Pracodawcy, pracownicy i dobro
Miałbym ochotę zignorować polemikę, jaką napisał w związku z moim tekstem "Kodeks pracy jako pole bitwy" (207/2014) Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP ("Kodeks pracy nie jest polem bitwy", 221/2014), bo zdaje mi się ona dosyć słaba w warstwie argumentacyjnej, składa się bowiem głównie z wyrzekania na moje rzekome tęsknoty do poprzedniego ustroju oraz serii solennych zapewnień, że pracodawcy chcą dobrze, ale im źli ludzie przeszkadzają. Wydaje mi się jednak, że nie powinienem tego czynić, gdyż mógłbym dać asumpt do przypuszczeń, że tego typu teksty mogą stanowić dla kogoś wzór polemiki. A zatem o kilku tylko sprawach, które się w tekście dra Malinowskiego pojawiają, a wydają mi się, delikatnie rzecz ujmując, nietrafne.
I tak pisze on pod moim adresem, że jakoby niefrasobliwie poruszam kwestie ekonomiczne, sugerując wyraźnie, że nie mam do tego prawa, bo nie jestem ekonomistą. Zapewniam mojego szanownego polemistę, że choć faktycznie nim nie jestem, to wiem, co piszę, i bazuję na rozległej literaturze ekonomicznej. A nawiasem mówiąc, założenie, że tylko ekonomiści mogą się wypowiadać o kwestiach ekonomicznych, było jedną z przyczyn obecnego kryzysu. Publiczność uwierzyła, że mają oni rację niejako z definicji, gdy tymczasem często było inaczej, jak np. wtedy, kiedy mówili, że raz na zawsze pożegnaliśmy się z kryzysami ekonomicznymi - jak twierdził noblista Robert Lucas, albo że rynek ma zawsze rację, a państwo nie ma jej nigdy - jak głosił inny laureat Nagrody Nobla Milton Friedman.
Nadto w tekście swoim mówię raczej o kwestiach społecznych, a to coś znacznie więcej niż tylko kwestie ekonomiczne. Ekonomia jako nauka poniosła klęskę, gdyż wydawało się jej, że da się izolować sprawy ekonomiczne od wszystkich innych. Wyszliśmy na tym fatalnie. Nie boję się zatem oskarżeń o niefrasobliwość w tym czy w tamtym, dopóki ktoś mi nie udowodni, że plotę trzy po trzy, a tego z pewnością Andrzej Malinowski nie zrobił. Nie przestraszę się też absurdalnych oskarżeń, że tęsknię za poprzednim ustrojem. Tego typu oskarżenia wysuwane pod adresem wszystkich tych, którym się nie podoba polski kapitalizm, to typowy zabieg ideologiczny, mający zastąpić merytoryczną dyskusję. Niestety, to właśnie dzięki jego skuteczności popełniliśmy w ostatnich 25 latach błędy, wszelką krytykę od razu dyskwalifikując jako wyraz tęsknoty za realnym socjalizmem, a czasami jako znak populizmu, pojęcia, którym posługiwaliśmy się jak intelektualnym cepem, gdy tylko ktoś chciał powiedzieć, że mu się coś w naszej rzeczywistości nie podoba. I tylko dla porządku powiem, że idzie mi nie o powrót do starych, niedobrych czasów, szczerze ich nie znosiłem, a jedynie o to, aby poddać krytyce dominującą obecnie w Polsce wersję kapitalizmu oraz towarzyszącą jej ideologię, w imię zastanowienia się, czy przypadkiem nie powinniśmy rozejrzeć się za wersją inną, mądrzejszą i lepszą.
Co do tej ostatniej sprawy nie mam zresztą wątpliwości, pora, aby przejść w Polsce od anglosaskiego modelu kapitalizmu do modelu nordyckiego. Jeżeli ktoś uważa, że argumentacja na rzecz owego modelu jest powrotem do XVI-wiecznej utopii, to chyba nie zdaje sobie sprawy, że model ów od dawna funkcjonuje i świetnie sobie radzi, wszak kraje skandynawskie pod każdym względem prezentują najwyższą jakość życia. Czy jest on wyrazem połączenia tego, co najlepsze w ideach socjalistycznych i kapitalistycznych, to już temat na odrębną dyskusję, ale nie miałbym nic przeciwko temu, aby tak było. W obliczu klęski neoliberalnego kapitalizmu widać już chyba wyraźnie, że poszukiwanie trzeciej drogi ma sens. Nie trzeba też chyba tłumaczyć, że nordycki model kapitalizmu ma niewiele wspólnego z realnym socjalizmem, choć z punktu widzenia Andrzeja Malinowskiego (a pewnie i innych liderów związków pracodawców zauroczonych neoliberalizmem) jest inaczej.
Co do owych kategorii pojęciowych sprzed 150 lat, których używam (rozumiem, że chodzi tu np. o kategorię wyzysku), to powiem jedynie, że każdy, kto myśli, iż marksowskie analizy społeczeństwa kapitalistycznego się zdezaktualizowały, albo nie ma pojęcia o stanie współczesnych nauk społecznych, albo wyraża pobożne życzenie motywowane ideologicznie. Jedno i drugie źle o nim świadczy.
I wreszcie owe zapewnienia, że pracodawcy chcą dla wszystkich dobrze, ale wszyscy źle pojmują ich intencje (jak np. w przypadku zapłaty za pracę w wolne soboty). Właściwie wystarczyłoby tu wskazanie na rewelacyjny wywiad z Piotrem Ciompą, skruszonym pracodawcą, zamieszczony w tym samym numerze DGP, w którym ukazał się tekst Andrzeja Malinowskiego. Stawia on główną tezę Malinowskiego wyrażoną w polemice ze mną (pracodawcy chcą zawsze dobra wspólnego) pod bardzo dużym znakiem zapytania. Nawiasem mówiąc, warunkowane ideologią neoliberalną przekonywanie wszystkich, że pracodawcy są "solą ziemi" i trzeba im bezgranicznie ufać, albowiem wiedzą, co dobre dla wszystkich, doprowadziło świat Zachodu do poważnego kryzysu. Nie oszukujmy się, w cywilizacji zachodniej sprawdził się model cywilizowanej walki o swoje interesy różnych klas i grup społecznych; walki, albowiem interesy te na ogół nie są zbieżne, wbrew temu, co próbuje nam wmówić dr Malinowski (choć rzecz jasna czasem zbieżne bywają). Idzie o to, aby w walce tej żadna ze stron nie uzyskała trwałej czy miażdżącej przewagi. Nie ulega wątpliwości, że krucha równowaga pomiędzy pracodawcami a pracownikami zachwiała się ostatnimi czasy na rzecz tych pierwszych, co okazało się fatalne dla wszystkich.
Mój tekst o kodeksie pracy miał jedynie przestrzec przed dalszym demontażem owej równowagi na rzecz pracodawców, co w kraju, w którym stopień uzwiązkowienia jest żenująco niski, płace szorują po dnie, a ludzie pracują najwięcej w Europie, nie wydaje mi się żadną fanaberią. Cieszyłbym się bardzo, gdyby pracodawcy faktycznie realizowali sygnalizowane przez Malinowskiego idee kompromisu i walki o dobro wspólne czy przywoływaną przez niego "solidarność społeczną". Obawiam się jednak, że jak dotąd te szczytne i słuszne ideały przegrywają z wolą realizacji swoich interesów bez oglądania się na dobro wspólne, czego widomym przykładem są inwestycje na trwałe niszczące nasz krajobraz przyrodniczy i kulturowy (choć z pewnością nie wszyscy pracodawcy reprezentują kompletny brak zrozumienia, czym owo dobro jest, tak jak paternalistyczny model dobrych opiekunów dla swoich pracowników, służący de facto bezwzględnej realizacji swoich interesów, z pewnością nie jest jedynym realizowanym; bardzo wielu z nich zachowuje się faktycznie fair, szkoda tylko, że tak rzadko odcinają się od tych, którzy czynią co innego). Gdyby było inaczej, sytuacja społeczna Polski wyglądałaby inaczej, a dominujące w niej poczucie niesprawiedliwości społecznej nie byłoby tak wyraźne.
I na zakończenie można się oczywiście pocieszać, tak jak to czyni Andrzej Malinowski, że liczne wyrazy poparcia dla dzikiego kapitalizmu spod znaku libertarianizmu, które można znaleźć w internecie, są wyrazem owego de facto lansowanego przez niego przekonania, że wszystko jest w porządku, a droga, jaką zmierzamy, jest najlepsza ze wszystkich. Nie trzeba być nadzwyczajnym znawcą myśli społecznej, aby zrozumieć, że po kilkudziesięciu latach dominacji narracji neoliberalnej, jaka miała miejsce w III RP (i na świecie), spora część ludzi będzie uznawać, że mamy kłopoty, ponieważ nie realizujemy Prawdziwego Kapitalizmu (to przypomina mi ciągłą nadzieję krytycznych wyznawców poprzedniego systemu, że wszystko będzie dobrze, gdy tylko zbudujemy Prawdziwy Socjalizm...). Wielu ludzi nie miało najmniejszej okazji, aby zapoznać się z innymi możliwościami, nie daliśmy im takiej szansy, wzorem Andrzeja Malinowskiego oskarżając każdego, kto myśli inaczej, o chęć powrotu do tego, co już nie wróci. Pora, aby z tym skończyć. Istnieją alternatywy, a droga, która mojemu polemiście wydaje się jedyna, jest tylko jedną z możliwych. I wcale nie oznacza ona, wbrew temu, co sugeruje, powrotu do czasów realnego socjalizmu, a jedynie realizację takiej wersji kapitalizmu, która jest korzystna dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych.
@RY1@i02/2014/236/i02.2014.236.000002700.802.jpg@RY2@
Andrzej Szahaj filozof polityki i historyk myśli społecznej, profesor zwyczajny na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu
Andrzej Szahaj
filozof polityki i historyk myśli społecznej, profesor zwyczajny na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu