Nie chcę państwa w państwie
Przyjęło się w demokracji, że jak ktoś ma władzę, to powinien też mieć nad sobą kontrolę społeczną. Dopiero pozyskane - pośrednio lub bezpośrednio - zaufanie ludzi uzasadnia korzystanie przez rządzących z pieniędzy podatników. I utrata tego zaufania, co do zasady, prędzej lub później powinna odcinać od budżetowego źródełka. Tak to działa w samorządach, tak działa we władzy ustawodawczej i wykonawczej, a także - zaryzykuję - w czwartej władzy, jak nazywa się prasę. Gdy czytelnicy przestają ufać - przestają też płacić, proste. Jest jednak wyjątek - władza sądownicza. I choćby potencjalne powiązanie jej z mechanizmami demokracji budzi zawsze największy opór.
Dla sędziów nie ma nic ważniejszego niż niezawisłość. A o jakiej niezawisłości mówić, kiedy budżety dla sądów projektuje władza wykonawcza? Ma rację rzecznik praw obywatelskich, że coś tu zgrzyta. Ale trudno o proste rozwiązanie: dopóki w funkcjonowaniu trzeciej władzy nie odgrywa roli choćby okruch "rządów ludu", dopóty władza ta nie powinna mieć wolnej ręki w wydawaniu pieniędzy temu ludowi zabranych. Jeżeli sądy mają autonomicznie decydować o swoim budżecie, to powinny też mieć - przynajmniej częściowo - legitymację demokratyczną (choćby członkowie Krajowej Rady Sądownictwa). W przeciwnym razie powstanie państwo w państwie: sami się wybieramy, sami decydujemy o swoich budżetach, ale konsekwencje tych decyzji ponoszą wszyscy.
@RY1@i02/2015/150/i02.2015.150.000000200.802.jpg@RY2@
Barbara Kasprzycka
zastępca szefa Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu