Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Neoliberał to jednak liberał

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Już po raz kolejny dostaje mi się za to, że w swoich tekstach krytykujących sposób funkcjonowania naszej gospodarki i życia społecznego nie czynię rozróżnienia między "liberalizmem" a "neoliberalizmem". Tydzień temu na łamach DGP przyłożył mi za to prof. ekonomii Marian Guzek. Wcześniej w podobnym tonie Jarosław Kuisz z "Kultury Liberalnej" czy Robert Gwiazdowski z Centrum im. A. Smitha. Niestety nie mogę im przyznać racji.

A to dlatego, że jestem po lekturze pracy angielskiego historyka Daniela Stedmana Jonesa "Masters of the Universe" ("Władcy wszechświata"). opatrzonej wiele mówiącym tytułem "Hayek, Friedman i narodziny polityki neoliberalnej". Ta książka to chyba pierwsza próba spojrzenia na fenomen neoliberalizmu chłodnym okiem badacza. O takie spojrzenia trudno. Bo do niedawna o neoliberalizmie pisano niewiele. Dlaczego? Bo pisano neoliberalizmem. Raporty MFW czy Banku Światowego piętnowały rządy za brak "koniecznych reform". Albo liczono, że już wkrótce "usunięte zostaną kolejne bariery dla rozwoju gospodarki". Brzmi znajomo? To najlepszy dowód, że (neo)liberalny sposób przez lata królował (a wręcz nadal króluje) w języku używanym do mówienia o gospodarce. Owszem pojawiały się teksty krytyczne. Ale ich autorzy (powiedzmy taka Naomi Klein) chcieli wykrzyczeć wszystko za jednym razem. Więc w oczach stroniącej od skrajności opinii publicznej taka krytyka od razu szufladkowana była pod hasłem: "Uwaga, oszołomstwo". A potem nadszedł kryzys. I do krytyków z lewej flanki dołączyły ich lustrzane odbicia. I zaczęły walić w neoliberalizm za zdradę ideałów... prawdziwego liberalizmu. I tu mieści się krytyka prof. Guzka, Gwiazdowskiego czy Kuisza. Ale ja mam z nią kłopot. Bo przypomina mi to próbę wskazania kozła ofiarnego. Na którego sprytnym ruchem przerzucić można "błędy i wypaczenia" współczesnego kapitalizmu. Stwierdzając, że prawdziwy liberalizm nie ma z nimi nic wspólnego.

Oczywiście, że miał. Widać to choćby w książce Stedmana-Jonesa. Klasyczny liberalizm wywodzący się od wielkiego Adama Smitha jest tu pniem, od którego wszystko się zaczyna. A neoliberalizm (kojarzony z takimi nazwiskami jak Hayek i Friedman) jest tego potężnego drzewa jedną z najgrubszych gałęzi. Ale wcale nie pasożytem, który się do tego pięknego drzewa przyssał. Ta gałąź rozchodzi się jeszcze na kilka mniejszych gałązek. Jest więc i Reaganomika (odpowiedź na wyzwania trapiące USA w latach 70., czyli stagflację, spadek konkurencyjności i załamanie wielu państwowych strategii walki z biedą), jest tzw. trzecia droga Clintona, Blaira czy Schroedera (czyli pochwała globalizacji i wiara w nieomylność rynków). Choć Stedman-Jones tego nie robi, to i tak jakąś gałązkę na tym liberalnym drzewie powinna mieć też Polska, tak bardzo od połowy lat 80. (a może i wcześniej) zafascynowana wolnym rynkiem. I tu mieszały się rozmaite motywacje: bankructwo ekonomiczne PRL w epoce Jaruzelskiego, wiara w modernizację metodą naśladowania bogatszych, presja instytucji takich jak MFW czy UE albo wolnorynkowe uzasadnienie przez zwycięzców transformacji dla uwłaszczenia PRL-owskiej nomenklatury czy powstania nowych różnic społecznych.

Ale drzewo pozostaje drzewem. I dlatego dzielenie na "dobrych" liberałów i "złych" neoliberałów jest pozbawione sensu. Warto raczej wskazywać na te elementy ideologii wolnorynkowej, które nie pozwalają naszej gospodarce i społeczeństwu rozwijać się dziś tak dobrze, jakby mogła.

@RY1@i02/2014/011/i02.2014.011.000000200.802.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.