Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Przyspieszacz gospodarczy

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Podobno mamy epidemię grypy, jakiej nie pamiętają najstarsi lekarze. Sprawa jest tak poważna, że na jej temat wypowiadają się już nie tylko aptekarze, firmy farmaceutyczne, znachorzy i Zbigniew Hołdys, ale nawet ekonomiści. Twierdzą oni, że choróbsko dopadło również gospodarkę. Eksperci Ernst & Young wyliczyli, że tegoroczna grypa będzie nas kosztowała 5 mld zł. Bo pracownicy zamiast skręcać meble, składać telewizory i pakować styropian, biorą L4, leżą w łóżkach i popijają herbatę z miodem i cytryną.

Obawiam się jednak, że owi eksperci grubo przesadzają. Mamy przecież spowolnienie gospodarcze, więc styropian, meble i telewizory sprzedają się znacznie gorzej niż np. rok temu. Nie ma sensu produkować ich na zapas. Pracownicy tych zakładów mogą zatem spokojnie się kurować - na pewno wyzdrowieją przed powrotem koniunktury. Poza tym eksperci E&Y w swoich wyliczeniach nie wzięli pod uwagę faktu, że dzięki chorym na grypę rośnie sprzedaż herbaty, miodu i cytryny, a także leków, termoforów, ciepłych skarpet oraz spirytusu służącego do nacierania obolałych miejsc zarówno od strony zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Co więcej, kiedy ludzie całymi dniami leżą pod kołdrą, z nudów zaczynają czytać książki, gazety i oglądać telewizję. Później, na podstawie wyższych wskaźników oglądalności, stacje telewizyjne będą mogły podnieść ceny reklam, a lepsze wyniki czytelnictwa przełożą się na wyższe zyski wydawnictw. Zatem z gospodarczego, a nawet kulturalnego punktu widzenia grypa wcale nie jest taka zła, jak wmawiają nam ekonomiści.

Dużo poważniejszym problemem dla gospodarki jest to, ile czasu marnotrawimy w samochodach, szczególnie w zimowe dni. Zaczyna się od problemów z wyjechaniem z podwórka, później tkwimy w korkach, a na koniec szukamy wolnych miejsc parkingowych między zaspami. Do tego dochodzą milionowe wydatki na odśnieżanie, piaskowanie i solenie ulic. Wszystko to spowalnia i nas, i gospodarkę. Wydaje mi się jednak, że ten problem można rozwiązać w stosunkowo prosty sposób. Otóż miasta powinny całkowicie zrezygnować z odśnieżania ulic, a także zlikwidować cały transport publiczny (tylko Warszawa dopłaca do niego 1,6 mld zł rocznie). Zamiast tego mogłyby dofinansować każdemu zakup opla mokka - samochodu, który wydaje się stworzony do pobudzenia wzrostu PKB.

Jako właściciele mokki nie będziecie mieli problemu z wyjechaniem z podwórka, ponieważ auto ma całkiem sprawny napęd na cztery koła i podwyższone zawieszenie. Dzięki temu będziecie również mogli zaparkować je w środku zaspy pod biurem, co pozwoli oszczędzić wam kolejne kilkanaście minut. Korki? Ominiecie je, jadąc przez pola. Ale i bez tego będą krótsze, bo mokka ma niecałe 4,3 metra długości, podczas gdy większość aut, jakimi jeździcie, mierzy przynajmniej 4,6 metra. Skromne wymiary zewnętrzne nie oznaczają jednak, że mokka jest mała. Wysokie nadwozie i stosunkowo krótka maska pozwoliły wygospodarować całkiem sporo przestrzeni, także na tylnej kanapie oraz w bagażniku, który ma przyzwoite 360 litrów pojemności.

Jeżeli chodzi o silnik, to oferta zaczyna się od 115-konnego benzyniaka, ale taka wersja przyspiesza równie dynamicznie co gospodarka Grecji, a przy tym ma napęd wyłącznie na przednie koła. Znacznie rozsądniejszym wyborem będzie 140-konne 1,4 turbo albo 130-konny diesel. Oba motory gwarantują dobrą relację osiągów do spalania.

Wszystko to sprawia, że nowy opel jest uniwersalnym, idealnym środkiem transportu na dzisiejsze czasy. Pozwala oszczędzać miejsce oraz czas i minimalizuje zmęczenie, co automatycznie przekłada się na się większą wydajność w pracy jego właściciela. Dlatego spokojnie mógłby zostać motorem PKB.

Zresztą zlikwidowanie transportu publicznego i dofinansowanie zakupu mokki niosłoby za sobą jeszcze inne korzyści. Autobusy przestałyby wymuszać pierwszeństwo i tarasować drogi, zaś tory tramwajowe można by zalać asfaltem, zamieniając je w dodatkowe pasy ruchu. Ile to wszystko będzie kosztowało? Nie mam bladego pojęcia. Wiem jednak, że przyzwoicie wyposażona mokka z napędem na obie osie i silnikiem 1,4 to wydatek niecałych 90 tys. zł. Założę się jednak, że deklarując zakup znacznej liczby egzemplarzy, Warszawa dostałaby w Oplu jakieś 30 proc. rabatu. Cena wyjściowa wynosiłaby zatem 70 tys. zł, z czego połowę mogłoby finansować miasto. Zamiast zatem dopłacać 1,6 mld do autobusów i tramwajów, prezydent Gronkowiec-Walec mogłaby kupić jednorazowo 45 tys. opli. Albo od razu 150 tys. w leasingu na trzy lata. Wszyscy nabralibyśmy przyspieszenia - i obywatele, i miasto, i cała gospodarka. Jestem pewien, że równocześnie zmniejszyłaby się zachorowalność na grypę. W końcu w autobusie jednym kichnięciem można zarazić sto osób, podczas gdy w mokce - najwyżej cztery.

@RY1@i02/2013/023/i02.2013.023.00000090b.803.jpg@RY2@

@RY1@i02/2013/023/i02.2013.023.00000090b.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk, zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Łukasz Bąk

zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.