Nie dajmy się biurokracji
Gdy zaczynam czytać warunki, na jakich jest szansa pozyskać unijne fundusze, zwłaszcza te na większe inwestycje, to irytuję się, tak są niezrozumiałe. W nowej perspektywie też lepiej nie będzie. Przynajmniej jeśli chodzi o zintegrowane inwestycje terytorialne, które mają łączyć gminy i powiaty z dużymi miastami.
- Oto przykład. W pierwszej kolejności trzeba przygotować dokumenty - strategię rozwoju ZIT. Następnie powoływana będzie reprezentacja ZIT, czyli związek lub stowarzyszenie czy spółka, które staną się instytucjami zapewniającymi realizację inwestycji w danym regionie. Kolejny krok to plan działania ZIT dla regionu, by można było wreszcie podpisać porozumienie lub umowę o realizacji ZIT między związkiem a instytucją zarządzającą regionalnym programem operacyjnym na lata 2014-2020 w danym regionie. Czyli po polsku z urzędem marszałkowskim. A ja zastanawiam się, ile na te papiery i spotkania pójdzie pieniędzy, ile razy trzeba będzie jeździć do stolicy, by wyjaśnić wątpliwości, a jak często trzeba będzie zwrócić się o pomoc w rozwiązaniu problemów do Brukseli.
I mam wrażenie, że można by taniej i prościej. Począwszy od tego, że tłumaczenie brukselskich dokumentów powinno być tłumaczeniem nie na urzędniczy slang, zrozumiały tylko dla wybranych pracowników, przeszkolonych za nasze pieniądze. Przecież zasady przyznawania olbrzymich kwot powinny być jasne dla większości społeczeństwa. Bo wtedy możliwa jest społeczna kontrola. Podejrzewam, że skuteczniejsza niż ta wynikająca z tworzenia tysięcy stron papierowych dokumentacji. Zapytałam grupę znajomych osób, czy wiedzą, jakie inwestycje w ramach ZIT mają powstać w Warszawie i okolicach. Nie wiedział nikt. Podobnie jak, poza dwoma osobami, nikt nie miał pojęcia, co to w ogóle są zintegrowane inwestycje terytorialne. Czyli wybór najważniejszych przez lata działań, na które pójdą miliardowe nakłady, odbywa się praktycznie bez wiedzy społeczeństwa. O szerokich konsultacjach takich dokumentów lub nawet tylko prezentacjach ich w przystępnej formie w moim regionie nie słyszałam. Społeczeństwo może co najwyżej proponować, żeby w ramach gminnych budżetów partycypacyjnych, na które przeznacza się co najwyżej pojedyncze miliony złotych, ułożyć chodnik przy tej, a nie innej ulicy albo obsadzić zielenią zaniedbany skwerek.
A ja chciałabym, by przed podjęciem decyzji o podziale pieniędzy ludzie wiedzieli, że ważniejsza jest np. rewitalizacja Pragi od poszerzenia trasy Warszawa-Wołomin. I ewentualnie w porę mogli zaprotestować.
Uważam też, że dla mieszkańców, choć nie dla biurokratów, byłoby lepiej, gdyby urzędnicy, także unijni, wstali zza biurek i ruszyli w teren. I bez skomplikowanych tabel i wykresów zobaczyli, że gminy A i B powinna łączyć droga, a w mieście poza remontem fasad kamienic potrzebne jest wsparcie na zajęcia z młodzieżą. Taki przegląd daje więcej od szukania pomyłek w papierach. I trudniej zakamuflować coś w rzeczywistości niż w papierowym dokumencie.
@RY1@i02/2014/034/i02.2014.034.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadzący
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadzący
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu