Inwestujmy w edukację ekonomiczną. To zaprocentuje
W Polsce trwa nieustannie debata na temat edukacji, stanu nauczania dzieci i młodzieży, zawartości programów szkolnych, rozniecana co jakiś czas publikacją międzynarodowych zestawień, które najczęściej sytuują poziom wiedzy naszych uczniów gdzieś w środku tabeli, ale już nasze uczelnie w dole stawki. Jasnym kontrapunktem wybrzmiewającym w tej raczej smutnej melodii są globalne konkursy dla młodych matematyków i programistów. Tu od lat gramy pierwsze skrzypce.
Mam wrażenie, że przez ten niejednorodny obraz systemu edukacji oraz przesycenie dyskusji na jej temat elementami ideologicznymi, co sprzyja koncentrowaniu się na kwestiach światopoglądowych czy historii, umyka nam z pola widzenia rzecz najważniejsza: przygotowanie młodego człowieka do życia w bardzo szybko zmieniającym się świecie, gdzie cała odpowiedzialność za pomyślność finansową, rozwój zawodowy spada na jednostkę i jej decyzje od wczesnych lat życia. Nie miejsce tu na dogłębne rozważanie, czy ten model należy zmienić fundamentalnie, czy tylko go dostroić - problem w tym, by młodzi mieli już teraz do dyspozycji narzędzia do zrozumienia podstawowych mechanizmów kreujących nasze otoczenie i w efekcie umieli się w nim poruszać. Chodzi głównie o tak podstawową kategorię jak szacowanie ryzyka, z czym ma przecież do czynienia nie tylko bankowiec (choć to kwintesencja naszej pracy), ale każdy z nas: od sytuacji wyboru zawodu, pracy, poszczególnych decyzji życiowych, po inwestycje w instrumenty giełdowe.
Mimo że od 25 lat żyjemy w systemie gospodarki wolnorynkowej, nadal programy szkolne poświęcone przedsiębiorczości są dalekie od ideału. A przecież na bezpiecznych etatach pracuje coraz mniej ludzi (niestety z wyjątkiem szybko rozbudowującej się administracji), coraz częściej zmieniamy pracę, a kolejne etapy "reformy" emerytalnej powodują, że sami powinniśmy troszczyć się o zabezpieczenie finansowe i to najlepiej już od momentu opuszczenia murów szkoły średniej.
Przedsiębiorczość, matematyka, logika powinny przede wszystkim zaprzątać myśli osób odpowiedzialnych za programy nauczania w polskich szkołach. A jaki jest stan wiedzy, pokazały wyniki tegorocznych matur z matematyki. Dlatego nie powinny szokować wyniki badań wiedzy ekonomicznej Polaków. Choćby ostatnie, przeprowadzone przez ośrodek badawczy Millward Brown na zlecenie Raiffeisen Polbank i Instytutu Wolności. Pokazują one np., że tylko 8 proc. ankietowanych odróżnia punkty procentowe od procentów, a zaledwie jedna piąta wie, co oznacza finansowo wejście w drugi próg podatkowy i orientuje się w podatku od zysków kapitałowych! Generalnie nie mamy też pojęcia, jaka jest inflacja, co przecież powinno mieć wpływ na nasze zachowania na wielu polach: czy domagać się od pracodawcy podwyżek i w jakiej wysokości, jakich odsetek możemy się spodziewać na lokatach bankowych, czy w tej sytuacji lepiej oszczędzać, czy jednak się zadłużać, by w kontrolowany sposób poprawić sobie komfort życia.
Nam, bankowcom, bardzo zależy na edukacji finansowej i ekonomicznej Polaków. Wtedy mielibyśmy pewność, że klienci przyjdą do nas, a nie do firm krzaków, mamiących nierealnymi stopami zwrotu (kolejne, trudne do zrozumienia pojęcie). Mniej byłoby afer, więcej zaufania, a i instytucje finansowe musiałyby podnieść jakość usług, by sprostać wymaganiom lepiej wyedukowanego klienta. Bo klient, który ma wiedzę ekonomiczną, to klient bardziej wymagający, ale przede wszystkim bezpieczniejszy. Są takie inicjatywy, jak realizowany przez sektor bankowy program Bakcyl, w ramach którego pracownicy 16 banków prowadzą zajęcia w gimnazjach. One nie zastąpią jednak systemowej edukacji młodzieży w tym zakresie, ale mogą być wskazaniem dla decydentów, czego i jak uczyć. Oczywiście mrzonką byłoby myślenie, że najlepsze programy wyeliminują z rynku finansowego wszelkie patologie. Dochodzi do nich w krajach rozwiniętych (Madoff) i rozwijających się (obecny kryzys bankowy w Bułgarii). Teoretyczna wiedza połączona z doświadczeniem też nie impregnuje na niekorzystne wybory - sam znam sporo bankowców, którzy wzięli kredyty hipoteczne we franku szwajcarskim, gdy kosztował tylko 2 zł. Ale nie zwalnia nas to z obowiązku przygotowania młodych ludzi do podejmowania decyzji racjonalnych, opartych na znajomości rzeczy.
@RY1@i02/2014/142/i02.2014.142.00000070a.803.jpg@RY2@
Piotr Czarnecki prezes Raiffeisen Polbanku
Piotr Czarnecki
prezes Raiffeisen Polbanku
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu