Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Państwowe gorsze? A niby dlaczego?

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Czy publiczne zawsze będzie gorsze od prywatnego? Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma na to dowodów. A nawet gdyby istniały, to i tak najrozsądniej byłoby je... zignorować. Pokrętne to, ale niestety prawdziwe.

"Bliżej mi do Keynesa niż do Hayeka" ogłosił w DGP minister finansów Mateusz Szczurek. Od razu posypały się komentarze czytelników. Jeden z nich brzmiał tak: "Zatem musimy spodziewać się wyższych podatków i dużego marnotrawstwa. Szkoda". Zaintrygował mnie ten wpis, zapytałem więc autora, dlaczego tak uważa. Odpisał, że "interwencjonizm państwa z czegoś trzeba finansować". W sumie zgoda. Ale zaraz potem zadał pytanie w zamierzeniu retoryczne: "Czy państwo w ogóle potrafi skutecznie wydawać?". Na to ja (ogarnął mnie polemiczny szał) odparłem, że jak dotąd nikt nie pokazał mi dobrego dowodu na wyższość sektora prywatnego nad publicznym, gdy chodzi o wydawanie pieniędzy. To wyznanie rozbroiło mojego rozmówcę: "Trochę tak jakby ktoś mnie pytał o dowód na to, że dwie proste równoległe nigdy się nie przetną. To aksjomat".

Tu dyskusja się urwała. A ja zastanawiam się, czy któraś ze stron mogła przekonać tę drugą do swoich racji. Nie sądzę. Można dawać masę przykładów na potwierdzenie jednej lub drugiej tezy. Ot, choćby rozkład opartej na "państwowym" gospodarki PRL w latach 80., ale doskonałymi kontrprzykładami są historie upadku Enronu albo Lehman Brothers. Można uciekać przed sednem sprawy i argumentować, że prywatny wydaje i ryzykuje własne pieniądze. Podczas gdy publiczny naraża na szwank środki wspólne. Ale to po pierwsze nie zawsze prawda, a po drugie ten truizm ani trochę nie rzuca nowego światła na to, kto lepiej rozporządza ekonomicznymi zasobami.

Mam wrażenie, że w tych rozważaniach nieco dalej mogłoby nas popchnąć pójście tropem zaproponowanym przez ekonomistę Noaha Smitha z University of Michigan. Smith mówi tak: Nie ma większego sensu zastanawiać się, czy sektor prywatny jest bardziej efektywny od publicznego. One są różne, mają do wypełnienia odmienne role i kierują się innymi kryteriami. Więcej pożytku przyniesie nam obserwowanie zachowań obu sektorów w praktyce, np. gdy trzeba szukać oszczędności. Sektor prywatny reaguje tu dużo lepiej. Gdy nadchodzi czas cięć, rezygnuje się z elementów o najmniej korzystnej relacji kosztu do efektywności. Tnie się po najmniej obiecujących dziedzinach i najsłabszych pracownikach. Bolesne, ale jakoś tam uczciwe.

W sektorze publicznym sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Występujące tu podmioty Smith dzieli z grubsza na trzy typy. Po pierwsze, pasożyty - przedsięwzięcia nieefektywne, ale świetnie umocowane politycznie i chronione siecią powiązań. Drugi rodzaj graczy to takie pasożyty, które wypadły z łask. Czyli tak zwane wraki (albo bardziej po naszemu złogi). Zmienił się rząd albo odszedł ich patron, a złogi sobie przycupnęły i udają, że ich nie ma. Trzeci typ to prawdziwe gwiazdy (są i takie!). One robią swoją robotę dobrze. I na ich istnieniu społeczeństwo korzysta bardziej, niż wynosi suma nakładów na nie poniesionych. Problem polega trochę na tym, że wobec sektora publicznego nie można zastosować prostego rachunku zysków i strat. Owszem, próbowano, ale nikomu się to dotąd nie udało. Tak naprawdę nie wiemy więc, kto w tej całej zabawie jest pasożytem, kto złogiem, a kto gwiazdą.

Nagle przychodzi czas cięć w administracji. Kto idzie na pierwszy ogień? Na pewno nie pasożyty. One są - ze swej natury - dobrze umocowane. Pozostają złogi i gwiazdy. I tu zaczyna działać zabójcza logika. Bo im więcej mamy w systemie gwiazdek, tym większe prawdopodobieństwo, że zostaną ucięte (cięcie odbywa się przecież w zasadzie na ślepo). Co gorsza, tak czy inaczej po cięciach zwiększy się odsetek pasożytów.

Może to i trochę pokrętne tłumaczenie. Ale opowieść Smitha dobrze obrazuje jedno. Szermowanie chwytliwym a niepopartym dowodami hasłem o "marnotrawczym z natury sektorze publicznym" do rozwiązywania faktycznych problemów wnosi niewiele. A na pewno może sporo napsuć.

@RY1@i02/2014/031/i02.2014.031.000000200.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.