Takie rzeczy nie tylko w Polsce
Polskie oznacza dla nas złe, gorsze i najgorsze. A przecież korupcja, kłótnie polityków czy upadająca służba zdrowia to rzeczy powszechne na całym świecie
Polskie chamstwo, polska brudna polityka, polskie problemy ze służbą zdrowia. Polskie absurdy prawne, polskie dziurawe drogi, polskie źle uczące szkoły. Nękające polskich przedsiębiorców polskie urzędy skarbowe, polski brud i smród, polskie ubóstwo. W naszych oczach wszystko, co złe, podświadomie łączy się z naszym krajem.
- Takie rzeczy są możliwe tylko u nas. W żadnym innym cywilizowanym kraju byłyby nie do pomyślenia - tak zwykliśmy mawiać, oburzeni na skrzeczącą rzeczywistość.
Niestety zła wiadomość jest taka, iż podobne rzeczy, z tym że na znacznie większą skalę, mają miejsce na całym świecie. Także w krajach, które w przeciwieństwie do własnego nazywamy cywilizowanymi.
Eksperci stawiają jasną diagnozę: chorujemy na nieuleczalny, przewlekły autosabotaż. To schorzenie masowe, na które nikt w Polsce nie wynalazł od pokoleń żadnego skutecznego lekarstwa. Z lubością kwestionujemy wszystko, co w Polsce dobre, maksymalizując to, co gorsze. Chorobowe bielmo szczelnie przysłania nam oczy, gdy na horyzoncie pojawia się coś pozytywnego. Zmysł wzroku wyostrza się za to do niemal nadludzkiego, gdy tylko możemy celebrować nieszczęście.
Gdyby stworzyć katalog obecnie najważniejszych cech narodowych w Polsce, wygrałaby lubość samobiczowania. Nikt nigdy w tym okaleczaniu na własne życzenia nam nie dorówna.
Korupcyjne bagno
Bo i jest - tak myślimy - na co narzekać. Wystarczy przejrzeć pierwszą z brzegu gazetę albo spojrzeć na pierwsze lepsze dane. Na przykład te związane z korupcją. Infoafera, największy polski skandal ostatnich lat, zatacza coraz szersze kręgi. Nie ma miesiąca, by nie zatrzymywano tuzów biznesu IT, którzy chcieli być jeszcze bogatsi. Ten kant stulecia z udziałem wysoko postawionych urzędników państwowych na lata wryje się w naszą pamięć, dając efektywne paliwo do upajania się tym, że u nas zawsze musi być jakiś przekręt. Tym bardziej że z opublikowanego niedawno raportu "Public Procurement: costs we pay for corruption", przygotowanego na zlecenie Komisji Europejskiej przez Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć (OLAF) we współpracy z PwC, wynika, że nawet ponad 20 proc. przetargów w naszym kraju jest zagrożonych łapownictwem. Najpowszechniejszą formą nadużyć są zmowy cenowe. Ograniczenie skali nieprawidłowości jest zdaniem ekspertów możliwe poprzez zmiany procedur przetargowych, większą transparentność oraz inwestycje w kompetencje osób odpowiedzialnych za kontrolę przetargów. Jeśli spojrzymy na takie kraje jak Holandia (1 proc. przetargów zagrożonych korupcją) czy Francja (2-3 proc.), możemy rzeczywiście mieć powody do zmartwień. Sęk w tym, że zdecydowana większość państw UE, na czele z Hiszpanią (34-41 proc. zagrożenia korupcją) ma zdecydowanie wyższy poziom narażenia na malwersacje przy zamówieniach za publiczne pieniądze. Transparency International z kolei uznaje nie Polskę, ale Włochy za jedno z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Średni wskaźnik CPI (Corrupion Perceptions Index) Włoch w 2011 r. wyniósł 3,9 (skala od 10 do 0, gdzie 10 to wynik najlepszy). Najmniej skorumpowanym państwem w roku 2011 była Nowa Zelandia z wynikiem CPI 9,5. Polska plasuje się mniej więcej w połowie stawki. Komisja Europejska wyliczyła, że korupcja naraziła budżety krajowe oraz budżet UE tylko w 2010 r. na straty w wysokości od 1,4 mld do 2,2 mld euro, co daje 3-4 proc. wartości wszystkich przetargów organizowanych w państwach objętych badaniem. Dotychczas KE sądziła, że straty te wynoszą około 1 proc. wartości projektów. A więc, jak widać, problem ten nie jest jedynie przywarą polską. Co więcej, nad Wisłą, choć się pojawia, nie stanowi już dzisiaj tak wielkiej komplikacji jak jeszcze w latach 90., kiedy rzeczywiście bez koperty trudno było załatwić i rzeczy małe, i - tym bardziej - duże.
Starcia polityków
"Panie pośle, pan jest zerem" - nikomu nie trzeba chyba przypominać, kto do kogo tak się zwracał: premier Leszek Miller do wschodzącej gwiazdy (dzisiaj już nieco wyblakłej) polskiej polityki z komisji śledczej ds. afery Rywina Zbigniewa Ziobry. Ten epitet na stałe wszedł to kanonu, trzeba przyznać, dość subtelnych, obelg, jakimi obrzucają się polscy politycy. Słynący z soczystych, a czasem ordynarnych wypowiedzi Stefan Niesiołowski nazywał Renatę Beger atrakcyjną chłopką, Antoniego Macierewicza cymbałem, Adama Michnika fanatykiem nienawiści i agresji (w latach 90.), Grzegorza Napieralskiego obrzydliwym załganym hipokrytą i obłudnikiem, Grzegorza Latę (byłego szefa PZPN) człowiekiem o miernej inteligencji, a wiceministra sportu Arnolda Masina nikczemnym durniem. Januszowi Korwin-Mikkemu również zdarzało się określać innych polityków mianem głupców, osłów, debili i złodziei. Nigdy jednak w polskim Sejmie nie doszło do bijatyk, jakie mają miejsce w wielu, demokratycznych, dodajmy, parlamentach na świecie. W ostatnich tygodniach, choć to czas szczególny, do regularnych zadym dochodzi w parlamencie Ukrainy, biją się posłowie w Rosji, okładają się Tajowie i Koreańczycy. Do przepychanek niejednokrotnie dochodziło w parlamencie włoskim, a niezbyt wysublimowane, czasem nawet rynsztokowe reakcje towarzyszą również obradom Izby Lordów.
W debatach telewizyjnych z udziałem polityków w Polsce jest jak u Pana Boga za piecem. Tymczasem słynący z awanturnictwa Władimir Żyrinowski wielokrotnie oblewał swoich interlokutorów wodą, rzucał się na nich, plując, dusząc ich i okładając pięściami. Łapał ich za włosy i próbował kopać. Do ostrego zwarcia w TV doszło kilka dni temu w Wielkiej Brytanii, gdzie lider liberałów, proeuropejski Nick Clegg, słysząc szokujące i ksenofobiczne, skrajnie antyunijne postulaty Nigela Farage’a (znanego m.in. z obrzucania błotem polskich emigrantów), dał się sprowokować i nie mogąc powstrzymać emocji, zaczął obrzucać Farage’a wyzwiskami. W tym kontekście nawet klasyczne: "Ja to mogę panu nogę podać", rzucone przez Lecha Wałęsę w debacie przed II turą wyborów prezydenckich w 1995 r. pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego, choć w dużym stopniu mogło byłego lidera "Solidarności" kosztować prezydenturę, było w porównaniu z przykładami ze świata najwyżej nieco szorstką formą komunikacji. To wszystko jednak dość rzadko dostrzegamy - wciąż mamy silne przekonanie, że nasi politycy skaczą sobie do gardeł z kogucią ambicją najzdolniej na świecie. Jak widać, niezwykle mało w tym prawdy.
Zdrowiej niż w USA
Podobnie jak w stwierdzeniu, że polska służba zdrowia jest do luftu, a amerykańska tak dobra, że leczy już niemal poprzez sam fakt, że istnieje. Jak wyliczył Maciej Bitner z Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych, roczne wydatki na służbę zdrowia w USA (publiczne i prywatne) wynoszą 8,5 tys. dol. na mieszkańca, czyli ponad 40 proc. polskiego PKB per capita. Wysokie wydatki niekoniecznie oznaczają jednak wysoką jakość usług zdrowotnych. W Stanach Zjednoczonych bowiem, mimo najwyższych wydatków na zdrowie na świecie (także w relacji do PKB, wynoszącej aż 17,6 proc.), opieka zdrowotna jest co najwyżej przeciętna. Świadczą o tym dwie statystyki. Po pierwsze średnia długość życia dla ogółu populacji wynosi niecałe 79 lat, czyli mniej niż średnio w krajach OECD. Jest to przy tym wynik gorszy od każdego państwa zachodnioeuropejskiego (w Niemczech średnia długość wynosi ponad 80 lat).
W Polsce żyjemy niemal 77 lat, tylko że wydajemy na zdrowie ponadpięciokrotnie mniej niż Amerykanie, więc wydaje się, że w USA efekty takiej polityki powinny przynosić bardziej spektakularnie rezultaty.
Po drugie, o mityczności Ameryki świadczy śmiertelność niemowląt - także zaskakująco wysoka, wyższa nawet niż w Polsce. Dodatkowo amerykańska służba zdrowia jest w dużym stopniu prywatna, więc części osób poniżej progu ubóstwa (określonego jako 20 tys. dol. dochodu rocznie na czteroosobową rodzinę) na nią nie stać. W efekcie 15 proc. mieszkańców Stanów w ogóle nie ma ubezpieczenia zdrowotnego (reforma prezydenta Obamy ma to zmienić). Ceny polis stale rosną, a nieubezpieczeni są zdani na szpitalne izby przyjęć, gdzie mogą długo czekać na obsługę nawet w przypadku poważnych schorzeń, a ceny zabiegów medycznych doprowadzają ich do bankructwa. 46 proc. wszystkich upadłości konsumenckich w USA wynika z konieczności ponoszenia dużych nakładów na świadczenia medyczne.
Polska wydaje na zdrowie rocznie około 1,45 tys. dol. na mieszkańca. Spośród krajów OECD mniej na te świadczenia idzie w Estonii (1,3 tys. dol.) czy Meksyku (900 dol.). Czy zatem mamy powody, by się biczować i polską służbę zdrowia odsądzać od czci i wiary? Niezupełnie, ale to nam w chocholim tańcu nie przeszkadza.
Prawne humbugi
Nawet jeśli ten sam organ dwukrotnie skontrolował podatnika i nie znalazł żadnych nieprawidłowości, to nie oznacza, że nie stwierdzi ich za trzecim razem. W sądzie przedsiębiorca też może usłyszeć sprzeczne wyroki - pisaliśmy niedawno o tym w DGP. Przekonała się o tym firma, która sprzedawała pokarm dla rybek akwariowych. Przez lata płaciła VAT według stawki 3 proc., a żadna z dwóch kontroli urzędu skarbowego tego nie zakwestionowała. Urząd zmienił zdanie trzy lata później w trakcie trzeciej kontroli. Stwierdził, że spółka powinna rozliczać się według stawki 22 proc. Musi więc dopłacić zaległy podatek. W pierwszym tygodniu marca sprawą zajął się Naczelny Sąd Administracyjny. W wyrokach z 4 i 7 marca 2014 r. rozstrzygnął niekorzystnie dla spółki, mimo że kilka miesięcy wcześniej, w lipcu ub.r., ten sam sąd orzekł po myśli tejże spółki.
Odmienne wyroki NSA wynikają z tego, że poszczególne sprawy rozpatrywały różne składy orzekające tego sądu. Absurd, prawda? Oczywiście, ale niekonieczne jedynie polski. Jeśli krytycznie spojrzymy na legislację UE, różnego rodzaju humbugów prawnych znajdziemy tu na pęczki. Niebawem wejdzie w życie absurdalny zapis zabraniający wędzenia wędlin (ze względu na zbyt wysoką zawartość substancji smolistych w żywności). Dotknie on także polskich producentów, którzy w niektórych regionach specjalizują się w produkcji tego typu mięs.
Inny, również kulinarny, absurd Unia zafundowała piekarzom z Danii. Zabroniła - w trosce o zdrowie Europejczyków - produkcji tradycyjnych ciastek cynamonowych, cieszących się tam popularnością od ponad 200 lat. Powodem tej decyzji jest nadmiar cynamonu zawierającego z kolei dużą ilość kumaryny, organicznego związku chemicznego, który spożywany w nadmiarze może być szkodliwy. Zły wpływ kumaryny na nerki i wątrobę stwierdzono wprawdzie w efekcie badań na szczurach, a nie na ludziach, ale Komisja Europejska postanowiła i koniec.
Zresztą unijnych absurdów jest znacznie więcej. Odpowiednia krzywizna ogórka, owocowa marchewka, ślimak, który jest rybą, marmolada tylko z cytrusów, określona wielkość prezerwatyw, likwidacja tradycyjnych żarówek, 24-stronicowa drukowana w 10 językach instrukcja obsługi kaloszy - to tylko najbardziej spektakularne. I znowu - takie rzeczy nie tylko w Polsce.
Kompleksy średniaków
Jak w wielu procesach psychologiczno-socjologicznych, które przeżywamy jako społeczeństwo, i tu nie ma jednej klarownej recepty na wyjaśnienie tego, skąd bierze się nasze poczucie niższości, skutkujące przypisywaniem i nam, i naszemu krajowi wszelkich możliwych złych cech. Przyczyn zapewne jest tyle, ilu Polaków. Dominującą wydaje się ta, która jest stałą w większości patologii - brak kapitału społecznego spowodowany uwarunkowaniami historycznymi.
- Problem braku odpowiedzialności wynikający z braku realnej państwowości będzie do nas wracał jak bumerang jeszcze przez dwa pokolenia - ocenia dr Tomasz Skalski, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. - Rzeczywista zmiana mentalna będzie możliwa, dopiero gdy dzisiejsze dzieci staną się dorosłymi, świadomymi obywatelami, a dzisiejszych dorosłych już nie będzie. Nie ma innej drogi do stworzenia kapitału społecznego - ocenia ekspert.
I dodaje, że cierpiętnictwo wryło się tak głęboko w polską mentalność, przedarło na stałe do społecznego krwiobiegu, że żadna terapia poza upływem czasu i naturalnym zastąpieniem pokolenia przez pokolenie nie przyniesie ozdrowieńczego rezultatu. Bo kiedy inne narody rozwijały twórczo swoją wolność, generując dobra i kapitał, który dzisiaj nazywamy "starymi pieniędzmi", my musieliśmy ginąć za ojczyznę. W wielu z nas ta gotowość do ciągłej walki pozostała, choć teraz - na szczęście - nie ma już z kim walczyć.
Zrozumieniu naszego miejsca w świecie nie sprzyja również przesadna afirmacja skrajności, w których kultywowaniu szalenie się lubujemy. Nie ma dla nas - nie wiedzieć czemu - zasady złotego środka. Albo musimy być najlepsi - o co, jak łatwo się domyślać, dość trudno, albo najgorsi, a co zdecydowanie łatwiej. Z jednej strony poprzeczkę zawieszamy coraz wyżej, z drugiej od początku zdajemy sobie sprawę, że niezależnie, na jakiej wysokości by wisiała, i tak bardzo trudno - o ile to w ogóle wykonalne - będzie ją przeskoczyć. Tymczasem jak większość społeczeństw z naszym potencjałem w większości różnorakich konkurencji lokujemy się w centralnych częściach zestawień. I niewiele wskazuje, by to się w krótkiej perspektywie zmieniło.
Ekspertów zajmujących się przestrzenią publiczną od lat zadziwia to, że Polacy odwrotnie niż zdecydowana większość narodów świata nie potrafią i nie chcą polepszać własnego mniemania na swój temat i nie starają się na tle innych nacji pokazywać z jak najlepszej strony. Jeśli się do kogoś porównujemy, to zwykle wybieramy sobie najsilniejszych partnerów, a efekt łatwo przewidzieć. Niemcy - potężni gospodarczo, lepiej zorganizowani, bogatsi. Anglicy - jesteśmy od nich zależni, zatrudniają 200 tys. naszych emigrantów. Amerykanie - tu w ogóle nie mamy startu. Włosi - o ich espresso, urodzie i pogodzie nawet nie powinniśmy marzyć. My najwyżej możemy wygrać w kategorii "takie rzeczy tylko u nas".
- Niski poziom kultury, kompleksy, brak wiary we własne możliwości, usilne szukanie dowodów na polską słabość biorą się z kilku przyczyn. Zdajemy sobie sprawę, że wciąż jesteśmy na dorobku, że Polska nie jest tygrysem Europy, że brakuje nam innowacyjności, która wytworzy polskie produkty światowej klasy. Ci, którzy możliwości takiej kreacji mają lub mieli, zasilają kadry naukowe Doliny Krzemowej albo instytutów naukowych zachodniej Europy - przekonuje prof. Kazimierz Kik, politolog z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.
Ale aby przesadnie się nie biczować, specjaliści podkreślają, że o ile w latach 90. zjawisko polskiego autosabotażu dotyczyło mniej więcej trzech na czterech Polaków, o tyle dzisiaj proporcje te ulegają transformacji. Na szczęście na naszą korzyść.
- Ludzie, którzy często wyjeżdżają za granicę, wyrywając się z typowo polskich przyzwyczajeń mentalnych, szybko dochodzą do wniosku, że w innych krajach wcale nie jest inaczej, a tym samym są rzeczy, które mają miejsce nie tylko u nas, ale wszędzie. W Polsce na przykład prezydent cieszy się poparciem około 70 proc. z nas, w innych krajach bywa, że po dwóch latach urzędowania ponownie chciałoby na niego głosować tylko 15 proc. wyborców - tłumaczy Eryk Mistewicz, autor strategii marketingowych.
Socjolog Tomasz Łysakowski dodaje, że warto, byśmy zdali sobie sprawę z tego, że narzekanie jest powszechne w Europie, mniej więcej tak jak euro. Narzekają Włosi - oni właściwie dla zasady, Francuzi, Hiszpanie i Niemcy, niezadowoleni ze swoich polityków, z wysokości podatków, ze swojej służby zdrowia, poziomu nauczania w szkołach, a nawet warunków pracy. Może zatem nie warto, byśmy narzekali i my, bo pewnie zrobimy to gorzej od innych. I kolejny powód do polskiego niezadowolenia będzie jak znalazł.
Cierpiętnictwo wryło się tak głęboko w naszą mentalność, że żadna terapia poza upływem czasu i naturalnym zastąpieniem pokolenia przez pokolenie nie przyniesie ozdrowieńczego rezultatu
@RY1@i02/2014/076/i02.2014.076.00000020a.803.jpg@RY2@
ap
W ostatnich tygodniach, choć to czas szczególny, do regularnych bijatyk dochodzi w parlamencie Ukrainy
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu