Prawdziwa siła prowincji
Spędziłem lato z żoną i dwiema polskimi wnuczkami na północy Anglii. To była niezwykła podróż, bo od dawna nie byłem na wakacjach w Wielkiej Brytanii - po prostu jest za droga. Teraz, po tylu latach, patrzyłem na ojczyznę także z innej perspektywy - przyjezdnego. Moje obserwacje... cóż, były jednocześnie pocieszające i niepokojące.
Wynajęliśmy dom w Hartlepool, robotniczym mieście na wschodnim wybrzeżu Anglii. Niedaleko stała kiedyś huta, w której pracował sąsiad. Teraz pozostał po niej pusty plac, po którym młodzież jeździ na motorach. Mimo postępującej dezindustrializacji niektóre zakłady wciąż istnieją. Po drugiej stronie zatoki stoi jedna z pierwszych brytyjskich siłowni jądrowych, w nocy można było zobaczyć poświatę otulającą fabrykę chemiczną, ze spokojnych wód zatoki wyłaniały się rzędy turbin wiatrowych. Na szczęście, jak za dawnych czasów, wszędzie wkoło królowały ponadczasowe wrzosowiska.
Choć znajdowaliśmy się w robotniczej Anglii, nie było to wcale przygnębiające. No, z wyjątkiem klocowatego centrum handlowego z czerwonej cegły, zbudowanego w latach 70. pomnika rodzącego się konsumpcjonizmu. Nawet mieszkańcy Hartlepool przyznawali, że to wyjątkowo ponure miejsce. Niech to będzie przestrogą dla polskich miasteczek, które - w pogoni za nowym - tak chętnie wyburzają stare budynki, by w ich miejsce postawić galerie handlowe. To pułapka, nie postęp.
Uderzyło mnie to, że na ulicach i w pubach nie było słychać przekleństw, choć przecież byliśmy w robotniczym miasteczku. Tylko raz usłyszeliśmy przeklinanie - ze strony grupy polskich kierowców na promie z Calais do Dover. Ich rasistowskie i przepełnione wulgaryzmami komentarze zbulwersowały moją żonę. Polacy nie sądzili, że ktoś zrozumie to, co mówią. W Anglii ani razu nie usłyszeliśmy rasistowskich uwag czy wulgaryzmów. Rasizm już nie jest akceptowaną normą społeczną, choć oczywiście istnieje problem imigracji rozdmuchiwany przez brytyjskie brukowce.
Codziennie obowiązkowo szliśmy do miejscowego pubu na rybę z frytkami i ale z miejscowego browaru Cameron. Współczuję wam, moi drodzy czytelnicy, bo wychowaliście się na tak popularnych w Polsce zbyt zimnych pasteryzowanych lagerach. Nie wiecie, co straciliście. Jestem pewien, że to przez piwo z Cameronu (przepyszne ale) skurczyły się moje spodnie i koszule. Nie mam pojęcia jak to się stało! Puby wciąż mają się dobrze i nadal odgrywają ważną społeczną rolę. W nich nie tylko pije się piwo, one podtrzymują więzy społeczne. Jeden z bywalców pomógł mi w rozwiązaniu problemu komputerowego, a właściciel z własnej inicjatywy opowiedział nam wszystko o okolicznych szlakach, bo zauważył, że nie jesteśmy miejscowi.
W Hartlepool zaobserwowaliśmy to, czym jest kapitał społeczny w typowym angielskim miasteczku. Ochotnicy organizujący tygodniowy festiwal pracowali bez żadnego wynagrodzenia, w ciągu jednego dnia odbyły się trzy różne akcje dobroczynne. W każdym miasteczku są sklepy charytatywne wspierające różne inicjatywy, od pomocy hospicjom po schroniska dla psów, od akcji organizacji humanitarnej Oxfam po ochronę siedliska ptaków. Kapitał społeczny oznacza, że mieszkańcy Hartlepool czują się częścią społeczności, życzliwej i otwartej. Potrafią śmiać się z siebie i mają ku temu powód - bo kiedyś powiesili małpę. Legenda głosi, że podczas wojny z Napoleonem morze wyrzuciło na brzeg żywą tresowaną małpę ubraną we francuski mundur. Miejscowi nigdy nie widzieli Francuza i wzięli ją za szpiega. Po krótkim procesie zwierzę zadyndało na stryczku. Teraz w każdym pubie trzymają małpkę na znak pamięci o biednym stworzeniu.
Zauważyliśmy też brak graffiti - możliwe, że przyczyniło się do tego powstanie patroli obywatelskich oraz wszechobecne kamery bezpieczeństwa. W porównaniu z tym, co pamiętałem, zmniejszyła się ilość śmieci na ulicach oraz plażach, choć Anglicy jeszcze nie doścignęli Polski. Ponadto, mimo obecności w najbliższej okolicy aż sześciu pubów, nie widziałem na ulicy żadnego pijanego (widocznie upijanie się Anglicy zostawiają na czas wizyt w Krakowie). Zdaje się, że w Anglii powstają nowe normy społeczne, co zresztą potwierdzają statystyki. Poziom przestępczości jest najniższy od 1981 r., znacznie spadło używanie narkotyków i nadużywanie alkoholu. To dotyczy nie tylko Królestwa, lecz i innych części Europy. Profesor Mike Hough z Uniwersytetu Londyńskiego twierdzi, że "w Europie istnieje długoterminowa tendencja do większej uprzejmości i lepszego traktowania siebie nawzajem, jakkolwiek naiwnie optymistycznie to nie zabrzmi". Możliwe, że właśnie tego doświadczyliśmy!
Niestety, choć Brytyjczycy zrobili się bardziej uprzejmi, to jednocześnie wzrosła ich waga. Według statystyk aż 67 proc. mężczyzn oraz 57 proc. kobiet cierpi na otyłość lub nadwagę. Znać statystyki to jedno, przekonać się na własne oczy to co innego. Kobiety z twarzami jak księżyc w pełni, pulchne dzieci i faceci z piwnymi brzuchami świadczą o tym, że liczby nie kłamią. Po tym, co widzę w Polsce, byłem zszokowany, że dorosła osoba o normalnej wadze to w Wielkiej Brytanii wyjątek niż reguła. Ten problem w dużym stopniu zależy od przynależności do biedniejszej warstwy społecznej i jest spowodowany nie ubogą dietą, lecz nieumiarkowanym jedzeniem i piciem oraz brakiem ruchu. Po pierwszej kolacji z rybą i frytkami postanowiliśmy zamawiać jedną porcję na dwie osoby, bo były tak wielkie.
W przeciwieństwie do wagi spada w mojej ojczyźnie zainteresowanie religią - można śmiało powiedzieć, że Anglia jest państwem postreligijnym. Wspaniały kościół w Hartlepool jest perełką wczesnego gotyku, lecz kiedy przyszliśmy na nabożeństwo w niedzielę, zobaczyliśmy niewiele wiernych. Kazanie było na wysokim poziomie, bez odniesień do polityki, które często słyszy się w polskich kościołach. Życzliwy proboszcz starał się zachęcić wiernych do wsparcia szpitala w Strefie Gazy. Później spotkaliśmy sympatyczną kobietę pastora. I choć mnie prowadzenie nabożeństwa przez kobietę wprawia w zakłopotanie (cóż, jestem staroświecki), uważam, że obecność w Kościele Anglii tylu otwartych i wrażliwych społecznie osób to jedna z jego zalet.
Postreligijny czy wręcz antyreligijny charakter brytyjskiego społeczeństwa był najbardziej widoczny w Yorku, który kiedyś był jednym z centrów religijnych Wielkiej Brytanii. To popularne wśród turystów miasto przyciąga m.in. wieloma muzeami. W jednym z nich wystawa poświęcona średniowieczu znajdowała się w pozostałościach po klasztorze, który kiedyś stał w tym miejscu. Można by pomyśleć, że to wymarzone miejsce do wytłumaczenia roli ideałów religijnych. Wielu czytelników zgodzi się z tym, że klasztory odgrywały kluczową społeczną, gospodarczą i edukacyjną rolę w średniowiecznym społeczeństwie. Tymczasem głównym eksponatem edukacyjnym był filmik o dwóch mnichach, z których jeden został ukarany za rozmawianie z kobietą, drugi za to, że zasnął podczas mszy. To była karykatura oświaty i interpretacji historycznej, z której może być dumny tylko Richard Dawkins (wojujący ateista i autor książki "Bóg urojony").
To odzwierciedla głębszy problem w życiu Anglii, co odczuwaliśmy za każdym razem, kiedy czytaliśmy tamtejsze gazety, słuchaliśmy tamtejszego radia lub szliśmy do miejscowego pubu. Polityka i religia nie były tematem do rozmowy. Był to dla mnie rodzaj zaściankowości, odgradzania się od rzeczywistości. Na przykład teraz w miejscach publicznych w Anglii wisi dużo flag (kiedyś tego nie było). Zwykle to flagi Wielkiej Brytanii, często widzieliśmy też flagi Anglii. Ale nigdzie nie zauważyłem flag Unii Europejskiej, a zjeździliśmy samochodem duży kawałek kraju. Tak jakby UE była tylko biurokratycznym straszydłem, które czai się w kącie i od czasu do czasu wydaje rozkazy. Nie spotkaliśmy zrozumienia ani zainteresowania sytuacją na Ukrainie. Media lekceważyły temat, a współczujący mieszkańcom Strefy Gaza proboszcz, który był również kapelanem marynarki i znał wielu rosyjskich i ukraińskich marynarzy, był prawie gotów uznać Ukrainę za część Rosji.
Głęboka depolityzacja i antyintelektualizm, które zaobserwowaliśmy, są tylko częścią obrazu, lecz ci z was, drodzy czytelnicy, którzy śledzą wyczyny rządu konserwatystów, niezdolność Davida Camerona do zrozumienia mechanizmów działania UE, zachowania ministrów, którzy wracają do antyimigracyjnej, antyeuropejskiej i prymitywnie antyterrorystycznej retoryki, wiedzą, o czym mówię. Lewica nie jest lepsza, zwłaszcza w kwestiach dotyczących przestrzegania praw człowieka, gwarancji prawnych i wolności obywatelskich.
Jednak ogólnie biorąc, spotkanie z rodakami po tylu latach napawa mnie optymizmem. To prawda, że odwiedziłem specyficzny zakątek prowincjonalnej Anglii, w której zachowano większą część robotniczego kapitału ludzkiego i której nie dotknęły kosmopolityczne trendy innych części kraju. Tak czy inaczej, życzliwość, otwartość i humanizm Anglików nie zniknęły, i to dobrze wróży nam na przyszłość. Politycy kiepsko służą, traktując ludzi jak wyborców, nie jak partnerów, i jak konsumentów, a nie obywateli zdolnych do myślenia. Mediom brakuje odwagi, sądząc po braku dyskusji na różne ważne tematy. Na szczęście istnieje jeszcze radio BBC. I jeśli tylko politycy i media nabiorą trochę powagi i będą mniej populistyczni, będzie dobrze, nawet jeśli Szkocja odłączy się od Wspólnoty.
I jeszcze jedno, gdyby tylko moi rodacy mogli trochę mniej jeść i pić!
Tłum. IC
@RY1@i02/2014/172/i02.2014.172.000002400.803.jpg@RY2@
Timothy Clapham psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski
Timothy Clapham
psycholog ekonomii Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu