Taki mały kontrakt, a takie duże profity
Pewien radca prawny zapytał mnie ostatnio, czy wiem, że chociaż za niespełna dwa lata będziemy obchodzić dwudziestolecie przepisów o zamówieniach publicznych, to wciąż można spotkać aneksy do umów zawieranych przed ich wejściem w życie, a więc z pominięciem jakichkolwiek procedur przetargowych. Odpowiedziałem, że nie wierzę.
Potem jednak uświadomiłem sobie, że podobny mechanizm wykorzystywany jest także dzisiaj. Zwłaszcza w branży informatycznej. Pierwsze malutkie zlecenie jest udzielane poza przepisami o zamówieniach, bo jest tańsze niż 14 tys. euro, a więc się na nie nie łapie. Później okazuje się, że zamawiający "zapomniał" o przeniesieniu praw autorskich i nie może modyfikować systemu. Z firmą zawierana jest kolejna umowa, już na podstawie ustawy, ale z wolnej ręki, bo przecież nikt inny nie może rozbudowywać systemu. Później kolejne, bo świat idzie do przodu, a rozwiązania informatyczne sprzed roku są już przestarzałe. Do tego dodatkowe kontrakty na serwis, wsparcie techniczne. Z marnych kilkunastu czy kilkudziesięciu złotych robią się miliony, nierzadko dziesiątki milionów złotych. A wszystko to z pominięciem jakiejkolwiek zasad konkurencji. Firma, która zawarła taką umowę, ma zagwarantowaną pracę na lata. Dlatego też pierwsze zamówienie jest w stanie zrealizować nawet poniżej kosztów własnych. Wie bowiem, że odkuje się przy kolejnych.
Opisany sposób miał być zastosowany w głośnej sprawie byłego szefa Centrum Projektów Informatycznych, któremu CBA postawiło zarzuty korupcyjne. Na mniejszą skalę podobnie jednak dzieje się też przy innych zamówieniach informatycznych. Niekoniecznie zresztą z powodów korupcyjnych. Czasem z niedbalstwa urzędników, czasem z wygodnictwa.
Powody nie są jednak ważne. To patologia, z którą należy walczyć. Dlatego mocno kibicuję prezesowi Urzędu Zamówień Publicznych, który od kilku lat próbuje to robić, przeprowadzając kontrole i kierując skargi do sądu.
Urzędnicy niechętnie jednak przyznają się do błędów i szukają sposobów na to, by dalej zlecać zamówienia z wolnej ręki. Imają się przy tym coraz to nowych metod. Wyjątkowo pomysłowy okazał się pełnomocnik Agencji Rynku Rolnego, który na opisanej w czwartek przez DGP rozprawie złożył wniosek o... wyłączenie ze sprawy prezesa UZP. Bo ten jest nieobiektywny.
Pomijając już wyjątkową ekwilibrystykę prawniczą, podczas której sięgnięto do przepisów kodeksu postępowania cywilnego o udziale prokuratora, trudno nie dostrzec absurdalności tej sytuacji. O ile na miejsce wyłączonego prokuratora sprawą może zająć się kolejny, o tyle prezes UZP jest jedyny, a więc jego wyłączenie oznaczałoby, że w ogóle nie ma sprawy. Wyobraźmy sobie, że inne instytucje pójdą tym tropem, a sąd przyzna im rację. Okaże się wówczas, że nie ma komu kwestionować wolnej ręki, a więc nikt już nie musi przejmować się organizacją tych uprzykrzających życie przetargów.
@RY1@i02/2013/038/i02.2013.038.183000800.802.jpg@RY2@
Sławomir Wikariak, p.o. zastępca kierownika działu prawo
Sławomir Wikariak
p.o. zastępca kierownika działu prawo
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu