Prawdziwa cena taniej żywności
Minęła już Wielkanoc, więc postanowiłem zjeść pierwszy solidny posiłek od początku Wielkiego Postu. Soczysty stek, do tego kieliszek czerwonego wina. Wszystko zostało przygotowane, siadłem i zacząłem wertować "Londyński Przegląd Książek". Czytałem recenzje publikacji o Ukrainie, strukturze klasowej w starożytnej Grecji, po czym... popełniłem błąd. Zacząłem czytać o książce "Farmagedon: prawdziwa cena taniego mięsa". I nagle stek przestał być smaczny.
"Farmagedon" to praca Philipa Lymbery’ego, szefa organizacji działającej na rzecz poprawienia dobrostanu zwierząt hodowlanych Compassion in World Farming (CIWF), i redaktor działu politycznego "The Sunday Times" Isabel Oakeshott, którzy przez dwa lata podróżowali po świecie, badając warunki na farmach hodowlanych. Od razu zaznaczam, że choć jestem mięsożercą, wybieram jajka z chowu wolnowybiegowego i wolę, żeby na świątecznym stole królował "szczęśliwy" indyk, który nie żył w klatce. Przy okazji wspomnę, że w Anglii wiele osób woli zwierzęta od ludzi, a ja sam podzielam przekonania tych, co wolą psy od dzieci.
Jednak koszmar, który przeżywają zwierzęta przez nasze zamiłowanie do mięsa, jest niepokojący z wielu powodów. Autorzy "Farmagedonu" zwracają uwagę na okrutny sposób traktowania przez człowieka innych czujących istot. Kurczaki bez dziobów umierające w przepełnionych klatkach, w których nie mogą się poruszać. Krowy, które nigdy nie widzą światła dziennego i są traktowane jak maszyny do przerobu paszy. Świnie, jedne z inteligentniejszych zwierząt, zamknięte w ciasnej klatce od chwili narodzin do dnia, kiedy są zabijane.
Skutki dla środowiska są również tragiczne - od niszczenia źródeł wody pitnej przez ścieki farm przemysłowych, martwych stref w zatokach po wyrzucaniu odpadków przetwórni po plądrowanie oceanów dla mączki rybnej, którą są karmione kurczaki na fermach. I wycinanie lasów deszczowych, żeby w ich miejscu zasadzić soję na paszę lub wypasać bydło dla produkcji taniej wołowiny. Istnieją też konsekwencje społeczne. Np. zatrucie bakterią campylobacter, z którym w Europie rocznie trafia do szpitala ok. 200 tys. osób, to skutek przepełnionych klatek na fermach drobiu. Nie można również zapominać o chorobie szalonych krów spowodowanej dodawaniem mączki z martwych zwierząt do paszy dla bydła, które powinno żywić się trawą. Ohyda, przecież to zmuszanie zwierząt do kanibalizmu!
Postanowiłem porozmawiać o problemie taniego mięsa z doradcą CIWF Peterem Stevensonem. Na szczęście ta organizacja to nie grupa wegetarian, którzy usiłują wzbudzić w nas poczucie winy, lecz stowarzyszenie założone przez właściciela farmy mlecznej. Peter opowiedział mi o krowach hodowanych do produkcji 10 tys. litrów mleka rocznie, co leży na granicy ich fizjologicznych możliwości. Krowy te znajdują się w stanie ciągłego stresu, są zamknięte przez 365 dni w roku (w nowomowie nazywa się to wypas zerowy) i żyją tylko przez 3,5 cyklu laktacyjnego, co oznacza 10 miesięcy dojenia, ocielenie się, znowu 10 miesięcy dojenia itd. Albo kurczaki. Osiągają masę ubojową zaledwie w 40 dni, ale nogi nie rosną im tak szybko jak reszta ciała i ich spora część ma odparzenia. Już nigdy więcej nie zjem nuggetsów z kurczaka.
Potem Peter opowiedział o jeszcze gorszych rzeczach i zacząłem czuć się trochę nieswojo. Okazuje się, że przemysłowo produkowane mięso zawiera więcej nasyconych tłuszczów i mniej korzystnych dla zdrowia kwasów omega-3. Tak jak człowiek, zwierzęta są zdrowsze, kiedy oddychają świeżym powietrzem i mają naturalną dietę. Szkoła Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda prognozuje - wywołany jedzeniem taniego mięsa - gwałtowny wzrost takich chorób jak cukrzyca i choroby serca. Czyżby zwierzęta mściły się na okrutnej rasie ludzkiej?
W KFC na pewno nie czytali raportu naukowców z Harvardu, bo wprowadzili do barów kanapkę Double Downer z serem i bekonem, w której chleb został zastąpiony przez mięso kurczaka. Te biedne stworzenia nie mogą liczyć na odrobinę szacunku ze strony przemysłu typu fast food. To musi być największą zniewagą dla poczciwego kurczaka, bycie potraktowanym jak pajda chleba otaczająca kawałek smażonej świni. Daleko temu do postawy opisanej przez libańskiego poetę Gibrana w klasycznym utworze "Prorok": "Skoro musisz zabijać, żeby się najeść, odbierać nowo narodzonym mleko matki dla zaspokojenia pragnienia, uczyń to (jedzenie i picie) aktem czci".
Często jestem surowy w stosunku do ojczyzny, ale z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Wielka Brytania ma najlepsze w Europie prawo chroniące zwierzęta. Poza tym brytyjscy konsumenci domagają się dbania o zwierzęta na każdym etapie produkcji do tego stopnia, że brytyjskie supermarkety sprzedają wyłącznie jajka z wolnego wybiegu, a każdy, kto chce sprzedać mięso po dobrej cenie, musi spełnić wysokie standardy jakości. Z tego powodu świnie znów pojawiły się na polach. Wyglądają na szczęśliwe, chociaż te, które widziałem, jadły obok wielkiego napisu "Brytyjska wieprzowina na widelcu Twojej rodziny" ("British pork for your fork"). Mam nadzieję, że świnie nie umieją czytać.
Postanowiłem się dowiedzieć, jak sprawy mają się w Polsce, i porozmawiałem z Krzysztofem Mularczykiem, dyrektorem CIWF Polska. Dowiedziałem się, że po latach zwlekania i narzekania polski rząd był w końcu zmuszony wdrożyć unijny zakaz sprzedaży jaj z chowu klatkowego i zakazał najbardziej okrutnych praktyk hodowli świń. Nadal problemem jest stworzenie kultury dbania o dobrostan zwierząt, bo możliwości działania inspektoratu weterynaryjnego są daleko niewystarczające. Dlatego wciąż polscy rolnicy korzystają z nielegalnych chińskich antybiotyków dla zwierząt. I choć wiemy, że Rosjanie z przyczyn politycznych wykorzystają każdą okazję, by wstrzymać import polskiego mięsa, to czy w ich oskarżeniach nie ma ziarna prawdy? Zła jakość mięsa i choroby zwierząt są spowodowane obojętnością w stosunku do warunków, w których są trzymane.
Tymczasem, jak zauważył Krzysztof, europejski rynek żywności się zmienia, bo ludzie zaczęli dostrzegać prawdziwą cenę tanich produktów, a zainteresowanie konsumentów warunkami hodowli rośnie. Niestety, Polska nadal idzie tropem państw o niskich kosztach produkcji, takich jak Rosja czy Chiny, zamiast dążyć do produkowania żywności klasy premium. 80 proc. mięsa brojlerów hoduje się w Polsce w warunkach przemysłowych, a udział systemu przemysłowego ciągle się zwiększa. Dla mnie to krótkowzroczna polityka, ale jestem mieszczuchem.
Pomyślałem, że rzetelność nakazuje zapytać o zdanie Ministerstwo Rolnictwa, i wysłałem do nich pytanie na temat produkcji mięsa. Chciałem się dowiedzieć o dobrostan zwierząt i system oznakowania produktów, napisałem o tym wszystkim, co nurtuje świadomych konsumentów. Nie spodziewałem się, że minister Marek Sawicki wpadnie do mnie na pogawędkę, ale miałem nadzieję na rozsądną odpowiedź. Jednak otrzymałem to: "Polska nadal ma unikatowe warunki do produkcji żywności wysokiej jakości i o fantastycznym smaku. Obszary wiejskie zachowały swoje naturalne warunki. Wieś wygląda jak wieś, a nie jak przedmieścia aglomeracji. Prowadzona na wielką skalę modernizacja gospodarstw nie zakłóciła tego, przeciwnie - tylko bardziej to podkreśliła".
Przepraszam, ale taka odpowiedź to drugorzędny PR-owski bełkot, choć nie można za niego winić osoby, która to napisała. Ten tekst świadczy o tym, że resort funkcjonuje w innym wymiarze. Wystarczy jeden przykład. Coraz więcej młodych ludzi przechodzi na wegetarianizm i coraz więcej osób ogranicza spożywanie mięsa lub go unika z przyczyn moralnych lub zdrowotnych. Ta kategoria konsumentów wynosi obecnie 23 proc. w Wielkiej Brytanii, ale rośnie w całej Europie. Jeśli polski przemysł rolniczy i Ministerstwo Rolnictwa nie wezmą się do poprawy warunków hodowli zwierząt i ochrony środowiska, które są ważne dla tej grupy, rynek mięsa czeka wielki spadek.
Nie trzeba też bać się rozpatrywania dobrostanu zwierząt w szerszym kontekście. Ekumeniczny patriarcha Konstantynopola Bartłomiej, walczący o ochronę środowiska, przypomina o istnieniu więzi między ludzkością a innymi stworzeniami. Miłości do Boga, miłości do bliźniego i miłości do zwierząt nie można rozdzielić, bo jesteśmy jedną rodziną, ludzkość i żywy świat dookoła nas. Lub, jak mogą powiedzieć niektórzy, jesteśmy tym, co jemy.
Po rozmowach z uczestnikami kampanii na rzecz dobrostanu zwierząt hodowlanych i przeczytaniu materiałów zamyśliłem się nad pięknym kawałkiem mięsa na moim talerzu. Moja żona dobrze gotuje i stek był usmażony perfekcyjnie. Zacząłem zadawać pytania. Skąd się wzięło mięso? Czy mogę mieć pewność, że pochodzi od szczęśliwej krowy, która żyła na świeżym powietrzu? Ze spokojną pewnością opartą na doświadczeniu żona odpowiedziała: "To mięso, drogi mężu, pochodzi z miejscowego bazaru. Ze sklepiku, w którym mięso jest drogie, ale który daje gwarancję, że pochodzi od szczęśliwej krowy, która jadła prawdziwą trawę". Jaka ulga! Zjadłem stek, który był bardzo dobry. Dziękuję Ci, Pani Krowo, mam nadzieję, że miałaś spokojne i szczęśliwe życie, póki byłaś z nami.
TŁUM. IC
@RY1@i02/2014/089/i02.2014.089.000003100.802.jpg@RY2@
Timothy Clapham psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Timothy Clapham
psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu