Leczenie na skróty. Nadmiernie ufamy suplementom
Na polskim rynku znajduje się około 10 tys. tak zwanych suplementów diety. Połowa z przebadanych preparatów zawiera inne składniki, niż deklarował producent. Według policji fałszowanie suplementów stało się globalnym, bardzo intratnym biznesem. Marża na te produkty sięga nawet kilkuset procent, a rynek suplementów rośnie w tempie dwucyfrowym. Wydajemy na nie już około 3 mld zł rocznie. Pokusa jest więc ogromna.
Najgroźniejsze dla naszego zdrowia są preparaty mające przywrócić potencję oraz wspomagające odchudzanie. Ale walka z biznesem szkodliwych suplementów jest trudniejsza nawet od zwalczania grup przestępczych fałszujących leki. Podróbki leków najczęściej oferowane są w internecie albo na bazarach. Nie wystarczy jednak tego typu niepewnych kanałów dystrybucyjnych unikać, bo groźne suplementy diety można też kupować w legalnych aptekach, do których klienci mają prawo mieć zaufanie. Handel kwitnie także w siłowniach. Policja jest bezsilna, trafiają bowiem do obrotu najzupełniej legalnie.
Z ostatniego raportu "Nielegalny rynek żywności", pod redakcją Wiesława Pływaczewskiego i Rafała Płockiego z Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, dowiadujemy się, że w legalnie sprzedawanych suplementach diety jest wiele składników, o których brak informacji, iż są niezbędne dla człowieka. Czyli nie tylko nie poprawiają naszego zdrowia, ale nawet mogą nam szkodzić. Jak to możliwe?
Gdyby chodziło o leki, możliwe by nie było. Zanim bowiem lek zostanie zarejestrowany, jego producent musi wykonać wiele niezbędnych badań udowadniających nie tylko jego skuteczność, ale także - przede wszystkim - to, że jest bezpieczny. To procedury długie i kosztowne, ale konieczne. Nawet mimo ich rygorystycznego przestrzegania bywa, że po kilku latach lek jest wycofywany z rynku.
Natomiast suplementy diety lekami nie są. Trafiają do aptek bez badań. Na skróty. Na słowo honoru producenta, że nie zawierają substancji niebezpiecznych dla zdrowia. Skąd więc policja czy sam farmaceuta ma wiedzieć, że mogą szkodzić? Skąd mają to wiedzieć naiwni konsumenci? Nikt im takiej wiedzy nie dostarcza. Bazują na uczciwości producenta.
Często zapewnia on, że suplement zawiera tylko zioła. W przypadku leków na odchudzanie powołuje się np. na tradycyjną medycynę chińską. I często jest to nieprawda, ponieważ badania wykrywały w owych preparatach aktywne substancje farmaceutyczne, najczęściej sibutraminę oraz fenoloftaleinę. Podobnie dzieje się w przypadku suplementów mających wspomagać potencję. "Po wykonaniu badań na sześciu suplementach losowo zakupionych w aptece, w których deklarowano, że są produktami całkowicie ziołowymi (w cenie 40-60 zł za jedną, dwie kapsułki), okazało się, że wszystkie były sfałszowane. Znaleziono w nich jeden albo równocześnie kilka aktywnych farmakologicznie analogów strukturalnych sildenafilu, o nieznanej toksyczności i działaniach niepożądanych" - czytamy w raporcie. Czasem w suplementach znajdowane są substancje, których niepożądane, groźne dla zdrowia działanie wykryto dużo wcześniej przy okazji badań klinicznych leków.
Z badań OBOP wynika, że aż 70 proc. mieszkańców miast regularnie zażywa suplementy. Wierzymy, że dostarczają organizmowi niezbędnych np. mikroelementów czy witamin, których za mało jest w codziennej diecie. I do tego ich rola powinna się ograniczać. Ale liczne reklamy obiecują dużo więcej. Zapewniają, że dzięki suplementom możemy wyleczyć się z wielu chorób nawet bez konieczności udania się do lekarza. Wierzymy w to, bo przecież kupujemy preparaty w aptece. Liczymy, że nie mogły tam trafić bez uprzednich badań. Ale trafiają właśnie dzięki temu, że nazwano je suplementami diety (czyli mają dietę uzupełniać), a nie - lekami.
Narodowy Instytut Rejestracji Leków ich nie bada. Wyrywkowo bada je inspekcja sanitarna. Ale tylko pod względem czystości mikrobiologicznej lub zawartości metali ciężkich - alarmują autorzy. Substancji aktywnych nikt w suplementach nie szuka, bo - zgodnie z deklaracją producenta - nie powinno ich tam być.
Problem robi się coraz bardziej poważny. Polska, wzorem innych krajów unijnych, musi monitorować niepożądane działania wszystkich leków. Do lekarzy coraz częściej zgłaszają się także pacjenci, którzy zaobserwowali niepokojące objawy po zażyciu suplementów. Bywają groźne zwłaszcza wtedy, gdy pacjent równocześnie zażywa leki, np. przeciwzakrzepowe. Ale niepożądanych działań suplementów się nie monitoruje! Nikt przed nimi nie ostrzega. Brakuje informacji o możliwości działań niepożądanych, jakie przy lekach zawarte są w ulotkach. Założono z góry, że są bezpieczne. Zaufano producentom, którzy tego zaufania coraz częściej nadużywają. Nie wiadomo więc, co z tymi zgłoszeniami robić. Czekamy na tragedię?
@RY1@i02/2014/110/i02.2014.110.00000080a.802.jpg@RY2@
Joanna Solska publicystka tygodnika "Polityka"
Joanna Solska
publicystka tygodnika "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu