Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Urzędnicza karuzela

2 lipca 2018

Nowe dowody to najkosztowniejszy miraż ostatniej dekady. Na coś, co pozostanie tylko na papierze, wydaliśmy 370 mln zł

Kiedy skończyłam 18 lat, specjalnie odczekałam kilka miesięcy z wyrabianiem dowodu, by otrzymać już plastikowy. Gdy po 10 latach jego ważność wygasała, zastanawiałam się, czy też nie odczekać kilku miesięcy, by dostać biometryczny, który lada moment miał zostać wprowadzony. Dobrze, że nie czekałam. E-dowodu szybko nie będzie.

Mój były chłopak z Kanady, choć w Polsce mieszkał przez prawie dekadę, za każdym razem, gdy legitymował go policjant, gdy sprzedawca w sklepie nagle przypominał sobie o ustawie o wychowaniu w trzeźwości, gdy recepcjonista w wieżowcu chciał spisać dane przed przepuszczeniem przez bramkę, nie krył zdziwienia. - Przecież macie paszporty i prawa jazdy. Po co kolejny dokument potwierdzający, kim jesteście? To chyba jakiś komunistyczny wymysł, by mocniej was wszystkich obserwować - perorował.

Polaków może raczej zdziwić informacja, że dowody osobiste na świecie wcale tak powszechne nie są. Nie mają ich Amerykanie, Kanadyjczycy, Nowozelandczycy, Norwegowie. W Niemczech są, ale gdy ma się paszport, nie ma obowiązku ich wyrabiania. W Australii próbowano w XX w. dwa razy wprowadzić obowiązek posiadania dowodu. Nie udało się, bo Australijczycy uznali go za zamach na wolności obywatelskie. W Wielkiej Brytanii dowody obowiązywały podczas II wojny, gdy obawiano się niemieckich szpiegów i dywersantów. Po jej zakończeniu Brytyjczycy gremialnie sprzeciwili się utrzymaniu obowiązku. Kilka lat temu rząd brytyjski, w ramach budowania e-administracji i po zamachach na londyńskie metro, chciał wprowadzić nieobowiązkowe dowody. Nawet i z takiego pomysłu musiał się wycofać pod naciskiem opinii publicznej i zniszczyć rejestr obywateli, którzy już podali swoje dane.

A i u nas obowiązkowe dowody osobiste mają krótką historię. Pojawiły się tak naprawdę jako element opresji i kontroli podczas okupacji, a utrzymane zostały przez rząd komunistyczny, po to by mieć kontrolę nad obywatelami. Zgubienie dowodu osobistego w latach 50. traktowane było jako ciężkie wykroczenie, czasem nawet zdrada. Oczywiście taka ich historia nie oznacza, że są zupełnie niepotrzebne. Jako dokument identyfikacji, szczególnie po wejściu do sfery Schengen, są znacznie wygodniejsze niż paszporty. Ich praktyczność to chyba największa zaleta, ale zupełnie nie tłumaczy trwającej już prawie sześć lat epopei z planami wprowadzenia nowych elektronicznych dokumentów. Podobne plany miała już Wielka Brytania, w Niemczech udało się e-dowody nawet wypuścić, ale wciąż po trzech latach są bardzo mało popularne i ledwie znikomy procent obywateli zgodził się na uruchomienie w nich elektronicznego czipa. Nic nie wyszło z podobnych planów we Włoszech, nie mówiąc o korupcyjnych skandalach w Indiach i Indonezji. Są oczywiście i pozytywne przykłady - najbardziej znany to Estonia - ale taka wymiana dokumentów udała się tylko w państwach wysoko zinformatyzowanych.

Na razie jedynymi efektami budowy systemu e-dowodów w Polsce są gigantyczna afera korupcyjna, zarzuty postawione jednej z największych firm informatycznych na świecie i 370 mln zł wydanych na systemy, które najprawdopodobniej w zapowiadanej na początku formie nigdy nie ujrzą światła dziennego.

@RY1@i02/2014/041/i02.2014.041.000001200.802.jpg@RY2@

Sylwia Czubkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.