Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Demokracja terapeutyczna

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 36 minut

Jakkolwiek byśmy na nią sarkali, szukali w niej błędów i wypaczeń i obrzucali błotem, wciąż jest najlepszym systemem organizującym życie na naszym kontynencie. Liberalna demokracja po raz kolejny się obroniła, tym razem w Holandii. Wbrew pozorom to nie ostatnie takie zwycięstwo

Czy populista Geert Wilders, który kilka dni temu tuż przed przegranymi wyborami w Holandii w debacie telewizyjnej grzmiał, że jego kraj nie jest dla każdego, ale tylko dla Holendrów, w następnym kroku stwierdzi, że nie jest również dla wysokich albo niskich brunetów? A może nie jest dla kobiet w ciąży albo motocyklistów, ale tylko tych, którzy mają długie włosy i skórzane spodnie? A może okaże się nagle, że nie jest również dla muzyków jazzowych? Dlaczego? A dlaczego nie? Skoro w chorym umyśle tego podburzacza tłumów i wodzireja rasowej nienawiści Holandia nie jest dla nie-Holendrów, może również nie być dla nikogo.

Nie czas na lawinę

Jeszcze kilkanaście tygodni temu wydawało się, że na fali brexitu separatyzmy narodowe krajów takich, jak Holandia, Francja, Włochy czy Niemcy trzymane pod kontrolą przez rządzących tam (jeszcze?) polityków proeuropejskich mogą zacząć przeradzać się z poziomu idei na poziom czynu. Do uwolnienia upiorów, podobnie jak w Europie lat 30. ub. wieku, wcale bowiem nie trzeba dużo. Wystarczy kilku psychopatów w dobrze skrojonych garniturach lub garsonkach, mówiących części społeczeństwa - nie ma co ukrywać, że tej bardziej podatnej na demagogiczne hasła bez pokrycia w rzeczywistości - to, co ta część (zwykle stanowiąca większość w każdym kraju) chce usłyszeć. Że imigranci to zło, że kobiety są głupie i nadają się do kuchni lub ewentualnie do łóżka, że geje roznoszą choroby jak komary malarię, że można zarabiać dużo, pracując mało, że edukacja wcale nie jest ważna i że już z samego faktu tego, że się istnieje, wynika wiele przywilejów, jeśli oczywiście należy się do danego narodu. Wszystkie popularne bzdury współczesnego świata.

Ryzyko, że te dyrdymały zostaną nagrodzone awansem wyborczym tak dużym jak nigdy dotąd, było chyba najgroźniejsze właśnie w Holandii. Z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że były to pierwsze wybory w Europie, w których ciasny umysłowo, demagogiczny populizm miał szansę podnieść łeb za wysoko, wyrządzać całej cywilizowanej Europie wielką krzywdę. Gdyby Wilders dostał szansę stworzenia gabinetu, zostałaby uruchomiona niebezpieczna lawina. Jego zwycięstwo byłoby kamykiem zwalniającym spust i narażającym nas na falę gwałtów na demokracji w innych krajach. Fala silnej, zdesperowanej ksenofobii miałaby szansę rozlać się po Europie jak za czasów międzywojnia, doprowadzając w perspektywie - kto wie - być może do armagedonu podobnego do tego, który Adolf Hitler zafundował milionom ludzi raptem nieco ponad 70 lat temu. Tym razem celem numer jeden byliby na przykład muzułmanie, których obwiniono by o wszelkie zło w Europie, jak kiedyś obwiniano Żydów. Nawet gdyby - przynajmniej na początku - żaden aparat państwowy formalnie nie zdecydowałby się na prześladowania, to i tak mielibyśmy z nimi do czynienia, tylko w formie pełzającej. Ludzie z najniższych klas społecznych pofolgowaliby sobie, odreagowując własne życiowe niepowodzenia w prześladowaniu "obcych". Czyż w Europie początku lat 30., nim przemysł śmierci stał się oficjalną niemiecką doktryną polityczną, nie działo się inaczej? Czyż nie wybijano szyb w żydowskich sklepach, nie tworzono gett ławkowych, nie pluto publicznie na tych, którzy nie mogli już korzystać z pełni praw. Do tego, by umocniło się zło, wystarczy niewiele - czasem tylko tyle, by porządni ludzie wstrzymali się od działań.

Zwycięstwo liberalnej Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji w kraju tulipanów oddala nas od tej dramatycznej wizji, ale definitywnie jej nie wyklucza. Wilders wciąż jest silny i choć nie będzie miał realnego wpływu na decyzje podejmowane przez nowy holenderski rząd, wciąż bez wątpienia będzie sączył nacjonalistyczną nienawiść i powodował stan zapalny w Europie.

Po drugie, wygrana liberałów jest ważna w sensie symbolicznym. Holandia nie jest krajem o strategicznym znaczeniu gospodarczym czy militarnym w kontekście całej Europy, a tym bardziej świata, ale jest kluczowa w zakresie kryteriów ideowych, równie istotnych z punktu widzenia zjednoczonej Europy. To kraj wybitnie liberalny i demokratyczny, w którym i państwo jako struktura, i obywatele jako elementy składowe za jedną z fundamentalnych zasad przyjęli wolność jednostki i jej niezależność od sformalizowanych organizacji ucisku (w znaczeniu politologicznym). W Europie jest to model najlepszy, sprawdzony i pożądany. W praktyce oznacza to realizację zasady leseferyzmu, kluczowej w liberalizmie - w znaczeniu społecznym i ekonomicznym. Dla przypomnienia, chodzi w niej o sprowadzenie funkcji państwa do roli nocnego stróża, który miałby strzec fundamentalnych zasad wolności gospodarowania i prywatnej własności, a także pilnować, by ludzie mogli wyrażać swoje poglądy i żyć zgodnie z wyznawanymi przez siebie zasadami, o ile nie jest to w jawnym konflikcie z interesami wspólnoty, regulowanymi przepisami prawa.

Wilders proponował odejście od tej zasady na rzecz swego rodzaju selektywizmu, którego efektem byłoby bez wątpienia ograniczenie wolności obywatelskich. Państwo z nocnego stróża zmieniłoby się w solidnie uzbrojonego ochroniarza reprezentującego niejasne interesy, a do tego z odbezpieczoną bronią i nieprzewidywalnego. W takiej sytuacji na pewno wcześniej lub później doszłoby do strzelaniny i pojawiłyby się ofiary. Holendrzy, pokazując Wildersowi miejsce w szeregu, udowodnili jednak, że minimalne państwo, które jest dla nich modelem sprawdzonym od lat, należące do międzynarodowych układów i dotrzymujące raz danej obietnicy, a więc mądre i przewidywalne, będące odpowiedzialnym partnerem dla wszystkich to wartość, z której nie chcą rezygnować. Chciałoby się powiedzieć: dzisiaj wszyscy jesteśmy Holendrami.

Ciąg dalszy nastąpi

Czy jednak wkrótce powiemy również, że jesteśmy Francuzami albo Niemcami? Niebawem czekają nas kolejne testy na liberalną demokrację w innych państwach UE. Prezydenta wybierać będzie Francja, w której z różnym nasileniem, ale stopniowo od lat umacnia się nacjonalistyczno- ksenofobiczny Front Narodowy z Marine Le Pen na czele, nieprawdopodobnie szkodliwy z punktu widzenia całej Europy, bo nawołujący do demontażu wspólnotowych struktur. Le Pen podobnie jak kiedyś jej populistyczny ojciec nie ma i nigdy nie miała konstruktywnej oferty politycznej dla Francuzów, bazuje jedynie na zaściankowości i snach o dawnej potędze tej części społeczeństwa, która nie zadaje szczegółowych pytań, a za prawdy objawione przyjmuje slogany ludowych trybunów dających prostackie recepty na rozwiązywanie skomplikowanych problemów.

W zestawie argumentów FN mamy oczywiście w kontekście międzynarodowym jak zwykle wyprowadzenie Francji z Unii i przewrócenie jej postkolonialnej roli światowej potęgi, cokolwiek miałoby to oznaczać, a w praktyce wewnętrznej Francję dla... Francuzów. Tu też trudno przewidywać, jak miałoby to wyglądać, poza tym, że nie da się tego zrealizować. Bo czy dzieci obywateli z kolonii, które urodziły się we Francji, to Francuzi? Na to i inne podobnie absurdalne pytania będzie próbował zapewne odpowiedzieć Front Narodowy, o ile wybory prezydenckie wygra Le Pen. Na szczęście szansa na to jest niewielka, bo Francuzi, podobnie jak Holendrzy, w swej masie to jednak ludzie cywilizowani, a roszczeniowo nastawione przedmieścia same wyborów nie wygrają. W przypadku Paryża zatem, na razie przynajmniej, można być o liberalne standardy umiarkowanie spokojnym, co bardzo ważne, bo gdyby kraj w środku Europy opuścił UE, zaszkodziłby także Polsce.

Na deser oczywiście nasi zachodni sąsiedzi z ich Alternatywą dla Niemiec, partią, której działalność szczególnie w tym kraju powinna być co najmniej szczegółowo monitorowana, jeśli nie zabroniona. Zdaję sobie sprawę, że to dość radykalny, by nie powiedzieć absurdalny argument wyłączający z demokratycznego obiegu organizację, która przecież nie nawołuje jawnie do przemocy i nie zachęca do zabijania nie-Niemców. Wpisuje się ona jednak w bardzo groźne niemieckie szowinistyczne tradycje, które przyniosły Europie miliony śmiertelnych ofiar. Popierają ją ludzie pełni obaw i kompleksów, negatywnie wyalienowani i myślowo ograniczeni. Czyż nie tacy w pierwszym etapie torują drogę dyktatorom?

Odcięta głowa hydry

Liberalno-demokratyczny sukces Holandii pokazuje jednak, że populizmy w Europie, choć trzeba na nie patrzeć z uwagą i starać się jak najskuteczniej izolować, obecnie nie mają dominującej pozycji. To bardzo optymistyczne, ponieważ w chwili, gdy Brytyjczycy (a właściwie część z nich - znowu źle wykształceni i pełni kompleksów, podatni na nagłówki tabloidów i wierzący w zaklęcia, bo pozbawieni wiedzy) zdecydowali się na brexit, antyunijnej hydrze ksenofobicznej odrębności powoli zaczęły odrastać głowy. Holendrzy jedną z nich na razie utrącili, ale jeszcze jej nie odcięli. Nawet gdyby Wilders sromotnie przegrał, a to się nie wydarzyło, wciąż czujność liberalnego świata musiałaby być utrzymana, tymczasem jego PVV zdobyła 19 mandatów (na równi z dwoma innymi formacjami), a liberałowie premiera Marka Ruttego 31 (mniej niż w poprzednich wyborach).

Wydaje się, że demokracja z jej przywiązaniem do wolności, indywidualizmu i poszanowania praw mniejszości ma wciąż w Europie dobrą przyszłość. Na pewno co rusz grupy różnych interesów będą dokonywały prób atakowania jej zasad i podważania skuteczności. Będą argumentowały, że może sprawdzała się w przeszłości, która była mniej skomplikowana niż teraźniejszość. Że teraz potrzeba nowych rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa, że wskutek nowych (często wyimaginowanych) zagrożeń powinniśmy zrozumieć, że stare porządki muszą ustąpić miejsca nowym. I że nie ma już miejsca na jednostkowe interesy, ale na rządy twardych rąk.

Nic bardziej mylnego. Demokracja, trójpodział władzy, niezależne media i społeczeństwo obywatelskie, które się domaga, jeśli musi, ochrony swoich niezbywalnych praw, to wciąż wartości kluczowe dla Europejczyków - inne też znamy, szczególnie w Polsce, ale nie chcemy już o nich pamiętać. Przypomnijmy sobie o nich, kiedy ponownie jakiś szalony populista gdzieś w Europie będzie cofał nas mentalnie do lat kwitnącego faszyzmu.

@RY1@i02/2017/054/i02.2017.054.000000800.801.jpg@RY2@

fot. Patrick Post/AP/East News

Mark Rutte świętuje zwycięstwo Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji

@RY1@i02/2017/054/i02.2017.054.000000800.802.jpg@RY2@

Marcin Hadaj

szef działu ekonomia i społeczeństwo

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.