Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Chcemy więcej dzieci? Zlikwidujmy szkoły

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Dlaczego w Polsce rodzi się mało dzieci? To pytanie stawiane jest u nas raz po raz. I od lat próbuje się na nie odpowiedzieć. Ale mam wrażenie, że jeden ważny trop gdzieś nam umknął.

Tym tropem jest boom edukacyjny, który nastąpił u nas po 1989 r. I z którego jesteśmy zazwyczaj bardzo dumni. Bo wiadomo: edukacja jest ważna, to klucz do społecznego awansu, a w XXI wieku zwycięzcami będą gospodarki oparte na wiedzy. I tak dalej, i tak dalej. Problem w tym, że edukacja to (jak każda instytucja życia społecznego) miecz obosieczny. I może być jednocześnie mechanizmem postępu społecznego, ale i cichym zabójcą dzietności. O czym pisał już w latach 80. czołowy australijski demograf John C. Caldwell.

Przy czym Caldwellowi nie chodziło o narzucającą się prostą konstatację, że edukacja prowadzi do wyrośnięcia z patriarchalnych struktur o wysokim poziomie dzietności i przesunięcie się do świata indywidualistycznych elit, w którym na dzieci nie ma miejsca. Zwłaszcza że to w praktyce nigdy tak nie działało. A przez wieki elity miały raczej dużo dzieci. I w wielu społeczeństwach (zwłaszcza tych zachodnich) liczba dzieci rośnie wraz z przesuwaniem się w górę społecznej drabinki.

Australijczyk dowodził czegoś innego. Jego zdaniem tym, co decyduje o spadającej dzietności, jest spadek ekonomicznej wartości dziecka. A właściwie jej przesunięcie. Które sprawiło, że dzieci są dziś coraz mniej warte z punktu widzenia rodzica, a coraz cenniejsze z punktu widzenia społeczeństwa. Powodem tej zmiany jest właśnie rozwój systemu edukacyjnego.

Jak to działa? Wyobraźmy sobie dziecko żyjące w robotniczej rodzinie w Polsce lat 70. czy 80. Zapewne już po skończeniu szkoły podstawowej trafiało ono do zawodówki lub technikum. Zdobywało zawód i szło na swoje w wieku lat 18-19. Wartość ekonomiczna takiego dziecka dla jego rodziców była relatywnie wysoka. Kosztowało niewiele i szybko zaczynało się spłacać. Czasem wręcz literalnie - bo ten model promował pozostawanie rodziców i dzieci w obrębie tej samej klasy społecznej, dzięki czemu więzi międzypokoleniowe nie były tak łatwo zrywane. Ludzie nie wahali się więc mieć dzieci. Nawet w mało sprzyjających warunkach ekonomicznych czy mieszkaniowych. Dziś jest inaczej. Bo wartość ekonomiczna dzisiejszego 18-, 19-latka jest dla jego rodziców nieporównywalnie niższa. Takie dziecko generuje koszt. I ten faktyczny (opłaty za studia, koszty utrzymania), i alternatywny. Bo przecież student mógłby bez trudu podjąć pracę. Robi to jednak tylko niewielka część z nich, a większości wykonywanie nisko opłacanej pracy nie przychodzi nawet do głowy (co jest efektem rozbudzonych przez edukację aspiracji zawodowych). Rodzice finansują więc (lub przynajmniej subsydiują) przedłużoną edukację swoich pociech. Tłumacząc, że to inwestycja. Co oczywiście nie jest prawdą.

Bo z punktu widzenia rodzica finansowanie studiów dzieci bardziej przypomina dobrowolny datek na jakąś szczytną sprawę. W tym wypadku na rzecz społeczeństwa. To ono w ostatecznym rozrachunku skorzysta najbardziej. Dostanie bowiem wartościowego obywatela, potencjalnego płatnika podatków i producenta rozmaitych cennych dóbr. Rodzicowi też coś z tego w końcu skapnie. Ale nie w stopniu proporcjonalnym do nakładów. Możliwe też, że taki rodzic nie dostanie nic. Bo latorośl może w przyszłości zasilić szeregi innego społeczeństwa. A, powiedzmy sobie szczerze, że im wyższy poziom edukacji, tym bardziej prawdopodobne, że tak się właśnie stanie. Przynajmniej w przypadku kraju peryferyjnego, takiego jak Polska.

Gdyby więc podejmować decyzję: mieć czy nie mieć dzieci, chłodno kalkulując, powinna być ona pochodną naszych poglądów gospodarczych. I tak ci, którzy pielęgnują w sobie racjonalnego homo economicusa, nie powinni się na dzieci raczej decydować. A już na pewno nie pchać ich potem, broń Boże, do żadnych szkół. Tupot małych nóżek musiałby za to dobiegać z domostw, gdzie króluje duch lewicowości i etatyzmu. Na szczęście jednak (dla Polski i dla świata) decyzje erotyczno-prokreacyjne nie zawsze zapadają tak całkiem na trzeźwo.

@RY1@i02/2014/133/i02.2014.133.000000200.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.