Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Rozkosze polskiej prowincji

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Może jeszcze nie wiemy, gdzie pojechać na majówkę. Nie radzę szukać po hotelach-spa, gdzie za kolosalne pieniądze uzyskamy masaż klasyczny piętnastominutowy. Ale jest też smarowanie czekoladą w pokoju, w którym migają kolory, a peruwiańska muzyka ma uspokoić nerwy. Mnie to doprowadza do szału. Poza tym będzie basen oraz jacuzzi, które - jak wiadomo - jest źródłem niezliczonych bakterii, oraz sauna i chodzenie z kijkami gęsiego, ale bardziej jak kury zaganiane do kurnika. Jeżeli ktoś zna ten widok, to wie, że kury - idiotki - pchają się, żeby zająć lepsze miejsce w kolejce do więzienia. Więc spa - nie!

Ale przecież nie możemy w takiej wakacyjnej porze, jak dni majowe, ryzykować wyjazdu bez rezerwacji. Co więc począć, jeżeli nie chcemy korzystać ze - skądinąd przydatnych - internetowych hotelowych pośredników. Najpierw trzeba podjąć decyzję: ślepy los czy konkretna okolica, na przykład Podlasie Południowe. Następnie trzeba na internetowej mapie znaleźć dowolne miejsce w wybranym regionie i do wyszukiwarki wpisać - na przykład - "Wola Uhruska noclegi". Zakładam się z każdym z państwa, że znajdziecie coś ciekawego, a czasem zaskakująco interesującego. Ryzyko, że hotel będzie ponury, a pokoje małe i z łazienką na korytarzu, zmniejszamy na dwa sposoby: personalny i informatyczny.

Na ogół w internecie jest opis warunków noclegu, ale nie zawsze pełny, bo dowiadujemy się, że jest WiFi, ale nie wiadomo, jak duży jest pokój i czy są w nim fotele. Więc dzwonimy i zadajemy trudne pytania. Odpowiedzi bywają różne: nie wolno pić, palić, biegać i krzyczeć (a ja chcę sobie pokrzyczeć!), a w pokoju jest łóżko (co za zdumiewające zdarzenie) oraz telewizor. Czy jest fotel lub kanapa? Nie, ale jest krzesło. Kolacja o siedemnastej, bo personel musi też mieć wolne. Czy ja jestem dla personelu? A jak personel chce mieć wolne popołudnie, to niech idzie pracować na pocztę. Nie jedziemy. Inna odpowiedź. Pokój duży, wstawimy państwu, co tylko państwo będą sobie życzyli. Kolacja - kiedy się umówimy, więc już o bieganie i krzyczenie (tym bardziej o palenie) nie pytam. Szansa na pierwszy typ odpowiedzi - 20 procent, na drugi - 80.

W zasadzie polska głęboka prowincja tak się zmieniła, że prawie zawsze trafimy dobrze. Zmiana zaczęła się od toalet. Jest to zresztą w skali europejskiej zmiana rewolucyjna, bo jeszcze czterdzieści lat temu w eleganckich paryskich kawiarniach toaleta to była dziura i miejsce na nogi, oczywiście dziura koedukacyjna. Teraz po tym nawet na głębokiej prowincji ani śladu, czasem łazienka jest bez wyobraźni, że człowiek się maluje lub goli (marne światło nad lustrem) oraz brak miejsca na drobiazgi toaletowe, ale czyściuteńko i nowiuteńko.

Pokoje też znakomite, tyle że wystrój wnętrz projektowali ludzie nieczytający wieczorem książek, więc ze światłem jest albo fantazyjnie, albo kiepsko. Ale kto ma czytnik z lampką, ten się mroku nie boi. A kto nie, ten nie wie, jak to zmienia jakość życia oraz stosunki międzyludzkie, kiedy osoba, z którą zasypiamy, zamiast szeleścić gazetą dużych rozmiarów, po cichutku przesuwa palcem po ekranie.

Dla konserwatysty wstrząs stanowią zmiany kulinarne. Poprawiło się w stopniu nieprawdopodobnym. Po okresie fantazji wynikłej zapewne ze świeżo odzyskanej niepodległości, czyli kurczaka w pomarańczy, jadła szlacheckiego i placka parobka, czy łososia na placku węgierskim, wróciło stare, dobre polskie lub niepolskie jedzenie. Dwa dania dokonały skokowej poprawy: pierogi i pizza. Nawet niektóre zakusy w kierunku francusko-włoskim, a ostatnio i hiszpańskim bywają całkiem udane. I kluski zdarzają się al dente. Jedna ze znanych potraw bywa czasem trudna do zidentyfikowania, gdyż z pisownią jest kłopot, miałem nawet zamiar zbierać różne jej wersje. Chodzi mianowicie o kotlet de volaille. Oto niektóre wersje pisowni: devolay, de wolej (tenisista jakiś), dewolaij lub De Volaj (z ducha arystokratycznego) czy zdumiewające da valaille. Osobiście, wobec trudności z zapamiętaniem i zgodnie z tradycją proponuję dewolaj, jak Voltaire to Wolter, tak de volaille to dewolaj.

Zjadłszy, stajemy wobec leninowskiego pytania: co robić? Można pójść na spacer, ale dla mieszczuchów (ja mieszkam w lesie, to mi niestraszno) odgłosy natury są podobno ogromnie denerwujące: ptak nagle kwiląc, poderwie się do lotu, gałąź zatrzeszczy, chłop piłuje kradzione drzewo lub wilk stanie na drodze - wykluczone, ale od czego jest wyobraźnia. Polak wprawdzie wszystko zniesie, jeżeli są grzyby, ale na razie ich nie będzie, chyba że smardze, których zbierać nie polecam, bo nie wolno i ryzyko pomyłki duże.

Więc lepiej się dowiedzieć, gdzie jest najbliższy pałac i pojechać zwiedzić. Będzie na pewno w promieniu 30 kilometrów, czasem z XVII wieku, czasem z III Rzeczypospolitej, ale zawsze pałac. Jak mamy nieco szczęścia, to możemy trafić na spektakl ludowy określany mianem historycznej rekonstrukcji, czy to bitwy naszych z obcymi (różnymi) z czasów Bolesława Krzywoustego, co ma tę zaletę, że nikt nie wie, jak wtedy było, więc może być dowolnie, byle się prali. Możemy też trafić na rekonstrukcję ataku leśnych partyzantów na posterunek UB w 1945 r. Wiedza o tych zdarzeniach jest większa, są wprawdzie mniej spektakularne, ale pobudzają w nas słuszne uczucia antykomunistyczne.

W znacznie poważniejszym nastroju zwiedzamy (także gwarantowane w promieniu 30 kilometrów) święte miejsce, najczęściej łaskami słynący obraz Matki Boskiej w starym kościele. To jest zawsze poruszające, w przykościelnym sklepiku kupujemy reprodukcję, patrzymy na książki, ale żadnej nie kupujemy, bo się nie da. Jowialny zakonnik narzeka na małe obroty, a przed kościołem stoi stragan z niepotrzebnymi rzeczami wyjątkowo brzydkiej urody. Czasem aż tak brzydkimi, że aż warto kupić, żeby komuś podarować.

Pozostało dalej pytanie: co robić, ale tym razem - co robić z dziećmi. Moja pamięć słabo sięga późnego stanu wojennego, ale z sentymentem wspominam nadmorskie wakacje, dwa pokoiki na górze rybackiej chałupy, sławojkę, dziką gołą plażę i jedyny sklep w okolicy, w którym urobiona i ugłaskana pani zostawiała nam piwo - marki nie pamiętam, bo specjalnie mnie nie obchodziła, skoro nie było wyboru. Teraz czasem wieś, głęboka prowincja okazuje się niebywałą atrakcją. Przyjechała do nas przyjaciółka, prawdziwa austriacka hrabini z dwoma synkami. Ponieważ bardzo miła sąsiadka o kilometr od nas ma jeszcze i kury i gęsi, i świnki, i krowę, i konia, więc dzieci nie chciały od niej wyjść, bo zoo miały lepsze niż gdziekolwiek na świecie.

Więc wyjazd będzie niemal zawsze udany, a kto bystry, ten szybko się połapie, że to nie taka już prowincja jak kiedyś. Wystarczy obejrzeć wydawane lokalnie imponujące treścią i zdjęciami pismo "Kraina Bugu" (ukryta reklama!), żeby zobaczyć, jak jest pięknie, ciekawie i dostatnio. I co najważniejsze: nie muszę zmywać z siebie ani tej czekolady, ani tego ananasa, którymi by mnie w spa wysmarowali.

Polak wszystko zniesie, jeśli są grzyby, ale na razie ich nie będzie. Chyba że smardze, których zbierać nie polecam

@RY1@i02/2014/083/i02.2014.083.00000380a.803.jpg@RY2@

Marcin Król filozof, historyk idei

Marcin Król

filozof, historyk idei

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.