Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Jesteś kapitanem własnego statku. Nie wiń innych, jeśli zatonie

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

W maju poznałam cudowną historię Marysi Gaj ze wsi Dziewkowice (powiat strzelecki). Nie opowiedziała mi jej niestety osobiście, przeczytałam ją w tygodniku "Polityka" (materiał pt. "Serce Marysi"); później - a może wcześniej - o losach Marysi, a w zasadzie obecnie Marishy, zrobiła też program TVP. Nawet jeśli niektórzy czytelnicy znają historię tej dziewczyny, i tak ją opowiem (za Edytą Gietką, autorką tekstu w "Polityce"). I nie będzie to rzewna opowieść o tym, jak życie jest niesprawiedliwe i bolesne. Ale o tym, że nieszczęście to jedynie wyzwalacz marzeń. Impuls do głębokiego przekonania (wiary), że marzenia się spełniają. Bodziec uruchamiający pokłady sił drzemiące w człowieku, by te marzenia realizować. Parafrazując słowa francuskiego pisarza André Malraux, Marysia miała i ma odwagę, by marzyć, oraz siły, by o spełnienie tych marzeń walczyć.

Gabrysia to młodsza siostra Marysi. Ma serce chore tak bardzo, że potrzebuje nowego. To jest to nieszczęście, które pchnęło małą Marysię do marzeń i działania. Pożegnania z Gabrysią, tak na wszelki wypadek przy każdej operacji, zrobiły swoje. Po kolejnym zapytała prof. Janusza Skalskiego, kardiochirurga, który wszczepiał Gabi rozrusznik, czy nie może nowego serca wyhodować albo ulepić. Profesor odparł, że może, ale jak mu Marysia pomoże. No to pomoże. Zaczęła w pierwszej klasie gimnazjum z celem, że zostanie chirurgiem, i to znanym. Nauczyła się języka angielskiego metodą chałupniczą (teledyski MTV, rozmowy z sąsiadką), a potem szlifowała go na kursie wakacyjnym. Została laureatką wielu krajowych konkursów chemicznych. Dostała się i ukończyła z wyróżnieniem Adcote School for Girls (czwarte miejsce w rankingach brytyjskich liceów). Łatwo się pisze "dostała się" i "ukończyła", okoliczności były trochę bardziej skomplikowane. Bo tak się składa, że rodzice Marysi do zamożnych nie należą. Ale to żadna przeszkoda, jak w grę wchodzą konkretne marzenia. Od czego jest stypendium? Marysia zrobiła na władzach angielskiego liceum tak duże wrażenie, że nie mieli problemu, by przyznać jej finansowe wsparcie. Zastrzegli, że jak zrezygnuje ze szkoły z innych powodów niż losowe, trzeba będzie je zwrócić. 200 tys. zł (42 tys. funtów). Rodzinny dom musiałby iść na sprzedaż; nie poszedł, bo Marysia dotrzymała słowa. A skoro dotrzymała słowa, to nie tylko dom się ostał, ale i maksymalnie wykorzystała pobyt w angielskiej wsi Little Ness, doprowadzając do przyznania właśnie jej, pierwszy raz w historii szkoły, diamentu za wyniki (nie tylko edukacyjne, ale i tzw. prestiżowe, czyli w przypadku Marysi za bycie odpowiedzialną za innych) oraz ufundowania przez Adcote nie jednego, ale trzech stypendiów dla uczniów z Polski.

Nauka szkolna nie przysłoniła Marysi jej głównego marzenia. Chirurgia nie zniknęła z jej horyzontu. Marysia uczy się jej na pamięć, oglądając operacje z amerykańskich szpitali na YouTube. Dostaje szansę asystowania przy sterylizacji własnej kotki, a wycięte jajowody zabiera w słoiku do domu - kot to wprawdzie nie człowiek, ale na początek wystarczy. Chce być jak najsłynniejszy kardiochirurg świata Ben Carson: on skończył Yale University i osiągnął swoją pozycję zawodową, mimo że wskutek perypetii rodzinnych wielokrotnie zmieniał opiekunów i miejsce zamieszkania. Decyduje się więc, by zdawać do Princeton (jedna z ośmiu najbardziej prestiżowych uczelni amerykańskich), choć przed nią jeszcze nikt z Adcote nie przetarł szlaków do Ligi Bluszczowej. W końcu ten uniwersytet może ufundować nawet 96 proc. czesnego, jeśli kandydat go zainteresuje. Marysia zainteresowała. Bo jej wyniki na egzaminach (na opłatę za egzamin dostaje długoterminową pożyczkę od szkolnej koleżanki, księżniczki z Nigerii) dały jej drugą lokatę wśród osób ubiegających się o miejsce na tej uczelni, biorąc pod uwagę całą historię Princeton. Musi więc jeszcze przygotować minieseje o sobie. W odpowiedzi na pytanie o ulubiony cytat, przytoczyła słowa matki Bena Carsona skierowane do niego: "Jesteś kapitanem własnego statku, nie wiń innych, jeśli zatonie". I dodała, że ona już swój statek zbudowała, podniosła kotwicę i jest gotowa przepłynąć Atlantyk jako kapitan. Więc popłynęła. Ma pomysł, jak wyhodować nowe serce dla Gabi. Wykorzysta indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste. Zastanawia się, czy w tym celu wyhoduje serce dzięki świńsko-ludzkiej chimerze, czy też za pomocą bioinżynierii tkankowej. Liczy na konsultacje prof. Janusza Skalskiego i oczywiście na wiedzę z nowej uczelni.

Trzymam kciuki za Marysię i realizację jej marzeń. W to, że jej nie zabraknie odwagi i determinacji, nie śmiem wątpić. Z dumą przeczytam (lub obejrzę) za kilka lub kilkanaście lat, że nie tylko jest najlepszym chirurgiem na świecie, ale i że serce dla Gabi udało jej się wyhodować. Na humanistykę, do której ją ciągnęło w dzieciństwie, pewnie już nie będzie miejsca w jej życiu. Ale może skrzypce wrócą? W końcu ładnie na nich grała, gdy była dzieckiem.

Trzymam również kciuki za każdego z Państwa. Marzyć i spełniać marzenia można w każdym wieku i w każdych okolicznościach, nawet jeśli wydają się one kompletnie niesprzyjające. Wystarczy być, podobnie jak Marysia, kapitanem własnego statku. Prowadzić go na głębokie wody. I nie pozwolić mu zatonąć, a gdyby tak się stało, nie winić innych. Statek można zawsze zbudować od nowa. I raz jeszcze stanąć u steru.

Marzyć i spełniać marzenia można w każdym wieku i w każdych okolicznościach. Jeśli wasz statek zatonie, to trudno. Zawsze można go zbudować od nowa. I raz jeszcze stanąć u steru

@RY1@i02/2014/248/i02.2014.248.000000200.802.jpg@RY2@

Jadwiga Sztabińska Redaktor Naczelna

Jadwiga Sztabińska

Redaktor Naczelna

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.