Mundial. Ostatni bastion egalitaryzmu
obserwacje
Dzisiejsza piłka nożna to najbardziej bezwzględna dziedzina sportu na świecie. Zglobalizowana, do bólu wolnorynkowa i antyegalitarna. I paradoksalnie mundial jest może ostatnim wspomnieniem tego, że kiedyś było inaczej. Chyba lepiej.
Nie chodzi mi rzecz jasna o kwestie organizacyjne. Tu reguły narzucone przez FIFA są żelazne. I wpisują się w styl działania wielkich, zglobalizowanych, ponadnarodowych korporacji, którym niestraszne ani rządy, ani pojedynczy konsumenci. Bo FIFA, UEFA czy MKOl na czas wielkich imprez sportowych stają się faktycznym suwerenem na stadionach i wokół nich. I na dodatek to one czerpią gros zysków z mundiali czy olimpiad. Koszty natomiast niemal w całości ponoszą kraje te imprezy organizujące. Licząc na korzyści pośrednie, które zazwyczaj bywają dość iluzoryczne.
Idzie o coś innego. Sporo mówi się ostatnio na Zachodzie o bezprecedensowym wzroście nierówności dochodowych, która zaszła w ciągu kilku minionych dekad. Ale popatrzmy na piłkę. Przecież na tym polu to zjawisko było wręcz karykaturalne. Rosnące nierówności ekonomiczne to na tle futbolowej rzeczywistości czytanka dla grzecznych dzieci. Wystarczy porównać budżety kilku klubowych potęg ze średniakami z ich własnych krajów. Nie mówiąc już o krajach innych niż Hiszpania, Anglia, Niemcy czy Włochy. Przecież te dwa światy kompletnie się rozjechały. Widać to również na boisku. Ostatnim dziwadłem, które wygrało Ligę Mistrzów, było FC Porto w 2004 r. A czy ktoś jeszcze pamięta, że w 1991 r. Puchar Mistrzów (poprzednik LM) wygrała Crvena Zvezda Belgrad? W 1988 r. PSV Eindhoven. A w 1986 r. Steaua Bukareszt. Albo że w finale pojawiały się szwedzkie Malmö FF (1979 r.), Panathinaikos Ateny (1971 r.) albo Partizan Belgrad (1966 r.). W dzisiejszej klubowej piłce takich cudów już nie ma. I raczej nie będzie.
Nie będzie, bo na razie nie jest to przedmiotem większej refleksji ze strony włodarzy międzynarodowego futbolu. Oczywiście najważniejsi piłkarscy decydenci zdecydowanie bardziej wolą wskazywać na korzyści związane z tym neoliberalnym kursem. Klubowa piłka stała się bardziej atrakcyjna. Piłkarze lepiej opłacani. A stadiony wygodniejsze i bezpieczniejsze. Może i tak. Ale warto przypomnieć, że alternatywa istnieje. Weźmy choćby reguły stosowane w amerykańskich ligach zawodowych, takich jak NBA. Przecież na tle europejskiego futbolu to rozwiązania wręcz socjalistyczne. A na pewno niewiele sobie robiące z wolnego rynku. Wszystko dlatego, że w USA trwałe nierówności zostały uznane za złe i szkodzące widowisku. I dlatego od lat obowiązują tu mechanizmy służące wyrównywaniu poziomu rozgrywek. Jeden z nich to draft. Czyli pierwszeństwo wyboru najbardziej obiecujących młodych zawodników przychodzących z ligi uniwersyteckiej przyznane zespołom osiągającym w sezonie... najsłabsze wyniki. Drugim jest salary cap. Czyli odgórne ograniczenie pensji, jakie swoim zawodnikom mogą płacić kluby. Niechby ktoś spróbował wprowadzić takie ograniczenia w klubowej piłce. Wolne żarty.
Na tym tle ostatnim skansenem względnego egalitaryzmu są jeszcze piłkarskie mundiale. I to tylko od strony sportowej. Bo to turnieje, na których drużyny narodowe klecone są ad hoc. Z piłkarzy żyjących na co dzień w różnych światach. I zdarza się, że i jakiemuś biedakowi trafi się supergwiazdor (albo lepiej dwóch) trenujący na co dzień w Realu albo Chelsea. Do tego dochodzi krótki cykl mundialu (trzy mecze w grupie, a potem przegrywający odpada). Dlatego więc w 2010 r. mieliśmy rewelacyjny Urugwaj (czwarte miejsce). W 2002 r. w półfinale zaplątali się Turcy. W 1998 r. Chorwaci. W 1994 r. Bułgarzy i Szwedzi. Takie rzeczy to już tylko w piłce reprezentacyjnej.
@RY1@i02/2014/114/i02.2014.114.000000200.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu