Urbanistyczne róbta, co chceta
W ostatnich 25 latach skutecznie zdemontowano w Polsce system planowania przestrzennego. Uznano najwyraźniej, że chaotyczna gospodarka przestrzenią jest na tym etapie przemian skuteczniejsza niż planowy rozwój, akurat w tej dziedzinie niepotrzebnie kojarzony z wadami epoki socjalizmu.
U podłoża upadku urbanistyki po 1989 r . legły więc niechęć do rzekomej socjalistycznej spuścizny oraz naiwna wiara w niewidzialną rękę rynku. Ta wiara ma swoje dwa źródła. Pierwsze z nich to przekonanie ekonomistów, że wolny rynek wyreguluje wszystko. Drugie bierze się z przyzwolenia na pozostawienie planowania w rękach spekulacyjnej gospodarki nieruchomościami. Tak nakreślony plan działania zrealizowano za pomocą:
● wygaszenia dotychczasowych planów zagospodarowania przestrzennego, w tym planów ogólnych,
● wprowadzenia do obrotu prawnego narzędzia w postaci decyzji o warunkach zabudowy,
● zlikwidowania zawodu urbanisty.
Demontaż wypracowanego po II wojnie światowej systemu planowania zatrzymał rozwój powojennych osiągnięć polskiej szkoły urbanistyki. Takie realizacje jak: m.in. Sady Żoliborskie (H. Skibniewska), Nowe Tychy (K. Wejchert, H. Adamczewska-Wejchert), Ursynów (W. Cęckiewicz, S. Putowski, L. Borawski, M. Budzyński, J. Szczepanik-Dzikowski, A. Fabierkiewicz) nie znalazły kontynuacji po 198 9 r . Niezależnie od indywidualnych ocen estetycznych są to przykłady rozwiązań wielopłaszczyznowych, odnoszących się do aspektów społecznych, funkcjonalnych, komunikacyjnych i oczywiście przestrzennych.
Standard urbanistyczny, wyznaczany na podstawie normatywu, którego podstawą była jednostka szkolna, pozwalał projektować osiedla funkcjonalnie samowystarczalne, z odpowiednią liczbą usług podstawowych oraz z zagwarantowaną ilością terenów wypoczynku i rekreacji, w tym także zieleni urządzonej. Wadą tego systemu była niska jakość wykonawstwa budowlanego oraz monotonia i typowość przyjmowanych rozwiązań architektonicznych. Obecnie jednak te - nie tak dawno pogardzane za socjalistyczny rodowód - osiedla, pomimo oczywistych niedostatków technicznych, przeżywają renesans zainteresowania i popularności właśnie z powodu swojej funkcjonalności i humanistycznej przestrzeni osiedlowej.
Likwidacja po 198 9 r . normy urbanistycznej poddała tereny miejskie presji inwestycyjnej, głównie związanej z monofunkcyjnym, wielorodzinnym budownictwem mieszkaniowym. Powszechne są osiedla pozbawione szkół, budynków publicznych i zieleni. Siła pieniądza inwestycyjnego była tak duża, że potrafiła likwidować wszystkie linie merytorycznego oporu. Należały do nich przede wszystkim szeregi wykwalifikowanych urbanistów, których uprawnienia i wiedzę publicznie zakwestionowano, oraz istniejące ówcześnie plany zagospodarowania, w tym plany ogólne, które wygaszono. Stworzenie nowych okazało się zbyt skomplikowane (i kosztowne), dlatego tylko nieliczne gminy stać było na zaopatrzenie większości swoich obszarów w nowe regulacje przestrzenne. W miejsca bez planu wprowadzono narzędzie planistyczne w postaci decyzji o warunkach zabudowy pozwalające - opierając się na wątpliwych merytorycznie i prawnie interpretacjach - budować obiekt o dowolnej funkcji w dowolnym miejscu.
Rozwiązania takie z pewnością ułatwiały inwestowanie, jednak ich koszt społeczny i przestrzenny był wysoki. Powszechne odczucie zdewastowanej przestrzeni, chaosu urbanistycznego z nakładającym się na niego chaosem informacji wizualnej, uczyniły z naszego otoczenia śmietnik trudny do akceptowania. Miejmy nadzieję, że rosnąca społeczna świadomość roli przestrzeni publicznej (popularność tego określenia to jeden z nielicznych pozytywnych przykładów na rozwój kultury urbanistycznej w ostatnich latach) będzie sygnałem dla polityków, że czas niewidzialnej ręki rynku już się powinien zakończyć, jak każda choroba wieku dziecięcego.
Reguła "róbta, co chceta" czyni spustoszenia nie tylko w krajobrazie miejskim. To, co w miastach staje się odczuwalne dopiero po pewnym czasie, w otwartym krajobrazie - w tym także małomiasteczkowym i wiejskim - widoczne jest już na pierwszy rzut oka. Przemieszanie przeróżnych typów zabudowy, góralskie chaty nad morzem, chatki rybaków w górach, staropolskie dworki jako symbol statusu materialnego i wyraz estetycznego patriotyzmu, wszechobecne pomieszanie formy i funkcji, degradowanie naturalnego krajobrazu - to powszechne zjawiska. W końcu już nie wiadomo, czy ohydne, betonowo-blaszane ekrany akustyczne chronią mieszkańców przed hałasem dróg, czy też kierowców przed widokiem tego bałaganu.
W swoim programie reformy planowania znany polski architekt Czesław Bielecki ujął to w zwięzłej tezie: 2+2, wymieniając zapobieganie rozlewaniu się miast oraz ochronę otwartych krajobrazów jako dwa główne cele do osiągnięcia.
Wygłaszając stwierdzenia o politycznych podstawach demontażu systemu planowania, spotykam się często z reakcją samych polityków. Do łez ubawiła mnie wypowiedź jednego z nich podczas posiedzenia komisji sejmowej, kiedy to argumentował za likwidacją samorządu urbanistów. Otóż nabrał on osobistego przekonania o konieczności takiej decyzji, kiedy jako członek rządu był zmuszony gościć zagraniczną delegację wysokiego szczebla. Mając niewiele czasu, zdecydował się oprowadzić swoich gości po Warszawie... zabierając ich na najwyższe piętro Pałacu Kultury i Nauki, gdzie sam ostatnio był wiele lat temu. Otóż widok wszechobecnego bałaganu i chaosu tak miał zaskoczyć wspomnianego polityka, przyprawiając go przy okazji o poczucie wstydu przed zagranicznymi gośćmi, że do głowy przyszła mu wyłącznie teza o zbędności planowania i urbanistów, co zresztą stało się faktem na podstawie odpowiedniej ustawy. Jakoś nie pomyślał, że obserwuje rezultat swoich własnych politycznych decyzji i że stanowiąc złe prawo, otrzyma z pewnością złe rezultaty. Obwinianie za ten stan rzeczy urbanistów przypomina wypominanie pływakowi, któremu wcześniej związano nogi i ręce, że nie pobił rekordu świata!
Przełamując pesymistyczny wydźwięk tego krótkiego felietonu, w ramach zakończenia należałoby wskazać światełko w tunelu. Upatrywałbym go w rosnącej modzie na architekturę i popularności przestrzeni publicznej, o której znaczeniu wiedza jest coraz powszechniejsza. Z popularnością i modą politycy nie powinni polemizować. W końcu chadzają na ich smyczy... ©?
W końcu już nie wiadomo, czy ohydne, betonowo -blaszane ekrany akustyczne chronią mieszkańców przed hałasem dróg, czy też kierowców przed widokiem tego bałaganu
@RY1@i02/2016/083/i02.2016.083.18300160i.803.jpg@RY2@
Piotr Gadomski
architekt, wiceprezes Izby Architektów RP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu