Była demokracja, idzie irytacja
Więzi łączące polityków z wyborcami przypominają sparciały sznurek, który zerwie się lada chwila. Politykom w tańcu już nie przeszkadza elektorat. A ten pluje na wszystko, co publiczne
W filmie "Chłopaki nie płaczą" Olafa Lubaszenki dziekan Zajączek z Akademii Muzycznej mówi szczerze o relacji wykładowców i studentów: "Oni są skłonni pomyśleć, że my tu jesteśmy dla nich". Dzisiaj tak samo myślą o nas, wyborcach, politycy, którzy albo nie liczą się ze zdaniem elektoratu, albo biorą pod uwagę jedynie potrzeby tej części społeczeństwa, która na nich głosuje. Nie jest to przypadłość typowo polska, dzisiaj cały świat działa w ten sposób. Wojna nerwów między zamkniętymi w gabinetach premierami, ich ministrami i doradcami z jednej strony a milionami ludzi z drugiej trwa w najlepsze. Z tej walki nikt nie wychodzi zwycięsko.
Między politykami a resztą społeczeństwa toczy się nieustanna gra. Ci pierwsi budują wielopoziomowe strategie - ich celem w większości wypadków jest działanie, które przede wszystkim zapewnia reelekcję, a dopiero w drugiej kolejności powoduje jakościową zmianę w funkcjonowaniu danego kraju. Ci drudzy albo stają się coraz bardziej wycofani, bierni i apatyczni w kontekście wywierania wpływu na przestrzeń publiczną, albo przeciwnie - motorem ich działania stają się emocje, złość i narastająca niechęć związana z coraz bardziej bezczelnymi próbami mydlenia oczu odbiorcom polityki.
Bliższa koszula ciału, więc wydaje nam się, że ta wzajemna nieufność coraz częściej owocująca powszechną irytacją na wszystko, co publiczne, to jedynie polski problem. Bo przecież nasi politycy, zgodnie z zasadą "jak się nie pomyli, to prawdy nie powie", kręcą, oszukują, udają, zamiatają problemy pod dywan - wszystko, by trwać przy apanażach.
Ale, wbrew pozorom, wcale nie jest to problem polski, co więcej to nie w Polsce został on odkryty. Dotyczy i Stanów Zjednoczonych, i Francji, i, szczególnie ostatnio, Ukrainy. W większym lub mniejszym stopniu dotyka właściwie większości krajów, bo niemal wszędzie polityką kierują uniwersalne mechanizmy.
WaterlOFE rządu
W Polsce w ostatnich miesiącach źródła obywatelskiej irytacji były dwa. Po pierwsze "ustawa 67" wydłużająca wiek emerytalny kobiet i mężczyzn (tych pierwszych aż o siedem lat) oraz zmiany emerytalne, dla części z nas będące niezwykle namacalną emanacją powiedzenia: "Nie kradnij, państwo nie znosi konkurencji". Mowa oczywiście o odebraniu środków gromadzonych przez Polaków w OFE, głównie po to, aby było czym zasypać ziejącą dziurę budżetową.
W przypadku pierwszych zmian rząd próbował nam tłumaczyć, że wszystkie kraje Europy przeżywają obecnie kryzys demograficzny i jedynym wyjściem z tego pata jest narzucenie obywatelom dłuższego obowiązkowego czasu pracy. Nie wspominano oczywiście o przypadku niemieckim, gdzie w tym samym czasie, gdy nas karmiono postulatami o wyższej konieczności, obniżono wiek emerytalny z 67 na 63 lata. Ktoś może powiedzieć, że nasze kraje są nieporównywalne, ponieważ wydajność pracy nad Renem jest czterokrotnie wyższa niż nad Wisłą. To fakt, ale rządowy przekaz pełen nieścisłości i tak wystawił go na skrajną nienawiść setek tysięcy ludzi. Jeszcze większą wpadkę społeczną zaliczył polski rząd, forsując zmiany w systemie emerytalnym. Jak szacuje w grudniowym badaniu CBOS, niemal pięć razy więcej Polaków jest przeciwnikami zmian w OFEm niż je popiera (badanie "Opinie o projektowanych zmianach w funkcjonowaniu OFE" rzeprowadzono metodą wywiadów bezpośrednich wspomaganych komputerowo w dniach 7-14 listopada 2013 r. na liczącej 990 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski). 53 proc. z nas jest pewnych, że propozycje gabinetu Donalda Tuska idą w złym kierunku, a tylko 13 proc. uważa, że ich wpływ na finanse osobiste Polaków i na sytuację budżetu państwa będzie korzystny i je pochwala. W porównaniu z podobnym badaniem z lipca 2013 r. odsetek optymistów wzrósł z 9 do 13 proc. Liczba pesymistów zwiększyła się znacznie bardziej - początkowo wynosiła 40 proc., teraz podskoczyła o 13 punktów. Zresztą szatański, zdaniem niektórych, plan rządu w sprawie OFE wcale nie musi się powieść. Około jedna czwarta ubezpieczonych deklaruje bowiem, że mimo namów ze strony polityków i tak w funduszach pozostanie. Wciąż będzie zatem kierować tam część swojej składki emerytalnej, wywracając polityczne plany PO do góry nogami.
O tym jednak, że programowe irytowanie wyborców - szczególnie w chwili kiedy polityk ma już niewiele do stracenia, bo na przykład rozpoczyna drugą, ostatnią kadencję - od pewnego czasu wiedzą doskonale Amerykanie. Wszyscy pamiętamy, że prezydent USA Barack Obama, obejmujący urząd po George’u W. Bushu ocenianym przez większość społeczeństwa dość obcesowo, jawił się niemalże jako zbawca, szczególnie w kręgach lewicującej inteligencji z dużych miast Wschodniego Wybrzeża. Jego apologeci wierzyli, że już samym hasłem, "Yes, We Can" postawi Amerykę na nogi, wykrzesa ponownie pokłady energii wśród obywateli, wytyczy szlak rozwoju na nowy wiek. Hołubiony przez elity coraz bardziej oddalił się od przeciętnego Amerykanina, dla którego wolność, w tym wolność wyboru i równość, w tym równość w relacjach z państwem, zawsze były niepodważalnymi wartościami.
Przez to prezydent - nadzieja stał się rozczarowaniem. Obamacare, jak powszechnie nazywa się przyjętą w 2010 r. przez Kongres reformę systemu ubezpieczeń zdrowotnych w USA, miała zapewnić powszechny dostęp do świadczeń medycznych każdemu potrzebującemu. Była dość ważna, ponieważ w Ameryce żyje około 50 mln osób nieposiadających żadnej polisy, tym bardziej że administracja prezydenta adresowała ją właśnie do osób, które nie otrzymują ubezpieczenia na koszt pracodawcy lub do pracujących na własny rachunek, ale osiągających na tyle niskie dochody, że nie stać ich na polisę. Dobra w założeniu reforma okazała się niewypałem z kilku powodów. Po pierwsze od razu nawalił system informatyczny służący rejestracji. Po drugie, część towarzystw ubezpieczeniowych zapowiedziała już, że najpewniej będzie zmuszona podnieść składki dla dotychczasowych klientów, ponieważ nowi, których na mocy nowego prawa muszą przyjąć, zostaną objęci podstawową opieką medyczną, na którą w praktyce ich nie stać. Ich składki bowiem w wielu wypadkach nie pokryją kosztów leczenia. Różnicę trzeba będzie zrekompensować z pieniędzy pozostałych ubezpieczonych. Nie trzeba się domyślać, jak bardzo ci pozostali są tym zachwyceni, szczególnie w kraju, gdzie każdy bardzo zdecydowanie dba o własne interesy.
Efekt? Obok wściekłości milionów Amerykanów nienotowany wcześniej spadek poparcia dla prezydenta. Według CBS News tylko 37 proc. mieszkańców USA uznało, że prezydent dobrze wykonuje swą pracę. A dwóch na trzech Amerykanów jest przeciwnych Obamacare.
Komunikacja, głupcze
- Bogaci są zbyt bogaci. Powinni się swoją zamożnością podzielić z biednymi - sugerował niedługo po objęciu urzędu prezydent Francji Francois Hollande. Postanowił, że milionerzy zapłacą nowy specjalny podatek od dochodów. Uzyskał zgodę Rady Konstytucyjnej na wprowadzenie 50-proc. obciążenia dla przedsiębiorstw od zysku wynoszącego ponad milion euro. W połączeniu z innymi opłatami oznacza to, że firmy będą zmuszone do oddawania nawet 75 proc. swoich zarobków. A co dostaną w zamian? Wdzięczność społeczeństwa. W odpowiedzi znany francuski aktor Gerard Depardieu zdecydował się zrzec francuskiego obywatelstwa i zamieszkał czasowo w Rosji, której paszport otrzymał. - Wyjeżdżam, bo uważacie, że należy karać ludzi za sukces, talent i twórczość. To absurd, do widzenia - grzmiał do premiera Francji Jean-Marca Ayraulta, który nazwał zachowanie gwiazdora żałosnym i niepatriotycznym. Francuska ulica zgodziła się jednak raczej z tym, co mówił Depardieu, a nie z narracją prowadzoną przez polityków. Irytacja, jak bywa często, przełożyła się dość szybko na spadek poparcia. Dzisiaj prezydenta Hollande’a korzystnie ocenia jedynie około 20 proc. Francuzów. Gdy obejmował rządy, liczba jego zwolenników była trzykrotnie wyższa. I wreszcie przykład najświeższy - Ukraina. Tu irytacja społeczna wzięła się z niezwykle czytelnego odrzucenia kluczowych postulatów znacznej części narodu. I faktu pokazania ludziom przez rządzących figi z makiem w znanym starym sowieckim stylu. Naród chciał w lewo, władza na prawo, naród do Europy, władza w stronę Rosji. Władza zapomniała jednak, że czasy radzieckie już za nami i że ludzie do powrotu do praktyk traktowania ich jako zło konieczne już nie dopuszczą. Konflikt wisiał w powietrzu od wielu miesięcy, wybuchł po deklaracjach o niepodpisywaniu umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Na Majdanie w Kijowie giną dziś ludzie, prezydent Janukowycz próbuje ratować twarz markowaniem ustępstw, ale opozycja idzie za ciosem. Obserwatorzy twierdzą, że rozzłoszczony przez władzę i skrajnie zawiedziony naród nie zatrzyma się, zanim nie obali prezydenta utożsamianego ze wszystkim, co złe. Tego scenariusza na pewno dałoby się uniknąć, gdyby prezydent Ukrainy nie ignorował swoich rodaków, gdyby przewidział, że jego arogancja wywoła społeczną złość, jakiej nigdy w najnowszych dziejach tego kraju nie było. Już przegrał, choć wciąż jeszcze udaje, że kontroluje sytuację.
Dlaczego ten kraj nie działa. - Różne rządy w różnych krajach irytują różne grupy wyborców z różnych powodów. Tu nie ma wspólnego mianownika - ocenia Jarosław Makowski, szef Instytutu Obywatelskiego. Jego zdaniem powody irytacji można pogrupować na kilka kategorii. Pierwsza to rozmijanie się działań rządów z obietnicami wyborczymi. - Politycy dużo obiecują, bo kampanie rządzą się swoimi prawami. Gdy jednak przychodzi czas realizacji postulatów, okazuje się, że nie mają skutecznych narzędzi - przede wszystkim dlatego, że neoliberalizm, który stał się religią ekonomii, tak skutecznie sprywatyzował państwo, że uczynił je nieskutecznym - tłumaczy Makowski. Przyczyna irytacji wyborców leży też w nadmiernie optymistycznej nadziei, że państwo w końcu zacznie być sprawne. Tymczasem to trudne np. przy założeniu, że płacimy niskie podatki, na czym stale nam zależy, i zarazem pożądamy rozwiniętych zabezpieczeń socjalnych, takich, które stworzą państwu narzędzia do tego, by mogło się nami skutecznie zaopiekować, gdy znajdziemy się w potrzebie. Podobny mechanizm definiuje nasze ambicje w stosunku do publicznej służby zdrowia. Chcemy, by była rozbudowana i efektywna, ale nie chcemy płacić wyższych składek. Trzecia kategoria to rozczarowanie wynikające z nieskuteczności realizowania podjętych przez polityków działań. Wyżej zawieszamy poprzeczkę pożądanej skuteczności działań państwu niż samym sobie albo instytucjom prywatnym. Kiedy upada bank, ludzie oczekują interwencji państwa. Kiedy szwankuje państwowa instytucja, mówią: "Kraj nie działa, to skandal". - W końcu last but not least: "Komunikacja, głupcze!" - radzi Makowski. - Rządy żywią dość naiwne, złudne przekonanie, że trudne zmiany, jak choćby podnoszenie wieku emerytalnego, trzeba wprowadzać po cichu, bo kontrowersyjna reforma zawsze napotyka opór. Nic bardziej błędnego. Reformy nie zyskują poklasku, nawet jeśli są dobre, wtedy, kiedy rząd nie wyjaśnia swoich intencji, kiedy nie tłumaczy dość jasno i wytrwale, dlaczego przeprowadza zmiany. Kiedy nie pyta o zdanie ludzi, których one dotykają. W dobie mediów społecznościowych, szybkiego samoorganizowania się określonych grup interesów, nie da się przeprowadzać zmian bez szerokich konsultacji, konferencji, debat, tłumaczenia intencji. Taka próba odbyła się w Polsce raz, przy okazji ACTA. Z fatalnym skutkiem.
Zjawiska postpolityczne
Polityka XXI wieku na świecie nie jest już działaniem opartym na ideach, właściwie o nic wielkiego w niej nie chodzi. Zasada ta nie dotyczy takich krajów jak Stany Zjednoczone, które są, fakt, że z różnym nasileniem, ale mimo to wciąż światowym policjantem, ale już Polski i wielu państw Europy jak najbardziej. Nie mamy liderów i mężów stanu, mamy raczej postpolityków. Ci ludzie pozbawieni misji egzystują właściwie bez głębszego celu. Co ciekawe, już od transformacji ustrojowej byliśmy w znacznej większości przekonani, że polityka to sztuka dla sztuki, teatr kilku aktorów posiadających stroje i rekwizyty, ale bez ról. Jałowy spektakl, którego celem jest trwanie, bez brania pod uwagę realnych potrzeb społeczeństwa. Biuro Studiów i Ekspertyz Sejmowych w 1992 r. opracowało badanie, z którego wynikało, że główną motywacją polityków - w opinii Polaków - jest posiadanie władzy (35 proc.) oraz dojście do wielkich pieniędzy (20 proc.). Realizację idei jako motywację działań politycznych wskazywał jedynie co 10. ankietowany (10 proc.). 86 proc. badanych było przekonanych, że posłowie tracą kontakt ze społeczeństwem i nie interesują ich żadne problemy poza własnymi. Podobnie przedstawiały się oceny działań partii politycznych. Zdaniem 55 proc. Polaków organizacje te reprezentowały jedynie interesy swoich przywódców, a tylko 5 proc. z nas było zdania, że dbają o dobro kraju.
Chociaż minęły 22 lata, oceny zachowań przedstawicieli sfery publicznej w praktyce się nie zmieniły. W 2011 r. TNS OBOP ustalił, że w opinii 85 proc. Polaków politycy stawiają własną karierę zawsze na pierwszym miejscu, a ponad połowa była przekonana, że polityk nie może być uczciwy. Dwa lata później ta sama pracownia doszła do wniosku, że aż 71 proc. z nas ocenia sytuację w kraju katastrofalnie. Kilkanaście dni temu CBOS z kolei opublikował następne badanie pokazujące poziom nieufności Polaków do polityków. Główny wniosek: jedynie 17 proc. z nas ocenia dobrze pracę Sejmu, 20 proc. pracę Senatu.
- Dzisiaj problemem relacji polityk - wyborca nie jest już tylko fakt niedotrzymywania słowa, dotąd niemal powszechny - ocenia dr Wojciech Jabłoński, specjalista marketingu politycznego. - Teraz mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której elektorat nie przeszkadza politykom w tańcu. Zabierają się bowiem do projektów, co do których nie umawiali się z wyborcami przed wyborami, ale robią je, bo z jednej strony coś muszą robić, a z drugiej są przekonani o własnej nieomylności. Dotąd bez udziału elektoratu podejmowane były przez państwa decyzje strategiczne, np. wojskowe. Dzisiaj w polityce mamy kryterium ekonomiczne, które obliguje rządy do łatania dziur budżetowych. Podejmują zatem decyzje bez konsultacji, argumentują je wyższą koniecznością, rozpuszczają odpowiedzialność za swoje decyzje, zasłaniając się sytuacją globalną i koniecznością dostosowania się do niej.
Patologiczna rachityczność dialogu społecznego, która jest realnym polskim problemem, w praktyce nienaprawionym od 1989 r., powoduje, że politycy coraz częściej w ogóle prób tego dialogu nie podejmują. A jeśli już, to tylko ze swoim elektoratem. Zdaniem dra Rafała Chwedoruka z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego przykładem takiej reglamentowanej komunikacji jest "ustawa 67" podnosząca wiek emerytalny w Polsce. Platforma zapatrzona w styl rządzenia Margareth Thatcher, dla której pojęcie takie jak dialog społeczny istniało jedynie w szczątkowej formie, zapomniała zupełnie, jakie jest znaczenie słowa "rozmowa" i kiedy powinno się ją podejmować.
- Wyborcy PO niespecjalnie przejęli się wydłużeniem czasu pracy, bo w większości są młodzi, emerytura jest dla nich na razie abstrakcją i najczęściej oszczędzają na nią w prywatnych funduszach - tłumaczy dr Chwedoruk. - Prawdopodobnie wyborców innych partii, szczególnie PiS, Platforma i tak by nie przekonała, więc wprowadziła zmiany, nie zajmując się nawet pozorami.
Jeszcze do niedawna w polityce mieliśmy przynajmniej pozory. Dzisiaj nie ma już nawet tego.
Kiedy upada bank, ludzie oczekują interwencji państwa. A kiedy szwankuje państwowa instytucja, mówią: "Kraj nie działa, to skandal"
@RY1@i02/2014/021/i02.2014.021.00000020a.101.jpg@RY2@
M. Lasyk/Reporter
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu