W aktywności siła
Partycypacja to chyba największy hit kończącej się właśnie kadencji samorządu. Przynajmniej w dużych miastach. Dzięki temu mieszkańcy zyskali, czy może raczej odzyskali, wpływ na część, wprawdzie niewielką, swoich pieniędzy. To bezpośrednio ich głos decyduje o tym, na co zostanie przeznaczony procent czy półtora z miejskiego budżetu. Jednak czy zawsze wszystko, co wybierają mieszkańcy, powinno być realizowane?
Przejrzałam stołecznych zwycięzców. W większości gmin wśród wygranych znalazły się domki dla naszych latających pasiastych przyjaciół. Dlatego że kosztowały niewiele i załapywały się na tzw. końcówki. Wymieranie pszczół i innych zapylających owadów to poważny problem. Nie jestem jednak pewna, czy akurat o takie działania chodzi w budżecie partycypacyjnym. Wolałabym, żeby o pieniądze na taki cel postarać się np. z funduszy unijnych (co jest trudniejsze) i w działania włączyć uczniów, bo wykonanie takiej budowli pod opieką osoby dorosłej może im dać wiele satysfakcji. Powinno się to połączyć to z pogadankami, co dają nam owady i dlaczego giną. Podobnie, jak uważam, że zadbanie o modernizację wizytówki praskiego brzegu stolicy, czyli znanego prawie wszystkim Polakom (któż nie był tu ze szkolną wycieczką) wybiegu dla niedźwiedzi, powinno być rolą dzielnicy, jeśli nie miasta. Choć przyznaję, wybór dobrze świadczy o lokalnym patriotyzmie prażan.
Duże pieniądze z budżetów partycypacyjnych poszły na doposażenie szkół, a to też nie jest raczej zadaniem takiego budżetu, zwłaszcza że niektóre szkoły, podejrzewam większe, uzyskały po kilka dofinansowań, a inne przepadły. Przewaga, jaką daje liczebność, wyraźnie się zresztą na tych działaniach odbija. W ilości siła. Dlatego szansę mają np. ścieżki rowerowe czy cele ekologiczne, wokół których organizują się większe i aktywniejsze środowiska. Czasami emerytom uda się wywalczyć ławeczki czy rodzicom plac zabaw dla dzieci. Jednak często przegranymi były inicjatywy dla niepełnosprawnych czy takie pozorne drobiazgi, jak postawienie lustra na skrzyżowaniu, na którym są kłopoty z widocznością, albo oświetlenia na osiedlu, które upodobali sobie chuligani.
Podobne minusy budżetu partycypacyjnego w dużych miastach powinni wychwycić włodarze. Już w przyszłej kadencji, bo tę czas kończyć.
A z końcem warto podsumować nie tylko sukcesy, lecz także słabości, bo to często niezrealizowane potrzeby pojawiają się właśnie w budżetach partycypacyjnych. Tak jak w stolicy np. brak windy z Powiśla do przystanków na moście Poniatowskiego.
A co z partycypacją w mniejszych samorządach? Nie jestem przekonana, czy tam takie budżety są konieczne. W małym miasteczku dobry włodarz i rzetelni radni znacznie lepiej niż w wielkim mieście są w stanie wsłuchać się w potrzeby mieszkańców. I będą musieli to robić. Bo wymuszą to jednomandatowe okręgi. Jeżeli jednak lokalna aktywność kuleje i nikt nie zatrzymuje burmistrza w sklepie, by porozmawiać, to warto z budżetem partycypacyjnym spróbować. Samorządność trzeba budzić i tam, gdzie ludzie nie nauczyli się aktywności. Gdy mieszkańcy są aktywni, z reguły wszystkim żyje się lepiej, a i trudniej o przekręty.
@RY1@i02/2014/175/i02.2014.175.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadząca
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadząca
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu