowadza się ona zazwyczaj do mówienia o zwiększeniu zatrudnienia czy o dochodach, które przełożą się na większe wpływy podatkowe do lokalnych budżetów. Czym się to różni od inwestycji nieinnowacyjnych? Po drugie, gdy mamy już do czynienia z prawdziwymi efektami polskiej myśli technicznej, to patenty mogą trafiać za granicę i korzyści z nich czerpią firmy inne niż polskie (i inny budżet).
Wniosek? Samo przygotowanie unijnych programów to nie wszystko. Gospodarka dostała solidny impuls do rozwoju, ale gdyby pomyśleć nieco szerzej, ten impuls mógłby być dużo mocniejszy. Nie wszystko stracone - w nowej unijnej siedmiolatce mamy przecież dostać nie mniej kasy niż w poprzedniej.
@RY1@i02/2013/047/i02.2013.047.00000020b.802.jpg@RY2@
Łukasz Wilkowicz zastępca kierownika działu branże i firmy
Łukasz Wilkowicz
zastępca kierownika działu branże i firmy
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu