Pamiętajmy o ogródkach
Pięć tysięcy ogrodów, czyli statystycznie po dwa na gminę. Prawie milion działek, a więc i potężny elektorat, który trudno pominąć zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i samorządowych. Trudno się więc dziwić, że z batalii o ogródki to raczej działkowcy wyszli zwycięsko. Ale wbrew licznym komentarzom uważam, że to również zwycięstwo dla miast i gmin. Przede wszystkim dlatego, że trudno będzie działki zlikwidować. Bo gdy spojrzymy z perspektywy ciut szerszej niż bieżące kłopoty finansowe, które dałoby się załatać, sprzedając atrakcyjny kawałek gruntu deweloperom, to mamy same zyski. Zdrowie, świeże powietrze niewielkim kosztem, bez dodatkowych nakładów budżetowych, a i rodzinom produkującym własne owoce, kwiaty i warzywa coś w kieszeni zostanie.
Społeczeństwo nam się przecież starzeje. Na emeryturę odchodzą właśnie najliczniejsze roczniki, te z lat 50. Emerytury mają coraz mniejsze, nie tylko z powodu reformy i likwidacji OFE. Większości dzisiejszych 50-60-latków przemiany gospodarcze nie przysporzyły finansowych sukcesów. Na nie załapali się o dekadę młodsi. Upadające zakłady pracy, wysokie bezrobocie spowodowały, że i tak niskie świadczenia są jeszcze niższe ze względu na lata przerw w pracy. Trudno więc liczyć, że nasi emeryci, tak jak np. niemieccy, turystycznie podbiją świat. Raczej zostaną w kraju. Ale będą zdrowsi, czyli także tańsi dla samorządów, gdy ten czas spędzą aktywnie na działkach, a nie leżąc przed telewizorem. Wiem, mogliby uprawiać te działki na peryferiach, nie np. w Warszawie na Mokotowie lub na Saskiej Kępie. Te warte miliony, a może nawet miliardy, grunty można by sprzedać deweloperom i wybudować tam kolejne, luksusowe, zamknięte osiedla albo błyszczące szkłem i aluminium biurowce. Zarobiliby i deweloper, i miasto. Czy na pewno? Przecież takie osiedla byłyby zamknięte. To znaczy dla miasta, a przynajmniej przeważającego odsetka jego mieszkańców, w dłuższym czasie byłby to teren stracony. Proponuję, żeby miejskie ogródki były otwarte. Dla tych, którzy chcą tylko pospacerować albo pokazać uczniom czy wnukom, jak rośnie rzodkiewka i jak kwitną malwy. Wiem, że to z kolei nie w smak działkowiczom, którzy obawiają się kradzieży i chuligańskich wybryków. Ale skoro są to działki na miejskich gruntach, z dobrym dojazdem, to powinny służyć nie tylko działkowcom. Ogrody działkowe to też duża bioróżnorodność, cenna dla ekologii miasta. Znacznie cenniejsza niż na wystrzyżonych trawnikach i wyłożonych kostką bauma osiedlach. Do działkowego stylu życia przekonują choćby Angela Merkel i Michelle Obama. Skoro nam nie udało się ogrodów do tej pory zniszczyć, to chwalmy się nimi, bo mamy czym. Zwłaszcza że za miedzą, w Berlinie czy Monachium, ogródki mają się dobrze - widziałam na własne oczy. A tam grunty są równie cenne, jeśli nawet nie cenniejsze niż w Polsce.
@RY1@i02/2014/024/i02.2014.024.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadzący
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadzący
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu