O pożytkach z inflacji... edukacyjnej
Inflacja tytułów naukowych jest podobno plagą współczesnych systemów edukacyjnych. I nie tylko w Polsce słychać głosy, że przedwojenna matura to było naprawdę coś. Zwłaszcza w porównaniu z magisterium uzyskanym dziś w prywatnej Wyższej Szkole Czegośtam Gdzieśtam. Tymczasem ekonomiści Raphael Boleslavsky (University of Miami) i Christopher Cotton (Queen’s University) postanowili udowodnić, że absolutnie nie ma się czym przejmować. Wręcz przeciwnie.
Ale zanim wyjaśnimy, dlaczego, wybierzmy się na krótką wycieczkę w historię amerykańskiego systemu edukacyjnego. Naszymi przewodnikami będą Stuart Rojstaczer i Christopher Healy, którzy kilka lat temu zebrali historyczne dane z 80 amerykańskich szkół wyższych od 1920 r. Wyszło im, że między rokiem 1920 a 1960 proporcje między najlepszymi i najgorszymi ocenami studentów pozostawały na podobnym poziomie. W latach 60. i 70. zaczęły się jednak polepszać, i to lawinowo. Podobny trend - choć już nieco mniej intensywny - zaczął się znowu w latach 80. I trwa do dziś. Sam współautor tej analizy Stuart Rojstaczer wyznał samokrytycznie, że tak na dobrą sprawę to on już nie stawia "pał" (w amerykańskiej nomenklaturze ta ocena nazywa się "C"). Podobnie robią jego koledzy wykładowcy. I podejrzewa, że wkrótce to samo będzie dotyczyło "B". Czyli takich powiedzmy trójek z plusem.
Dlaczego tak się dzieje? Rojstaczer i Healy tłumaczą to... wojną w Wietnamie oraz postępującą komercjalizacją edukacji. Wojna ma odpowiadać za ten pierwszy skok ocen odnotowany w latach 60. i 70., gdy profesorowie unikali oblewania swoich studentów. Oczywiście dlatego, że chcieli uchronić ich przed powołaniem do armii i wyjazdem na front w roli mięsa armatniego. Druga fala inflacji ocen wiąże się z intensywną komercjalizacją systemu edukacji trwającą (nie tylko w USA) od lat 80. Ale również z takimi wynalazkami, jak coraz ważniejsze dla ich kariery ewaluacje pracy profesorów przeprowadzane wśród studentów przez uniwersytecką administrację. Po co się narażać na miano kosy i ryzykować nienawiść ze strony studenckiej braci?
Niezależnie od przyczyn trend jest wyraźny. I wiele uniwersytetów zastanawia się, co powinny z tym fantem zrobić. W końcu żadna szanująca się uczelnia nie chce zyskać etykietki fabryki, w której produkowani są absolwenci coraz gorszej jakości. Renomowany Princeton wydał na przykład okólnik stanowiący, że odsetek "piątek" (w USA "A") nie powinien przekraczać 35-55 proc. uczestników kursu czy seminarium. A pewien harvardzki profesor wystawiał dwa stopnie. Jeden na potrzeby indeksu, a drugi odpowiadający - jego zdaniem - prawdziwym wynikom uzyskanym przez studenta. Tłumaczył potem, że nie chciał, by uczestnicy jego kursów byli dyskryminowani tylko dlatego, iż trafili na jego zajęcia. Ale z drugiej strony chciał pozostać w zgodzie z własnym sumieniem i dać lufę, kiedy student na to zasłużył.
Wróćmy jednak do zapowiadanej już świeżutkiej pracy Boleslavsky’ego i Cottona. Dowodzi ona, że inflacją ocen nie trzeba się przejmować. Bo dla uniwersytetów i ich kadry to prawdziwe błogosławieństwo. Jak to możliwe? Z bardzo prostego powodu. Uniwersyteckie oceny to przecież nic innego, jak pewien sygnał. Za jego pomocą uczelnia informuje przyszłego pracodawcę, że dany absolwent jest średni, dobry albo wybitny. Ale pracodawcy nie żyją przecież w społecznej próżni. Wiedzą doskonale, że dziś oceny są lepsze niż jeszcze 40 lat temu. Nie zwracają więc już na nie takiej uwagi, jak kiedyś. W tej sytuacji liczy się nie tyle wynik albo sam papier poświadczający stopień naukowy, lecz marka uczelni. I tu autorzy dochodzą do sedna swoich wywodów. Uczelnie muszą dbać o swój poziom i renomę. Muszą więc inwestować w infrastrukturę oraz kadrę naukową tak, by walczyć o utrzymanie kruchej przewagi nad konkurencją. I dlatego - zdaniem Boleslavsky’ego i Cottona - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
@RY1@i02/2014/162/i02.2014.162.000000200.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu