Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Giełdowe gry wojenne

28 sierpnia 2017

Kilka tygodni temu gorące umysły rozjaśniła wizja odszkodowań, które Polska miała otrzymać w ramach reparacji wojennych po II wojnie światowej. Odbyło się jak zawsze: idea się pojawiła i zniknęła, nim została rozwinięta. A szkoda, bo ekonomia wojny, a właściwiej ekonomia na wojnie, jest pouczająca. I, aż boję się napisać, inspirująca.

Wojenne biznesy odbywają się w cieniu. Firmy produkujące uzbrojenie starają się omijać giełdę, bo raportować trudno. Jak już są notowane, to w ich raportach znajdujemy określenia takie jak "produkcja specjalna" czy "sprzęt specjalistyczny". Choć zdarzyło się, że w raporcie rocznym spółki Universal wśród sprzedawanych produktów znalazły się "rury gwintowane".

Niestety, z wyjątkiem grupy firm produkujących uzbrojenie i wyposażenie, notowania i działania wojenne nie chodzą w parze. Doświadczyć tego mogli akcjonariusze Agrotonu, którego akcje pojawiły się na warszawskiej giełdzie w 2010 r. Spółka zarejestrowana jest na Cyprze, ale ma biura w Ługańsku we wschodniej Ukrainie. Zajmuje się produkcją rolną, głównie pszenicy i słonecznika. Do tego dochodzi hodowla zwierząt i przetwórstwo spożywcze.

Ługańsk - nazwę znamy głównie z wiadomości - jest od trzech lat stolicą Ługańskiej Republiki Ludowej. Uznawanej przez Rosję, przez Ukrainę nie. W połowie 2014 r. zamiast raportu rocznego spółka opublikowała komunikat, z którego wynikało, że drogi, mosty i połączenia kolejowe zostały zniszczone przez artylerię, a spółka nie ma dostępu do części swojej ziemi z uwagi na obecność "zbrojnych grup separatystycznych". Prowadzenie pojazdów jest "trudne, niebezpieczne i czasami zabronione". Siedziba firmy zostaje tymczasowo zamknięta, a personel pracuje zdalnie.

Agroton zadebiutował na giełdzie w maju 2010 r. po cenie 30 zł za akcję, notowania poparte dobrymi wynikami zaczęły rosnąć. W styczniu 2011 r. kurs doszedł do 43 zł. Pierwsza silna przecena spowodowana była bardzo słabym raportem za 2011 r. - przychody wzrosły o 25 proc., ale zyski wyparowały. Cena akcji spadła do 8 zł, z tym że przecena zaczęła się na trzy tygodnie przed publikacją raportu. Rok później sytuacja się powtórzyła. Na dwa dni przed publikacją raportu notowania spadły z 10 zł do 3 zł. Ciekawe, co na to CySEC (Cypryjska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd). Polska z pewnością przygląda się sprawie.

Kiedy rok później rozpoczęła się wojna na Ukrainie, akcje spadały z 3 zł do 1,2 zł. Teraz ich notowania rosną i w ciągu ostatniego roku ich cena osiągnęła poziom 6 zł. Powód? Zarząd informuje o nabywaniu znacznych pakietów akcji. Ponadto spółka opublikowała sprawozdanie finansowe, z którego wynika, że prowadzi działalność operacyjną i przynosi zyski. Przychody stanowią połowę tego, co przed wojną. Ale są.

Gdy akcje Agrotonu pojawiły się na giełdzie, akcjonariuszami były polskie fundusze emerytalne i inwestycyjne, a także zagraniczne fundusze zarządzane przez Templeton Asset Management. Spółka miała nawet rating B- ze stabilną perspektywą wydany przez agencję Fitch. Gdy zaczęła się wojna, z oczywistych powodów inwestorzy finansowi sprzedali akcje, a prezes je skupował. Sądzę, że zrobił to za pieniądze samych funduszy. Teraz ma blisko 70 proc. udziałów i układa biznes na nowo. Dla akcjonariuszy nie ma znaczenia, czy produkty spółki kupuje Ukraina, czy Rosja. Bo jeżeli pod elewatory przyjedzie ciężarówka z flagami Federacyjnej Republiki Noworosji, a jej kierowca przywiezie reklamówkę z dolarami, to czy biuro handlowe odmówi sprzedaży? Zwłaszcza gdy w drugiej reklamówce będzie pomagająca w negocjacjach produkcja specjalna.

Zjawisko manipulowania papierami wartościowymi w czasie wojny nie jest nowe. W czasie wspomnianej na wstępie II wojny światowej brytyjski rząd przeprowadził mało znaną operację Graffham. Była ona częścią zakrojonej na szeroką skalę akcji dezinformacyjnych Fortitude North i South. Ich celem było przekonanie niemieckiej armii, że alianci nie wylądują w Normandii. Na północy starano się wywołać wrażenie, że desant odbędzie się w Norwegii, bo dzięki temu państwa osi zostaną odcięte od dostaw szwedzkiej rudy żelaza. W Szkocji powstała fałszywa armia, miejscowe gazety opisywały bójki amerykańskich żołnierzy z miejscową ludnością, zbudowano samoloty z dykty i nadmuchano gumowe czołgi.

Pośrednim celem tych działań była Szwecja, a dokładniej... rynek papierów wartościowych. Na giełdzie w Sztokholmie notowane były papiery rządowe państw znajdujących się pod niemiecką okupacją: Belgii, Danii i Norwegii. Brytyjski parlament podjął odpowiednią uchwałę i przeznaczono znaczne środki na zakup norweskich obligacji. Skupowano je przez podstawione, ale łatwe do zidentyfikowania i powiązania z angielskimi firmami podmioty.

Kilkanaście lat temu ekonomiści badali wpływ poszczególnych wojennych wydarzeń na notowania obligacji (akcjami z powodu zbyt dużego ryzyka praktycznie nie handlowano). Aby móc porównywać dane dla poszczególnych krajów, zbudowano specjalne indeksy. We wrześniu 1939 r. handel na giełdzie w Sztokholmie zawieszono, po przywróceniu notowań indeks stracił 20 proc. W kwietniu 1940 r. po niemieckiej inwazji na neutralną Norwegię indeks spadł do 40 proc. początkowej wartości. Notowania znacząco, bo o blisko 20 proc., wzrosły w marcu 1943 r., po klęsce pod Stalingradem. A później cenami zaczęli manipulować brytyjscy agenci, co miało zainteresować i zainteresowało niemiecki wywiad. Kiedy wojna się zakończyła, indeks obligacji wrócił do początkowych wartości, co oznacza, że podstawieni inwestorzy bardzo dużo zarobili. Ciekawe, czy podzielili się zyskami z królową?

Zamiast podsumowania refleksja. Niech sobie państwo wyobrażą, że w opisanych sytuacjach braliby udział menedżerowie ze spółki Autosan, od roku należącej do Polskiej Grupy Zbrojeniowej.

@RY1@i02/2017/165/i02.2017.165.000001200.801.jpg@RY2@

Artur Sierant

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.