Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

My, naturalne dzieci Schopenhauera

11 lipca 2014
Ten tekst przeczytasz w 29 minut

Wielkie, trudne, ideologicznie zorientowane dyskusje o eutanazji, aborcji, klauzuli sumienia są wręcz zdominowane przez nieuczciwości erystycznej proweniencji

Jakiś czas temu, na tych łamach pisałam ("Filozofowie za kraty", Prawnik nr 89 z 9 maja 2014 r.), że filozofowie nie powinni się obawiać braku pracy, ponieważ są przyszłością i nadzieją naszego systemu penitencjarnego. Angażując filozofów na wychowawców, uzupełniając biblioteki zakładów karnych przecenionymi (po upadku PIW) tomami Biblioteki Klasyków, w ten oto małonakładowy sposób polskie więziennictwo zapewni sobie spokój pensjonariuszy, wychowanych na niebuntujących się stoików lub pogodnych epikurejczyków, którzy akceptują swoją kondycję. Nie tylko jednak znawcy myśli i dorobku Marka Aureliusza czy Seneki mogą być spokojni o przyszłość. W życiu społecznym, w polityce, w zwodniczym ogniu publicznych debat i w zgiełku medialnych bitew, w jaskrawym świetle reflektorów, specjaliści od PR, kształtowania wizerunku i technik oddziaływania mają niesłychane wzięcie wśród pieszczochów establishmentu, utrzymywanych w formie przez personal coaching.

A czymże byliby kosztowni osobiści trenerzy, gdyby nie erystyka? Szlachetna - u Arystotelesa czy Kotarbińskiego - sztuka prowadzenia sporu ma jednak swoją ciemniejszą wersję. Wiąże się ona z Arturem Schopenhauerem. Niemiecki pesymista jest także autorem niedużej, pośmiertnie wydanej pracy, znanej i u nas. Jego dialektyka erystyczna - chyba wbrew woli samego autora - stała się elementarzem i przewodnikiem po sztuczkach, wybiegach i fortelach stosowanych przez nierzetelnych polemistów, którzy chcą uzyskać zwycięstwo w sporze w oszukańczy sposób, za wszelką cenę.

Gdy więc poseł X (prywatnie skądinąd uroczy, np. znawca rzadkich biologicznych species), jak to on, grzmi (niezależnie od tego, o co w ogóle idzie, byle głosił to ktoś z opozycji politycznej lub intelektualnej), że tu oto mamy do czynienia ze stekiem kłamstw, niewartych uwagi, z produktem nikczemnych umysłów i podłych intencji, a ich wyznawców pokarze nieuchronność historyczna, to wiedzmy, że w rzeczywistości chodzi o argumentum ad auditorem, argumentacyjną dywersję, argumentum ex concessis i argumentum ad personam. Te cztery wybiegi, aby pozostać przy terminologii klasycznego przekładu "Erystyki...", nic nie wnoszą do tego, czego dotyczy spór, ani nie przybliżają jego rozstrzygnięcia. Służą zakrzyczeniu, poniżeniu lub zbiciu z tropu adwersarza. Kto chciałby etykietkami, takimi na szpilkach, jakimi się opatruje okazy w entomologicznych gablotkach, wskazać przykłady erystyki stosowanej, no to wypisz, wymaluj - jest okaz.

Gospodarze dyskusji, moderatorzy, dziennikarze - tu też są egzemplarze do gablotek Schopenhauera. Gdy przygasa bijatyka gwarantująca oglądalność wrestlingu, gdy rysuje się cień merytorycznej argumentacji - z lubością stosują mutatio controversiae. Wtrącają się z czymś na skróty, aby dolać oliwy do ognia, odwrócić uwagę, zmienić temat, zbić z pantałyku.

Spory o wolność, o to, czy władza (czyja, pod jakimi warunkami ustanowionymi w konstytucji i w ustawach) może we współczesnym państwie w tę wolność ingerować - są sporami egzystencjalnymi. Podobnie jak spór o to, czy kompetencja legitymizuje w każdym wypadku, usprawiedliwia każde z niej skorzystanie (to ostatnie pytanie jest istotą sporu o dopuszczalność akcji prokuratury i ABW w redakcji jednego pisemka). Ale nie bylibyśmy naturalnymi dziećmi Schopenhauera, gdybyśmy i tych sporów nie usiłowali erystycznie zmanipulować. Przykłady? Prokurator generalny broni interwencji w redakcji "Wprost", powołując się (kompetentnie) na to, że prokuratura ma kompetencję do takich działań, jakie podjęto. I ma rację. Minister sprawiedliwości akcentuje to, że te konkretne działania, w konkretnej sytuacji, nie były zasadne, a zatem akcja była nieproporcjonalnym wkroczeniem. I też ma rację. W elementarzu erystycznym taki dyssens nosi (wybieg trzeci) nazwę relacji relative-absolute. Po polsku: każdy mówi o czym innym i krzyczy, że pokonał przeciwnika. Dodam: nagminnie nam się taka argumentacyjna nierzetelność przytrafia, gdy nas w Strasburgu, i nie tylko tam, rozliczają ze standardu, czyli nieefektywności ochrony, a my im odpowiadamy, że mamy pięknie wszystko napisane w konstytucji i ustawach.

Wielkie, trudne, ideologicznie zorientowane dyskusje o eutanazji, aborcji, klauzuli sumienia wręcz są zdominowane przez nieuczciwości erystycznej proweniencji.

Dyskusja o eutanazji dotyczy tego, czy zabicie kogoś na jego prośbę i pod wpływem współczucia do niego, co do zasady karalne (art. 150 k.k.), jednakże sytuacyjnie uzasadniające nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpienie od niej, powinno pozostać wypadkiem szczególnym i w jakich granicach. Powadze tej dyskusji kiepsko służą dwojakiego rodzaju manewry erystyczne. Jeżeli bowiem eutanazję wrzucimy do jednego worka z innymi karalnymi czynami, bardziej jednoznacznymi w negatywnej ocenie (np. z zaniedbaniem lekarza, które wynika z jego błędów, czy zaniechaniem pomocy), gdy nazwiemy ją zabijanie starych i chorych, wtedy eutanazja i dyskusja o niej będą się nam jawiły jako dziwna pobłażliwość na tle innych, pozornie identycznych, a przecież surowiej traktowanych przypadków. To erystyczny wybieg noszący nazwę pozornej petitio principii. Niestety, zdarzyło mi się słyszeć go jako argument w wywiadzie, którego udzielał wysoki funkcjonariusz wymiaru sprawiedliwości. Nie posądzam go o przypadkowe przejęzyczenie.

Ale termin "eutanazja" podlega manipulacjom i z innej strony. Otóż używa się go jako eufemizmu, gdy mowa o okrucieństwie uśmiercania zwierząt. A przecież nigdy żadne zwierzę nikogo o śmierć nie poprosiło. Eufemizmy, fałszywe etykiety, erystycznie trywializują problemy i spłycają pozornie ułatwioną dyskusję.

Manipulacje erystyczne szczególnie dotykają tematów mocno zorientowanych ideowo. Dlatego ważne, aby walka o to, jak prawo ukształtować w przyszłości (co przecież każdemu wolno postulować), nie odbywała się pod hasłem "nasze postulaty są prawem obowiązującym". Bo to fallatio non causae ut causae. Nikt nie broni walczyć o inny kształt ustawowej konstrukcji klauzuli sumienia czy istniejącej regulacji prawa do aborcji. Ale u nas ta walka nie odbywa się z otwartą przyłbicą, tylko podjazdowo, przez mieszanie porządków prawa obowiązującego i proponowanego, przez stwarzanie faktów dokonanych i przez wybiegi argumentacyjne.

Klauzule sumienia przewidziano w ustawie o zawodzie lekarza (art. 39 ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty). Umożliwia ona lekarzowi niepodporządkowanie się obowiązującemu prawu w zakresie udzielania świadczeń zdrowotnych. Te ostatnie to zresztą nie tylko to, co obejmują diagnoza i terapia. To np. także skierowanie na badania prenatalne czy wypisanie recepty na środki antykoncepcyjne. A zatem chybi celu argument, że lekarz może ich odmówić, skoro tu nie idzie o leczenie w ścisłym sensie. Z kolei odmowa przez lekarza dokonania świadczeń z powołaniem na klauzulę wymaga jednak poinformowania przełożonego o skorzystaniu z klauzuli i wskazania innego lekarza lub placówki medycznej. Klauzule są mechanizmem wyjątkowym, dotycząc tylko niektórych zawodów czy sytuacji, gdzie ewentualny konflikt aksjologiczny jest szczególnie wyrazisty. To nie jest mechanizm powszechny. Gdyby tak było, oznaczałoby to, że całe prawo obowiązujące jest opatrzone dodatkowym warunkiem: zgodności z sumieniem każdego, kto podejmuje prawnie relewantne zachowania. Klauzula sumienia lekarzy nie jest więc rodzajem ogólnej licencji zezwalającej na niepodporządkowanie się obowiązującemu prawu, lecz wyjątkiem gwarancyjnym uczynionym dla tego zawodu i w ściśle ustawowo uregulowanych ramach. Z kolei prawo pod pewnymi warunkami aborcje uznaje za dopuszczalne. Mogą się im poddawać lub je wykonywać ci, którym na to ich sumienie zezwala. Ani to ich sumienie lepsze, ani gorsze od sumienia korzystającego z klauzuli. To gwarantuje preambuła konstytucyjna. Konstytucja musi uwzględniać pluralizm światopoglądowy i aksjologiczny. To też wynika z preambuły. Lekarz, który nie chce wykonywać aborcji, nie musi gwałcić swego sumienia. Ale musi - minimum minimorum - wykonać obowiązek informacyjny tak długo - póki nie zmieni się obowiązujące prawo. No i nie wolno mu, przez manewry dylatoryjne wobec pacjentki, chcącej skorzystać ze swego prawa, wykonywać wobec niej swej własnej misji aksjologicznej. Bo wtedy gwałci jej sumienie. Dozwolona przez prawo aborcja nie jest kontratypem znoszącym karalność (jak to - niestety mijając się z prawdą - powiedział w wywiadzie telewizyjnym urzędujący wiceminister sprawiedliwości). Ustawodawstwo polskie natomiast przewiduje prawo do aborcji przy spełnieniu przesłanek przewidzianych prawem. Potwierdza to też wyrok TK - prawda, że z epoki, gdy jeszcze prof. Andrzej Zoll nie wahał się poświadczyć istnienia tego prawa własnym podpisem. Tak w sprawie K 26/96 z 28 maja 1997 r.: gdzie mowa, że ustawodawca "ustanowił po stronie kobiety ciężarnej roszczenie (prawo) o przerwania ciąży, którego adresatem są publiczne zakłady opieki zdrowotnej".

I klauzula sumienia, i prawo do aborcji są regulowane na poziomie ustawowym. Zabieg argumentacyjny zwolenników zmiany istniejącego prawa polega na kreowaniu tezy, że ustawowa (i wyjątkowa) klauzula sumienia oraz konstytucyjna wolność sumienia (zasada) to to samo, i to w ramach prawa obowiązującego. Tymczasem konstytucyjna wolność sumienia ma charakter powszechny, ale już gwarancje jej wykonywania mają charakter ustawowy. I do nich należy też klauzula sumienia, o wyjątkowym podmiotowo i uwarunkowanym zakresie. Jest bowiem oczywiste, że sama konstytucja (z uwagi na uniwersalistycznie ujętą preambułę!) musi zawierać odpowiednio pojemny wspólny mianownik. I ten mianownik wyznaczono, regulując ustawą o zawodzie lekarza mechanizm klauzuli i ustawą przewidującą dopuszczalność przerywania ciąży - warunki aborcji, których spełnienie daje do tej aborcji prawo. Dlatego też w konflikcie sumienia lekarza (niechcącego przykładać ręki do aborcji, skądinąd dozwolonej przez prawo) i pacjentki - która chce jednak skorzystać z prawa (ustawowego!) do realizacji aborcji, jeśli zachodzą po temu przesłanki - ukształtowano mechanizm zapewniający niegwałcenie żadnego z sumień. Jeżeli ten mechanizm uważa się za wadliwy - można próbować go zmienić. Na drodze ustawy.

Naturalne dzieci Schopenhauera wolą go obejść. Intelektualnie.

Nagminnie nam się taka argumentacyjna nierzetelność przytrafia, gdy nas w Strasburgu rozliczają ze standardu, czyli nieefektywności ochrony, a my im odpowiadamy, że mamy pięknie wszystko napisane w konstytucji i ustawach

Z abieg argumentacyjny zwolenników zmiany obowiązującego prawa polega na kreowaniu tezy, że ustawowa (i wyjątkowa) klauzula sumienia oraz konstytucyjna wolność sumienia (zasada) to jest to samo

@RY1@i02/2014/133/i02.2014.133.070000400.805.jpg@RY2@

FOT. SHUTTERSTOCK

@RY1@i02/2014/133/i02.2014.133.070000400.806.jpg@RY2@

RAFAŁ OLEKSIEWICZ/REPORTER

prof. Ewa Łętowska prawniczka, pierwszy polski rzecznik praw obywatelskich, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku

prof. Ewa Łętowska

prawniczka, pierwszy polski rzecznik praw obywatelskich, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.