Uwaga na wzory matematyczne
Robiłem niedawno wywiad z pewną wschodzącą gwiazdą europejskiej ekonomii. I muszę przyznać, że ten akurat ekonomista wie, jak zuroczyć rozmówcę. Zaczął od wciągnięcia sporej ilości tabaki. A potem chwycił kawiarnianą serwetkę i zaczął na niej gryzmolić jakieś wzory i wykresy. Nie pamiętam, czy faktycznie potwierdzały to, co mówił. Ale bez wątpienia wzmacniały ogólne wrażenie kompetencji. Dopiero teraz dotarło do mnie ważne ostrzeżenie: nie ufaj ludziom tylko dlatego, że używają na każdym kroku wzorów.
Rada ta pochodzi od matematyka Kimmo Erikssona z Uniwersytetu Sztokholmskiego. Ten szwedzki akademik przez lata pozostawał w wyłącznej służbie królowej nauk. W pewnym momencie jego zawodowe zainteresowania przywiodły go jednak do nauk społecznych. Lecz kiedy zaczął publikować swoje prace w fachowych humanistycznych żurnalach, przeżył konsternację. Zauważył bowiem, że dzisiejsi socjologowie i kulturoznawcy na potęgę stosują wzory i równania. Tyle że nie są to równania, do jakich Eriksson był przyzwyczajony. Jego zdaniem większość tej "matematyki" była w najlepszym razie kwiatkiem do kożucha. Postanowił więc tę praktykę zdemaskować. I przeprowadził eksperyment. Znalazł 200 osób, które miały doświadczenie w czytaniu prac naukowych, i dał im do analizy krótkie prace z pogranicza antropologii i socjologii. Dotyczyły one z grubsza tego samego problemu. Jedyna różnica polegała na tym, że jedne z nich był nafaszerowane wzorami. Na przykład takimi jak ten: Tpp=T0 - fT0d2f - fTpdf. W rzeczywistości równania były czystym placebo i do meritum nie wnosiły absolutnie nic.
Uczestnicy badania zostali poproszeni o ocenę jakości obu prac. Oczywiście te upstrzone wzorami zostały gremialnie uznane za głębsze i lepsze. Na fałszywą matematykę najczęściej nabierali się ankieterzy specjalizujący się w naukach humanistycznych. Tak jakby tkwił w nich jakiś kompleks wobec wiedzy matematycznej. Dużo rzadziej (choć również) w pułapkę wpadali jednak przedstawiciele nauk ścisłych oraz lekarze.
Eksperyment Erikssona przypomina legendarny już dziś dowcip Sokala. Jego autorem był fizyk z Uniwersytetu Nowojorskiego Alan Sokal, który postawił sobie za cel ośmieszenie rygorów naukowości panujących nawet na najznakomitszych amerykańskich uniwersytetach. Wysłał więc do naukowego pisma "Social Texts", poświęconego studiom kulturowym, pracę pod tytułem "Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji". Była ona celowym stekiem nonsensów i absurdów. Sokal napisał ją jednak odpowiednim akademickim żargonem. No i miał tę przewagę nad redaktorami, że występował z pozycji fizyka, który "zniżył się do poziomu nauk humanistycznych". Ryba oczywiście chwyciła haczyk. Tekst opublikowano. I Sokal mógł triumfalnie ogłosić swój sukces: w końcu obnażył rozmiłowanie amerykańskich akademików w ubranym w pozory naukowości pustosłowiu. Rozpętała się burza. Redaktorzy "Social Texts" oskarżyli Sokala o nieetyczne zachowanie. Ten zaś rozszerzył swój atak na cały modny wówczas na amerykańskich uniwersytetach (a zdaniem Sokala z naukowością mający niewiele wspólnego) postmodernizm spod znaku filozofa dekonstrukcjonisty Jacques’a Derridy. Na to odciął się sam Derrida: jego zdaniem Sokal sam skazał się na to, że jego nazwisko będzie odtąd kojarzone z tym dowcipem, a nie dorobkiem naukowym.
I niech ktoś powie, że akademicy nie mają polotu ani poczucia humoru. Jednak nie ufaj im tylko dlatego, że używają wzorów.
@RY1@i02/2013/008/i02.2013.008.00000020a.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu