Nasze zadanie to zaprzeczenie "mądrości" Clausewitza
Wielu analityków i komentatorów od dawna próbuje nas przestrzegać przed wielkimi, globalnymi zagrożeniami. Zbliżające się nieuchronnie zmiany w światowym układzie sił spowodowane demografią, niedobory energii w jednych krajach i brak bezpieczeństwa jej dostaw w innych, konsekwencje zmian klimatycznych, globalna niestabilność systemów finansowych i niekontrolowany rozwój nowych technologii - to tylko przykłady wywołujących niepokój dylematów rozwojowych ludzkości.
Niestety, jest jeszcze gorzej. Płynący nieustannie potok informacji zmusza do zweryfikowania dotychczasowych poglądów jako - paradoksalnie - zbyt optymistycznych i nietrafiających w sedno globalnych zagrożeń. Powiedzmy wprost - głównym problemem świata jest dzisiaj powstrzymanie rozlewającej się fali międzyludzkiej nienawiści wywołującej coraz szersze, tragiczne konflikty. W roku bardzo symbolicznych rocznic rozpoczęcia tragedii dwu wojen światowych głęboka refleksja na ten temat jawi się jako nasz wspólny, niezbywalny obowiązek.
Zadaniem stojącym przed nami jest dobitne zaprzeczenie "mądrości" niemieckiego teoretyka wojskowości Carla von Clausewitza, który twierdził, że wojna jest "kontynuacją polityki innymi środkami". Mielibyśmy więc nie poszukiwać do końca porozumienia z adwersarzami, ale w sytuacjach nierokujących szybkiego porozumienia decydować się na zbrojną konfrontację? Już wtedy, 100 lat temu, stwierdzenie powyższe poprzez realną nieskuteczność i tragiczne skutki wojny udowodniło swój fałsz. Czy jest dzisiaj wielu wierzących, że poprzez zbrojną agresję można osiągnąć długotrwałe cele polityczne? Współczesna wojna to przecież bardziej kontynuacja politycznej przegranej niż realna metoda osiągnięcia politycznego celu.
Szacuje się, że globalne nakłady na zbrojenia i działania obliczone na zapobieganie przemocy przekraczają dziś sumę 10 bln dol. rocznie, dwukrotnie przewyższając wartość światowej produkcji rolnej i prawie stukrotnie przewyższając sumaryczne transfery finansowe na pomoc zagraniczną dla biednych krajów. Niewielka ludnościowo i bezpieczna geograficznie Australia zdecydowała się niedawno na wydanie 24 mld dol. na zakup samolotów wojskowych, prowadząc równocześnie politykę drastycznych cięć budżetowych, największych we współczesnej historii tego kraju. Czyż to nie dowód na postępujące powszechne szaleństwo?
Oczywiście znamy wszyscy także inną argumentację ekonomiczną - oto wydatki na zbrojenia mają być ważnym i trwałym elementem gospodarek większości krajów, w istotny sposób wspierającym i modernizującym ich rozwój. Niełatwo się z tym zgodzić - z dzisiejszej perspektywy świat niepotrafiący się rozwijać bez produkcji śmiercionośnych narzędzi uznać raczej należy za świat wymagający zasadniczej zmiany. Trzeba to jednak widzieć jako cel, którego osiągnięcie jest na wagę przetrwania naszej cywilizacji.
Elementy stanowiące podstawę funkcjonowania pokojowych społeczeństw są powszechnie znane: szacunek i otwartość na innych, sprawiedliwa dystrybucja dochodów, poszanowanie praw mniejszości, wysokie standardy powszechnej edukacji, niski poziom korupcji, przychylność rzetelnemu biznesowi. Czy aby dostatecznie mocno artykułujemy naszą zdecydowaną wolę walki o te ideały? Czy w imię często tylko ulotnych korzyści nie wspieraliśmy wielokrotnie reżimów politycznych gwałcących te zasady? Czy krytykowaliśmy rządy wydające na zbrojenia kolosalne pieniądze, mogące uczynić wiele dobrego w wielu sferach życia - choćby ochronie zdrowia czy edukacji? Takie inwestycje zwiększałyby przecież dobrostan beneficjentów - nas wszystkich, zmniejszając stopniowo skalę konfliktów. Przecież to nie przypadek, że kraje cechujące się najwyższymi względem PKB wydatkami na przemoc są także najbiedniejszymi państwami świata: wspomnijmy choćby Koreę Północną, Syrię, Liberię, Afganistan czy Libię. Czy te pieniądze nie przysłużyłyby się lepiej inwestycjom ukierunkowanym na ograniczenie konfliktów?
Naiwne pytanie? Oczywiście, jeśli przykładamy do wydarzeń na świecie obecnie obowiązującą, standardową miarę. Ale powtórzmy, czas zacząć o tym głośno mówić i tę naiwność zamieniać na fakty - to ważniejsze dzisiaj od czegokolwiek innego. Niespecjalnie niestety liczyć tu można na polityków przewodzących krajom dopuszczającym agresję i przemoc. Zbyt często, siedząc bezpiecznie w gabinetach, realizują oni cele pomagające im, jak wierzą, we własnych karierach, w istocie nie rozwiązując jednak żadnego z problemów, o które rzekomo walczą. Krytykujmy więc bezlitośnie tych polityków, którzy okazują się niezdolni do zrozumienia wiszących nad nami śmiertelnych zagrożeń, i chwalmy tych, którzy myślą, zanim przystąpią do strzelania.
Jak te pacyfistyczne rozważania mają się do obecnych konfliktów? Podobnie jak 100 lat temu próżni i nieświadomi konsekwencji przywódcy prą do wojny bez realnych widoków na rozwiązanie problemów będących główną przyczyną napięć. Weźmy przykład Rosji. Przez krótki czas powoływała się na prawo międzynarodowe, nie całkiem bez racji zarzucając Zachodowi naruszanie międzynarodowych norm w Kosowie, Iraku, Syrii i Libii. Niedługo potem prezydent Władimir Putin wziął jednak sobie na cel Ukrainę, bojąc się jej zbliżenia do Unii. I nagle przestrzeganie prawa międzynarodowego przestało mieć znaczenie. Bezprawna aneksja Krymu i jawne wspieranie separatystów pociągnęły już za sobą śmierć tysięcy niewinnych ludzi, a zestrzelenie malezyjskiego boeinga udokumentowało w przerażający sposób szaleństwo prowadzonej polityki.
Ze względu na nasze położenie geograficzne sytuację na Ukrainie odbieramy z największym oburzeniem, ale nie miejmy złudzeń, podobnych ognisk zapalnych jest na świecie bardzo dużo. Stałym ich elementem jest cynizm decydentów, wspierany towarzyszącą działaniom kłamliwą propagandą. Jakby już nie miało żadnego znaczenia, że konflikty te kosztują życie tysięcy ludzi oraz biliony dolarów, generują narastającą niepewność całych społeczeństw.
Między światem dzisiejszym a tym sprzed 100 lat istnieje wiele różnic. Doświadczyliśmy ponad miarę głupoty i bezsensu zbiorowej przemocy. Wiemy, że każda nowa wojna globalna niosłaby dzisiaj w sobie zalążek końca świata. Jesteśmy świadomi, że wbrew pesymistycznym wizjom istnieją realne możliwości radzenia sobie z wieloma wyzwaniami - ubóstwem, głodem, chorobami czy degradacją środowiska. Mamy prawo międzynarodowe, zapewne niedoskonałe i często nieskuteczne, dające jednak przynajmniej podstawę do negocjacji i osiągania porozumień. W natłoku codziennych wydarzeń, w roku symbolicznych rocznic koszmaru światowych wojen warto poświęcić trochę więcej czasu na głęboką refleksję, a później na konkretne działania służące wzmocnieniu ludzkiej solidarności, współpracy i wzajemnego zrozumienia. Czyli kluczowych czynników mogących zapobiec dalszym tragediom, tym razem naprawdę o niewyobrażalnych konsekwencjach.
Sytuację na Ukrainie odbieramy z oburzeniem, ale podobnych ognisk zapalnych jest bardzo dużo
@RY1@i02/2014/223/i02.2014.223.000001300.803.jpg@RY2@
Michał Kleiber prezes PAN
Michał Kleiber
prezes PAN
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu