Bój o neutralność internetu
Bez internetu żyć się nie da. To wiemy już (prawie) wszyscy. Nie uświadamiamy sobie jednak zazwyczaj, że za fasadą niezwykle użytecznego medium rozgrywa się bezwzględna walka - o olbrzymie pieniądze, o szeroko rozumiane bezpieczeństwo, o przestrzeganie zasad etycznych, o prawa własności intelektualnej do zamieszczanych w sieci treści. Hasła próbujące w skrócie oddawać sedno sporów to dzisiaj neutralność sieci, walka z praktykami monopolistycznymi, ochrona wrażliwych danych czy cenzurowanie internetowych stron.
Może najbardziej gwałtowne spory mają dzisiaj miejsce w tej pierwszej sprawie. Problematyka neutralności internetu powróciła z impetem na łamy mediów po niedawnym wystąpieniu prezydenta USA Baracka Obamy, który w niespotykanie ostrych słowach potępił zamiary wprowadzenia przez operatorów internetowych preferencji w szybkości dostępu do pewnych serwisów sieciowych (typu YouTube czy Netflix), oczywiście za odpowiednią opłatą. Obama po raz pierwszy bardzo wyraźnie zarekomendował kluczowej w tym zakresie w USA Federalnej Komisji Telekomunikacyjnej utrzymanie równych praw dla całego ruchu internetowego. Powodem zapewne było parę milionów interwencji zbulwersowanych zagrożeniem aktywnych użytkowników sieci oraz wielu przedstawicieli firm, dla których sieć jest podstawą prowadzonego biznesu (jak Google czy Facebook).
To oczywiście nie oznacza, że stanowisko zajęte przez prezydenta Obamę nie ma potężnych przeciwników. Operatorzy sieci, silnie wspierani przez republikanów w Kongresie, są wręcz oburzeni. Sugestię prezydenta uznają oni za de facto przeklasyfikowanie działalności operatorskiej ze zwykłego przedsięwzięcia biznesowego na usługę publiczną, do czego według nich prezydent nie miał prawa.
Niewiele pomaga zdecydowane odcinanie się prezydenta Obamy od chęci administracyjnego regulowania wysokości opłat za równoprawny dostęp do usług internetowych, co mogłoby być konsekwencją owej zmiany. Ze strony zwolenników szybszej transmisji za opłatą i tak padają ciężkie argumenty. Przekonują oni na przykład, że zapewnianie sprawnego przesyłu treści cyfrowych firmom generującym olbrzymi ruch sieciowy (np. serwisom dostarczającym filmy) staje się dzisiaj niemożliwe bez umożliwienia im zakupu "szybkiej ścieżki".
Przytacza się także np. porównania sytuacji w internecie do opłat na autostradach czy cen biletów samolotowych w klasie biznes - lepsza usługa, wyższa cena, więc dlaczego inaczej miałoby być w sieci? Zdominowany przez republikanów Kongres zapowiedział już wielką debatę na ten temat, gwałtownie pogorszyły się giełdowe notowania akcji amerykańskich operatorów sieci kablowych (największego z nich, Comcastu, o 5 proc. bezpośrednio po wypowiedzi Obamy), inny potentat na rynku AT&T wstrzymał inwestycje w rozwój szerokopasmowego internetu, zaś stowarzyszenie reprezentujące wszystkie amerykańskie telekomy wyraziło w mocnych słowach zdumienie wypowiedzią prezydenta.
Można założyć, że wobec takich oporów i przewidywanych trudności formalnych sprawa rozstrzygnie się dopiero po odejściu Baracka Obamy ze stanowiska. I nie sposób przewidzieć, jak wtedy potoczą się jej losy.
Co z tego wyniknie dla nas, jest osobną kwestią. Zapewne i nas w Europie czekają podobne problemy, a we wszystkie decyzje ingerować będzie z pewnością problem globalnego zarządzania internetem, czyli kolejny gorący temat społeczeństwa sieci. Przed nami ciekawe czasy. Warto się na nie przygotowywać i zbierać argumenty - mogą się okazać potrzebne już niebawem.
@RY1@i02/2015/012/i02.2015.012.000000600.802.jpg@RY2@
Michał Kleiber prezes PAN
Michał Kleiber
prezes PAN
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu