Liche uniwersytety nie mają poweru
Ważnym aspektem uniwersyteckiego wykształcenia powinno być liźnięcie nieco wiedzy dla samej wiedzy. (...) dzięki poznaniu bezinteresownemu, dążeniu do prawdy bez żadnych celów praktycznych, nauce dla samej radości nauki - uniwersytet pozostaje sobą, czyli świątynią nauki - pisze w środowej "Gazecie Wyborczej" prof. Stanisław Krajewski. Jestem wielkim admiratorem (ktoś mógłby powiedzieć, że fanem) tak zdefiniowanego (znowu ktoś, na przykład przeciętny student polskiej szkoły wyższej, mógłby powiedzieć sformatowanego) uniwersytetu. Lubię też szkoły wyższe zawodowe, w których cel jest jasny, o żadnym uniwersytecie nie ma mowy, lecz tylko o nauczeniu borowania, hotelarstwa albo pisania podań do Unii Europejskiej. Powszechność szkół, które udają uniwersytet, a są kiepską szkołą średnią dla dorosłych, doprowadza mnie do szewskiej pasji (student powiedziałby, że mam ciśnienie). Pytanie jednak - do p. profesora i wszystkich entuzjastów uczenia dla radości poznawania - ilu wykładowcom w Polsce możemy i chcemy zafundować wspaniałe, wartościowe i niepoddające się wymiernym rozliczeniom finansowym życie zawodowe? Tysiącowi? Dwóm? Dwudziestu tysiącom?
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.