Ebola, czyli bezradność świata wobec realnych wyzwań
Na temat epidemii eboli słyszymy ostatnio także dobre wiadomości. W dwu krajach nie odnotowano od dłuższego czasu żadnego nowego zachorowania, mimo że przedtem zarażonych było tam wiele osób. Gdzie indziej udało się szybko wyleczyć chorego. Do badań klinicznych skierowano pierwszą dużą porcję szczepionek, a Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) obiecuje, że 200 tys. będzie gotowych do użycia już w połowie 2015 r. Korzystnie wypadają przypominane nam porównania tragicznych skutków epidemii eboli z corocznymi konsekwencjami malarii czy dobrze znanej nam grypy. Zawsze pozostaje też wiara w niejako samoczynne ustąpienie epidemii eboli - tak przecież zawsze, począwszy od 1976 r., bywało z 20 dotychczasowymi epidemiami.
Optymizm pomniejsza niestety wiele innych informacji, wśród których są np. przepowiednie WHO o przewidywanym niebawem poziomie 10 tys. zakażeń tygodniowo i śmiertelności choroby rzędu 70 proc., a także doniesienia o pojawiających się zachorowaniach w regionach dotychczas od tego wolnych. Nie napawa optymizmem także fakt, iż epidemia rozwija się obecnie głównie w krajach Afryki wolnych w poprzednich latach od nieszczęścia eboli i niemających przez to doświadczeń w walce z epidemiami tego typu. Dodatkowe zagrożenie stwarza tam to, iż mobilność społeczeństw afrykańskich jest dzisiaj znacznie większa niż przed laty, co przy braku elementarnego ładu publicznego stawia te kraje wobec całkowicie niekontrolowanych wyzwań w zakresie zdrowia publicznego.
Warto zastanowić się głębiej nad dobitnymi wnioskami płynącymi z obecnej sytuacji. Nie pierwsze to przykre doświadczenie tego typu, ale refleksji na temat globalnych zagrożeń - wojen, ubóstwa, katastrof naturalnych czy właśnie epidemii - nigdy przecież nie jest za dużo.
Zacznijmy od bezlitośnie nasuwającego się ogólnego stwierdzenia o fatalnym przygotowaniu świata, a organizacji międzynarodowych w szczególności, do przeciwstawiania się globalnym nieszczęściom. Bo jak inaczej określić fakt, iż decyzją krajów członkowskich budżet WHO jest dzisiaj o jedną trzecią mniejszy niż jeszcze parę lat temu? Podobnie trudna jest sytuacja finansowa wielu innych społecznie newralgicznych międzynarodowych organizacji i instytucji - Światowego Programu Żywnościowego, biura wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców, UNICEF-u czy UNESCO.
Całkowicie paradoksalnie, nawet w obliczu prawdziwego, globalnego kryzysu w jednej sprawie, gotowość poszczególnych krajów do współfinansowania szerokich działań zapobiegających innym bolączkom świata bynajmniej nie rośnie. Zapewne spowodowane jest to stale malejącym zaufaniem do skuteczności globalnie podejmowanych kroków, na co wpływ ma także często dokumentowana niesprawność administracji, typowa dla większości ważnych organizacji międzynarodowych.
Część winy spada także na każdego z nas, za dużo chyba bowiem mówimy o wyższości nowych, luźno powiązanych ze sobą struktur społecznych, o znaczeniu przełomowych zmian w zarządzaniu likwidujących tradycyjnie rozumianą podległość, o firmach oferujących przełomowe innowacje, także społeczne. Zapominamy zaś o niezbędności utrzymywania hierarchicznej, porządnie zorganizowanej i efektywnej struktury funkcjonowania państw, kontynentów i całego świata. Może to właśnie z tych powodów, szczególnie w warunkach ogólnej atmosfery kryzysu gospodarczego, tak łatwo przychodzi poszczególnym krajom bezrefleksyjne ograniczanie środków na walkę z zagrożeniami o globalnym charakterze?
Druga uwaga dotyczy braku solidaryzmu w relacjach społeczeństw bogatych z ubogimi. Te pierwsze zbyt często przystępują do działania dopiero wtedy, gdy problem zbliża się do ich wrót. Gdyby ebola choćby od paru lat traktowana była w krajach rozwiniętych jako realne zagrożenie dla zdrowia własnych populacji, skuteczną szczepionkę mielibyśmy przecież już dawno! W świetle dzisiejszych informacji o statusie badawczym szczepionek wystarczyłoby, aby wysiłki związane z ich wprowadzeniem do obiegu podjąć np. 10 lat temu. Już wtedy było dostatecznie dużo sygnałów o groźbie epidemii - tyle że, wierzono, bogatych miało to nie dotyczyć. Dzisiejsze działania są po prostu spóźnione - nawet obiecane przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Bank Światowy znaczące sumy na budowę i wyposażenie niezbędnych centrów medycznych nie gwarantują dzisiaj skuteczności działania, nie ma bowiem możliwości ich błyskawicznej budowy i znalezienia odpowiedniego personelu.
Trzecią uwagę formułuję na podstawie rozmów z odkrywcą wirusa eboli, prof. Peterem Piotem ze Szkoły Higieny i Chorób Tropikalnych w Londynie. Uczestnicząc w pracach zespołu doradczego Komisji Europejskiej do spraw metodologii i wykorzystywania badań prognostycznych, wielokrotnie narzekaliśmy na niezdolność decydentów różnych szczebli do uwzględniania w swych działaniach ostrzeżeń płynących z wiarygodnych, dobrze udokumentowanych źródeł. Pamiętam, jak przeszło trzy lata temu prof. Piot mówił o pewności wybuchu kolejnej epidemii eboli w Afryce Równikowej i możliwości rozprzestrzenienia się jej na inne kraje - pamiętając tę rozmowę, naprawdę trudno mi dzisiaj uznać istniejącą sytuację za coś nieoczekiwanego.
Przepowiedni tego typu jest wiele. Dotyczą konsekwencji chorób zakaźnych, a także anomalii pogodowych, katastrof naturalnych i spowodowanych przez człowieka czy wreszcie - któż wątpi w realność tego zagrożenia - terroryzmu ekstremistów islamskich. A świat za każdym razem jest zaskoczony i próbuje od zera i z konieczności chaotycznie przeciwdziałać nieszczęściu. To tak, jakbyśmy do każdego pożaru w mieście powoływali na nowo ekipę ochotników do jego gaszenia - naprawdę dużo taniej i skuteczniej jest utrzymywać stałą straż pożarną!
@RY1@i02/2014/213/i02.2014.213.000000700.802.jpg@RY2@
Michał Kleiber prezes PAN
Michał Kleiber
prezes PAN
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu