Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Jak lekarz leczy, to mniej zarabia

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Wsystem publicznej ochrony zdrowia od piętnastu lat wpisany jest konflikt między lekarzami a pacjentami. Ten konflikt w tym roku staje się jeszcze ostrzejszy niż w latach ubiegłych. Idzie oczywiście o pieniądze.

Przychodnie POZ (podstawowej opieki zdrowotnej), czyli lekarze pierwszego kontaktu, żyją z listy pacjentów, którzy się do nich zapisali. Za każdego zapisanego pacjenta przychodnia przez ostatnich osiem lat dostawała około 8 zł miesięcznie, od stycznia ta suma rośnie do prawie 12 zł. Jeśli więc lista pacjentów wynosiła 1,5 tys., to miesięcznie placówka dostawała za nich 12 tys. zł, a teraz dostanie 18 tys. Bez względu na to, czy zapisane osoby kiedykolwiek się u swojego lekarza pojawiły.

To pewne uproszczenie, w praktyce ten rachunek wyglądał nieco inaczej. Za pacjentów chorych na cukrzycę lub choroby układu krążenia lekarz otrzymywał stawkę trzykrotną, teraz dostanie tylko podstawową, czyli mniej. Za dzieci do lat 7 stawka pozostaje wyższa, mnoży się przez 1,2, a w przypadku osób starszych - przez 2. Dla ogromnej większości przychodni kontrakt z NFZ stanowi nie tylko najważniejsze, ale w zasadzie jedyne źródło przychodu. A więc suma przychodów jest mniej więcej stała, ale koszty mogą być diametralnie różne.

W tak pomyślanym systemie tkwi zasadniczy błąd, który powoduje, że lekarz zarabia najlepiej wtedy, kiedy nie leczy. Kiedy ma zapisanych do siebie pacjentów zdrowych, młodych i bogatych. Młodzi i zdrowi do niego nie przychodzą, więc nie zabierają mu czasu i pieniędzy, bogaci leczą się prywatnie. Ma z nich tylko przychód. Chorzy natomiast generują koszty. Bo jeśli choremu trzeba zrobić badania, na które może go skierować jego lekarz pierwszego kontaktu, to zapłacić za nie musi medyk. Właściciele przychodni, którymi często są także lekarze, muszą się więc bardzo pilnować, by za często swych pacjentów na badania nie kierować. To przecież dla przychodni dodatkowe koszty. Lepiej więc żyją ci, którzy leczą gorzej, nie próbują dokładnie zdiagnozować choroby.

Do 2015 r. lekarze pierwszego kontaktu narzekali, że badań, które mogą ordynować, jest za mało. Narzekali, ale tak naprawdę służyło to ich finansom. W wielu przypadkach rola lekarza rodzinnego ograniczała się do wypisania pacjentowi skierowania do specjalisty. To dopiero on mógł skierować go na badania, które pomogą postawić diagnozę. Kolejki do specjalistów wydłużały się coraz bardziej, choć z wieloma chorobami pacjentów odsyłanych do kolegi lekarze rodzinni śmiało byliby w stanie się uporać. Ten stan trzeba zmienić - postanowiło Ministerstwo Zdrowia. Należy zwiększyć rolę lekarzy rodzinnych, zachęcić ich do wykorzystania dla dobra pacjentów posiadanych kompetencji.

Cel słuszny, ale rozwiązanie wymyślono marne. Po prostu znacznie poszerzono wachlarz badań, na które mogą chorych kierować lekarze POZ. To dlatego tak bardzo wzrosła stawka za jednego zapisanego pacjenta (stawka kapitacyjna). I wtedy się zaczęło. Jest to bowiem rozwiązanie fatalne, które istniejący konflikt finansowy między pacjentami a lekarzami jeszcze bardziej zaostrza. Wbrew pozorom nowy system nie zachęca do kierowania chorych na badania, choć daje lekarzom taką możliwość. Przecież medyk za każde badania musi zapłacić z własnej kasy. Cóż z tego, że ta kasa jest sporo większa, kiedy koszty tych badań - na razie - niepoliczalne. Lekarze boją się, że mogą się okazać dużo wyższe niż pieniądze, jakie dodatkowo dostaną. W życie wszedł przecież pakiet onkologiczny, można przypuszczać, że lawinowo wzrośnie liczba pacjentów żądających od lekarza zielonej karty uprawniającej do diagnozowania bez kolejki.

Ten błąd ministerstwa spowodował, że negocjacje ministra z lekarzami stały się tak żenujące. Dla niezorientowanych wręcz zdumiewające. Bo lekarze najbardziej bili się o to, żeby nadal dostawać z NFZ pieniądze za pacjentów nieistniejących, którzy składek nie płacą, bo - najczęściej - przed laty wyemigrowali. I teraz w systemie eWUŚ wyświetlają się na czerwono. Walka dlatego jest zażarta, że to dla przychodni strata około 7 proc. przychodów. Wygrali.

Bili się także o to, żeby wachlarz badań, które mogą ordynować, znacznie zmniejszyć. Skutecznie - tutaj też minister ustąpił. Niebezpieczeństwo niekontrolowanego wzrostu kosztów przychodni znacznie zmalało, ale - tym samym - kolejki do specjalistów się nie skrócą. Rozwiązanie jest lepsze dla właścicieli przychodni, gorzej brzmi dla ich pacjentów. Pacjentka, u której lekarz pierwszego kontaktu wyczuje guza piersi, nie może liczyć, że skieruje on ją szybko na ultrasonografię, której wynik, potwierdzający podejrzenie nowotworu, upoważniłby go do wręczenia jej zielonej karty. Nie skieruje, bo taką możliwość w trakcie negocjacji na żądanie lekarzy zlikwidowano. Bez USG zaś wręczenia jej zielonej karty nie zaryzykuje. Zostanie skierowana do specjalisty.

Trudno się dziwić lekarzom, że boją się gwałtownego pogorszenia sytuacji finansowej własnych przychodni i bronią się przed tym z wielką determinacją. Nie w tym rzecz, żeby ich opór pokonywać siłą. Trzeba opracować system, w którym interes lekarzy i pacjentów będzie taki sam, czyli - obu stronom zależeć będzie na odzyskaniu zdrowia. W przeciwnym razie wkrótce usłyszymy o kolejnych protestach.

@RY1@i02/2015/007/i02.2015.007.000001200.802.jpg@RY2@

Joanna Solska publicystka tygodnika "Polityka"

Joanna Solska

publicystka tygodnika "Polityka"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.