Adwokat nie sięga po szantaż
Jesteśmy na wakacjach, surfujemy po internecie, wyskakuje nam okienko, które prawie zasłania oglądaną przez nas stronę. Wygląda jak informacja o plikach cookie. Chcemy je jak najszybciej zamknąć i wrócić do strony, którą przeglądaliśmy. Z przyzwyczajenia nie czytamy, ponieważ taka informacja znajduje się na niemal każdej stronie, którą otwieramy.
Po wakacjach otrzymujemy fakturę, która opiewa na prawie 10 tys. zł. Za co? Początkowo nie wiemy. Po głębszej analizie okazuje się, że jest wystawiona za korzystanie z serwisu internetowego lub naruszenie praw autorskich. I tu pojawia się pytanie: jakich? Przecież nie ściągałem żadnej muzyki czy filmów? Komunikat, który wyświetlił się na stronie i - pozornie - dotyczył plików cookies, wcale takim nie był. Był natomiast komunikatem od naciągacza - bo, w mojej ocenie, inaczej nie można nazwać takiej osoby - że akceptujemy opłatę za korzystanie ze strony internetowej. Następnie wysyłane są pisma o wszczęciu postępowania przeciwko nam. No chyba że zdecydujemy się zapłacić, co byłoby absurdem.
To nie opowieść fikcyjna, lecz jak najbardziej prawdziwy przypadek, jaki się zdarzył mojej koleżance adwokatce. Nasunął mi kilka pytań. Jak są zdobywane nasze dane potrzebne do wystawienia faktury? Co z ich ochroną? Przecież nie ujawniałem ich, chodząc po internecie. Okazuje się, że zdarzało się, iż pełnomocnik naciągaczy zawiadamiał prokuraturę o rozpowszechnianiu obrazów chronionych prawem autorskim i podawał numery IP komputerów, a śledczy ustalali dane osób, do których ten adres należał. Następnie prawnik osoby zajmującej się trollingiem z akt śledztwa poznawał personalia internautów i - nie czekając, aż śledztwo się skończy - kierował do nich wezwania do zapłaty. I nieważne, że wezwania mogły trafić do przypadkowych osób, ponieważ adres IP nie identyfikuje konkretnego użytkownika komputera. Tylko dlaczego fakturę mam opłacić ja, skoro nie ma pewności, że to ja korzystałem z komputera?
Teraz dochodzimy do sedna sprawy copyright trollingu. Zajęło się nią ostatnio kilka organizacji pozarządowych. Wystosowały one list otwarty do Naczelnej Rady Adwokackiej, bowiem - co stwierdzam z przykrością - pełnomocnikami naciągaczy były osoby przedstawiające się jako adwokaci. Wypada zatem przypomnieć orzeczenie sądu dyscyplinarnego z 2013 r., iż nie wolno "uciekać się do groźby skierowania sprawy na drogę ścigania karnego i uzależniania tych działań od zachowania osoby, do której się zwraca. To forma szantażu, co w postępowaniu adwokata jest niedopuszczalne".
Chcę z całą mocą podkreślić, iż jestem wielce oburzony i zaniepokojony tą sprawą. Tym bardziej że z dostępnych mi informacji wynika, że kilka kancelarii jest w to zamieszanych i pod przykrywką dbania o interesy swojego klienta wyłudzają zapłatę. Obiecuję, że osobiście postaram się dopilnować, aby samorząd adwokacki dogłębnie zbadał doniesienia o nadużyciach i - jeśli się potwierdzą - wszczął stosowne postępowania dyscyplinarne wobec adwokatów. Jeśli rzeczywiście w taki proceder się angażowali, nie zasługują na togę z zielonym żabotem.
@RY1@i02/2014/162/i02.2014.162.18300100a.802.jpg@RY2@
Andrzej Zwara prezes Naczelnej Rady Adwokackiej
Andrzej Zwara
prezes Naczelnej Rady Adwokackiej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu