Futbol i nierówności
Nierówności dochodowe nie są dobre. Widać to nawet w takiej dziedzinie, jak... piłka nożna.
Jeszcze dziesięć lat temu wśród ekonomistów dominowało przekonanie, że duży rozjazd dochodów w zasadzie nie jest problemem. A może nawet gospodarce pomagać. Bo motywuje tych, którzy są poniżej średniej, by starali się bardziej. Dziś dyskusje o nierównościach dochodowych zmieniły się nie do poznania. Nie ma właściwie tygodnia bez publikacji nowych badań na ten temat. Czasem przykłady, za pomocą których prześledzić można skutki pogłębionych nierówności, bywają nietypowe. Taka jest właśnie najnowsza praca Alessandra Bucciola (Uniwersytet w Weronie) oraz Marca Piovesana i Nicolaia J. Fossa (obaj z Uniwersytetu Kopenhaskiego).
Włosko-duńskie ekonomiczne combo zainteresowało się w nim bowiem włoskim futbolem. Tamtejsza liga może już nie jest tak potężna jak w latach 90., gdy AC Milan czy Juventus Turyn były w awangardzie gwałtownie komercjalizującego się europejskiego futbolu. Ale wciąż przyciąga wielkie gwiazdy i duże pieniądze. Jednocześnie piłka nożna to sport - było nie było - zespołowy. Ostatecznie drużyna złożona z pięciu Messich na pewno nie da rady zespołowi przeciętniaków, których będzie 11. Wiadomo. Ktoś musi podawać, odbierać piłkę, ściągać na siebie przeciwników, wracać i bronić. Tak, w futbolu drużyna ma znaczenie. I właśnie dlatego Bucciol, Piovesan i Foss wybrali włoską ligę, by na jej przykładzie (na tapetę wzięli sezony 2009/2010 i 2010/2011) prześledzić wpływ różnic zarobkowych na wyniki zespołu, w którym występują.
Generalnie jest to zadanie dość trudne. Bo wiadomo, że rozkład zarobków nie jest tym, co w fundamentalny sposób decyduje o wynikach drużyny. Czynnikiem kluczowym są oczywiście wielkości budżetów. Owszem, od czasu do czasu zdarzy się, że ktoś z niskim budżetem ogra giganta, bo na tym polega piękno futbolu. Na przykład w sezonie 09/10 ACF Fiorentina płaciła swoim piłkarzom średnio po 1,2 mln euro na głowę (piąty budżet w Serie A), a uplasowała się na miejscu 11. Tuż za AS Bari, gdzie średnia pensja była trzy razy niższa. Z kolei wicemistrzostwo zgarnęła AS Roma, choć płaciła średnio dwa razy słabiej niż AC Milan, który ulokował się tuż za nią. Ale to raczej wyjątki. Bo korelacja między wysokością budżetu a wynikami jest w futbolu wyraźna. I to nie przypadek, że w interesującym nas sezonie mistrzostwo przypadło Interowi Mediolan, gdzie piłkarz zarabiał średnio 4,1 mln euro. A tabelę zamknęło Livorno, płacące po 300 tys. euro na głowę.
Ale nie to przecież interesowało Bucciola, Piovesana i Fossa. Oni chcieli sprawdzić, jak rozkładają się płace wewnątrz drużyn. I jaka była zależność pomiędzy tym, a osiąganymi na boisku wynikami zespołu. I czy lepiej jest mieć drużynę, w której wszyscy zarabiają po 600 tys., czy raczej ściągnąć do klubu jedną gwiazdę, której zaoferujemy 1,5 mln. Podczas gdy pozostali zgodzą się grać za 510 tys. Czyli 2,5 raza mniej. Oczywiście w praktyce nie ma drużyn, w których wszyscy mają takie same pensje (wtedy tzw. współczynnik Theila, przy pomocy którego można mierzyć nierówności, wynosiłby 0). Ani takich, gdzie jeden gwiazdor zgarnia wszystko, a pozostali grają za darmo tylko po to, żeby powiedzieć kiedyś wnukom, że podawali kiedyś piłkę Messiemu (wówczas indeks Theila równałby się 1). W rzeczywistości różnice w rozkładzie były jednak znaczne. I sięgały od 0,39 w przypadku wyjątkowo mało egalitarnej Sampdorii Genua po 0,023 (US Lecce).
Oszczędźmy czytelnikowi rachunków, na których oparli się ekonomiści, i przeskoczmy do wniosków. Które są akurat dosyć wyraziste. Rozkład dochodów wewnątrz drużyn miał znaczenie. I był negatywny. To znaczy, że większy egalitaryzm w ramach wyjściowej jedenastki zwiększał szansę na osiągniecie dobrego wyniku przez drużynę. Gdy badacze zestawili je z innymi czynnikami wpływającymi na zwycięstwo, egalitaryzm był nieco słabszy niż gra u siebie (zwiększa szanse na sukces średnio o 25 proc.). Ale działał silniej niż zmiana trenera w trakcie sezonu, używana czasem przez właścicieli klubu w celu zmotywowania swoich piłkarzy przy pomocy czegoś na kształt "nowego otwarcia".
Jakkolwiek by na to patrzeć, te wyniki przemawiają do wyobraźni. No bo jeśli zespół ma grać razem i wspólnie pracować na sukces, to nadmierne różnice mogą działać demotywująco lub prowadzić do niewykorzystania potencjału osób (piłkarzy, pracowników) w środku i na dole dochodowej skali. Instynktownie wyczuwało to wielu legendarnych trenerów. Ojciec potęgi Manchesteru United na zbyt duże różnice (nie tylko finansowe, lecz również te manifestujące się w statusie) podobno nie pozwalał. Takim boiskowym egalitarystą jest też podobno José Mourinho. Obaj całkiem nieźle na tym wychodzą (wychodzili). A już na pewno prowadzone przez nich drużyny.
@RY1@i02/2014/241/i02.2014.241.000000400.101.gif@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu