Wyhowujemy pokolenie głópkuf
Osiem lat podstawówki, cztery lata liceum, łącznie dziesiątki poznanych rówieśników i nie pamiętam ani jednego dyslektyka. Owszem, niektórzy radzili sobie z czytaniem i pisaniem nieco gorzej, ale wynikało to z faktu, że: a) są mniej zdolni, b) mniej się uczą, c) nie potrafią ściągać. Nikomu do głowy nie przyszło, że mogą być nieuleczalnie chorzy. Tymczasem - jeżeli wierzyć statystykom - w klasach moich dzieci połowa uczniów będzie chora na "nie potrafię czytać", a druga połowa na "nie umiem pisać". I każdy będzie miał na to stosowny papier wystawiony od psychologa, w którym pojawi się magiczne słowo: dysleksja, dysortografia, dysgrafia albo dyskalkulia.
Polskie szkoły opanowała moda na dysfunkcje. Kto za nią odpowiada? W największym stopniu rodzice, którzy wolą wmówić sobie i światu, że ich dziecko nie jest do końca normalne, niż codziennie tłumaczyć, że 2+2=4 i "przyczółek", a nie "pszyczułek". Idziemy na łatwiznę. Uwierzyliśmy, że Excel i Word załatwią sprawę i za nas, i za nasze dzieci.
Oczywiście nie twierdzę, że nie ma czegoś takiego jak dysleksja. Jest jednak zasadnicza różnica między jej wersją prawdziwą a tą udawaną, wynikającą wyłącznie z lenistwa i braku odrobiny determinacji. Ze strony rodziców, a nie dzieci. Kiedyś ta łatwość, z jaką uznajemy nasze pociechy za "dys", obróci się przeciwko nam. Podzienkujom nam za zaangarzowanie w ich edókacje, nazywając nas dópkami.
@RY1@i02/2014/106/i02.2014.106.000000200.802.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu