Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Lekarze to nie apostołowie

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 30 minut

Nierozsądnie prowadzone dyskusje na temat "klauzuli sumienia" lekarzy kierują nas ku zasadniczej sprawie filozoficznej i społecznej: ku podziałowi na to, co jest prywatne, a co publiczne. Przed laty zagadnieniem zajmowali się najwybitniejsi filozofowie, jak John Rawls czy Hannah Arendt, jak Ronald Dworkin czy Isaiah Berlin. Dzisiaj piszą na ten temat ludzie, którzy o filozoficznych podstawach sprawy niewiele wiedzą lub zgoła nic nie wiedzą.

A rzecz się ma następująco: rozróżnienie na sferę prywatną i sferę publiczną jest jedną z najważniejszych idei, jeżeli nie najważniejszą, która wprowadziła ludzkość do świata nowoczesnego. Twórca liberalizmu Benjamin Constant już w 1819 r. wzywał do respektowania wolności prywatnej w przeciwieństwie do publicznej. Przedtem ludzie praktycznie życia prywatnego nie mieli. Od XIX w. rozwija się ono z impetem, a w XX w. tylko systemy totalitarne chciały ingerować w życie prywatne. Obrona życia prywatnego nie jest cechą tylko myśli liberalnej, lecz także katolickiej (tajemnica spowiedzi) i konserwatywnej. I tylko radykalni socjaliści, których już prawie nie ma, i radykalni nacjonaliści, którzy również nie są specjalnie liczni, chcieliby dla zupełnie odmiennych celów ograniczyć życie prywatne.

Nasza prywatność, intymność i nasze sumienie są w demokracji bronione nie tylko przez dobre obyczaje, lecz także przez prawo. Jeżeli ktoś mnie pyta o moje stanowisko w sprawie małżeństw homoseksualnych, to może tak czynić tylko cham, a chamowi nie muszę odpowiadać. Jednak przywilej prywatności ma to do siebie, że jest bardzo wyraźnie oddzielony - tak wyraźnie, jak to jest tylko możliwe w sprawach ludzkich - od zachowań publicznych. Kiedy pełnię funkcję publiczną, nie wolno mi przenosić argumentów dotyczących sfery prywatnej. I tak na przykład, jeżeli jestem w życiu prywatnym zwolennikiem słuchania Verdiego a nie Wagnera, to nie mogę studentom kazać słuchać Verdiego, a przestać Wagnera.

Sprawy mają się jednak znacznie poważniej, wręcz dramatycznie, kiedy podział na prywatne i publiczne dotyczy moralności i kiedy ludzie przenoszą prywatne przekonania moralne do sfery publicznej, w której pełnią poważne funkcje. Wyróżnijmy co najmniej cztery grupy społeczno-zawodowe, które są narażone na takie pomieszanie prywatnego z publicznym i niedopuszczalne, z punktu widzenia demokracji, konsekwencje tego pomieszania.

Po pierwsze wspominani już lekarze.

Po drugie prawnicy, w szczególności adwokaci. Znam historię obrońcy w USA, reprezentującego mężczyznę podejrzanego o zabójstwo, który w trakcie procesu dowiedział się od klienta, że ten istotnie zabił, ale ani się nie przyzna, ani mu tego nie dowiodą. Adwokat, obrońca ma bronić, lecz sumienie, czyli moralność prywatna, sprawiały, że gotował się z wściekłości. Jednak ponieważ istnieje szczególna relacja między bronionym a obrońcą, nie mógł ujawnić winy klienta i w końcu zabójca wyszedł na wolność. Przypadek drastyczny, ale iluż adwokatów broni ludzi, o których wiedzą, że są winni mniej drastycznych przestępstw! Gdyby wprowadzić klauzulę sumienia, wszyscy musieliby porzucić klientów i zamienić się w donosicieli, czego na szczęście dla nas wszystkich i dla demokratycznego państwa prawa nie czynią. Oczywiście adwokat nie musi brać każdej sprawy, ale często na początku nie wie, jak się rzeczy rozwiną, i gdyby rezygnował, kiedy tylko jego prywatne poglądy moralne zostaną naruszone, zawód adwokata upadłby w niesławie.

Po trzecie nauczyciele, a z racji lepszej wiedzy pozostanę przy nauczycielach akademickich. Profesor historii nowożytnej może prywatnie sądzić, że po 1989 r. wszystkich komunistów należało rozstrzelać, za karę lub dla przykładu. Może nawet, ryzykując dobre imię w sferze nauki, opublikować książkę dowodzącą tej tezy, nie może jednak uczyć takiego poglądu studentów ani wymagać od nich odpowiednich odpowiedzi na egzaminie, gdyż jego pogląd nie jest oparty na wiedzy, a jedynie na przekonaniach moralnych. Oczywiście pojawiają się kłopoty, kiedy kreacjonista uważa, iż jego stanowisko nie jest poglądem, lecz wiedzą i chce upowszechniać tę wiedzę. Wolno mu to czynić na wszystkie możliwe sposoby (wolność słowa!), jednak nie wolno mu się domagać aprobaty ze strony studentów. Granica między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, wcale nie jest niewyraźna i najczęściej możemy ją bez kłopotu zarysować. Z takich - między innymi - powodów wprowadziliśmy poprawność polityczną, która czasem przyjmuje groteskowe postaci, ale w zasadzie jest nam potrzebna po to, żeby ów profesor klął na komunistów, Żydów czy liberałów u siebie w domu, jeżeli oczywiście żona mu na to pozwoli, a na uczelni udawał wspaniałego i otwartego uczonego. Z dwojga złego wolimy, żeby prywatne zostawił w domu.

Czwarta grupa to politycy wybrani w wyborach jakiegokolwiek rodzaju. Wielokrotnie pisałem, że polityk nie może mieć sumienia, bo sumienie jest prywatne, a polityk jest osobą publiczną. Z rozrzewnieniem wspominam polityka, którego już pewnie nie będziemy oglądać, bo wszystko przegrywa, który mówił, że nie może za czymś głosować, bo jakby potem spojrzał sobie w twarz w lustrze przy goleniu. Spoglądanie sobie w twarz - rozumiem, że chodzi o sprawę sumienia - to podobnie jak golenie to sfera prywatna. Natomiast zajmowanie stanowiska w głosowaniu sejmowym to akt jak najbardziej publiczny i dokonywany nie w imię własnych prywatnych poglądów moralnych, lecz w imię interesu ogółu. Czasem sprawy te mogą być zbieżne, czasem nie, jak w przypadku katolika, który w imię publicznego interesu głosuje za in vitro. Ale nie ma rady - poza jedną - jak ktoś jest tak przywiązany do swoich prywatnych poglądów moralnych, to niech się nie pcha na afisz i niech nie próbuje reprezentować innych. Lepiej być konduktorem, który jest w zgodzie ze swoimi prywatnymi poglądami moralnymi niż politykiem, który musi ciągle sprawy prywatne i publiczne w swoim sumieniu uzgadniać. Pozostaje jeszcze pytanie, które może nas doprowadzić do poważnego sporu, pytanie o to, czy polityk jako polityk, czyli osoba publiczna, w ogóle ma sumienie. Jednak to sprawa osobna i kiedyś do niej wrócę.

Nie będę się już nad tym rozwodzić, ale kiepsko jest także wtedy, kiedy osoba publiczna swoje publiczne poglądy przenosi na sferę prywatną. Biada jej rodzinie i przyjaciołom, których już zapewne nie posiada. Jak to się jednak stało, że sprawy, o których tyle pisano i które zostały w demokracji mniej więcej ustalone, wracają na tak marnym i czasem wręcz podłym poziomie?

Pierwsza przyczyna to powszechny zanik intymności powodowany w równej mierze przez media, jak i przez tych, którzy przez ekscesy obnażania intymności usiłują zwrócić na siebie uwagę publiczną. Obnażania dosłownego - jednak irytuje mnie i ani trochę nie interesuje pani, która pokazuje dekolt do połowy pośladków. Podobnie jak rozumiem nudystów, ale niech się chowają, a nie paradują, jakby nigdy nic. To jednak tylko część - i to mniej ważna - obnażania. Opowieści o kłopotach małżeńskich, o życiu domowym, o zdolnościach prokreacyjnych czy też o tym, jak zachować swoją tożsamość, czyli opowieści intymne i zarazem idiotyczne, snute przez drugorzędne gwiazdy seriali i marnych muzyków czy malarzy, doprowadziły opinię publiczną do stanu takiego rozedrgania, że wielu ludzi nie wie, gdzie kończy się sfera intymna i prywatna, a gdzie zaczyna publiczna. Słowem "wszystko na sprzedaż".

Druga przyczyna to internet, czyli z jednej strony niewiarygodna i czasem nieznośna łatwość upubliczniania się, a z drugiej rozmaite formy kontroli i nadzoru, jakie różne instytucje niewątpliwie sprawują nad naszymi prywatnymi zachowaniami elektronicznymi. Na razie nikt nie wie, jak sobie z tym poradzić, jak prywatność oddzielić od sfery publicznej.

Trzecia przyczyna jest jednak znacznie poważniejsza. Lekarz, który nie dokona aborcji nawet w najbardziej beznadziejnym przypadku, w istocie lekceważy prawo, a co najmniej dobre obyczaje. Od ścigania tych, którzy łamią prawo, są odpowiednie instytucje, więc to nie nasza sprawa, natomiast dobre obyczaje polegają między innymi na tym, że wychodząc z domu, zostawiamy nasze prywatne poglądy jak kapelusz na wieszaku. Nie jesteśmy bowiem przez nikogo upoważnieni, żeby być apostołami konkretnej koncepcji moralnej. Co więcej, takie apostolstwo jest zasadniczo sprzeczne z demokracją. I dlatego demokracja nie może sobie na nie pozwolić.

Demokracja bowiem, w bardzo minimalistycznym rozumieniu (Richard Rorty na przykład) polega na tym, że w rezultacie uczciwej publicznej debaty dochodzimy do porozumienia, kompromisu, a w nielicznych przypadkach nawet do zgody. A wobec tego w demokracji z życia publicznego muszą być wykluczone poglądy, które kompromisowi nie podlegają. Nie jest to racja błaha, gdyż tylko w ten sposób demokracja broni nas przed wojną wszystkich ze wszystkimi, który to stan społeczny zawsze nam grozi - jak uczył mądry Thomas Hobbes. Jeżeli wniesiemy do życia publicznego nasze prywatne egoizmy, namiętności i pragnienia, to co miałoby sprawiać, iżbym nie chciał mieć ziemi, bydła i żony sąsiada? A zatem dzięki demokracji jesteśmy bezpieczni. Dlatego wszyscy ci, którzy swoje prywatne sumienie przekształcają w oręż do walki (chociażby o sprawy błahe), występują przeciwko demokracji. Wszyscy ci, którzy celowo i świadomie zamazują granicę między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, są albo zwolennikami totalitaryzmu, czyli chcą, byśmy w życiu prywatnym oddali się sprawie wspólnej i porzucili nasze osobiste przekonania, albo są zwolennikami radykalnego i antydemokratycznego indywidualizmu, czyli chcieliby, by każdy, także w życiu publicznym, czynił, co mu się tylko spodoba.

Oto dwa wielkie i wcale nie minione już zagrożenia dla demokracji, których siła rośnie w miarę tego, jak tracimy rozeznanie, w jaki sposób oddzielić prywatne od publicznego.

Nie jesteśmy przez nikogo upoważnieni, żeby być apostołami konkretnej koncepcji moralnej. Co więcej, takie apostolstwo jest zasadniczo sprzeczne z demokracją. I dlatego demokracja nie może sobie na nie pozwolić

@RY1@i02/2014/114/i02.2014.114.00000110a.803.jpg@RY2@

Marcin Król filozof, historyk idei

Marcin Król

filozof, historyk idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.