Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Prawda i cepy ideologii

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 48 minut

O wybitnym polskim socjaliście, Ignacym Daszyńskim, mawiało się ongiś, że doskonale zna Marksa - ze swoich własnych przemówień. Tak i z tekstem pana doktora Piotra Kendziorka, który - ogniście ze mną polemizując (DGP, nr 29) - zna mój wywiad, przeprowadzony przez panią redaktor Magdalenę Rigamonti (DGP, 20 stycznia br.), najwyraźniej ze swoich o nim wyobrażeń.

I gorzej jeszcze: ze swoich na jego temat uczuciowych uniesień.

Czytamy tam zatem m.in., że ów nieszczęsny wywiad "zawiera tyleż błędne tezy ogólne, ile całą serię nieprawdziwych stwierdzeń przedstawianych przez Mikołejkę jako fakty i niekontestowanych przez rozmawiającą z nim dziennikarkę". Że tenże Mikołejko "powtarza i uwiarygodnia swoim autorytetem intelektualnym twierdzenia, które są kompletnie niewiarygodne i których wydźwięk jest jednoznacznie antysemicki". Że ówże M., idąc "w ślady" intelektualistów prawicy, "kolportuje" - jak byle goniec - "różne teorie spiskowe". Że w rozmaitych sprawach M. ma "przekonania błędne", zaś "gest demonstracyjnego odrzucenia" przez niego tzw. politycznej poprawności "jest równoznaczny z rezygnacją z elementarnych standardów intelektualnej rzetelności".

Oj, straszny ten Mikołejko, niewiarygodnie straszny! Nie dość, że idzie antysemicką ścieżką, to jeszcze tak się intelektualnie zaniedbał!

Zostawmy jednak uczucia pana "doktora nauk humanistycznych, historyka idei i filozofa". Ba, zostawmy nawet i jego wyszukany kunszt gramatyczny. I zapytajmy o argumenty, o fakty. A także o to, co doktor naprawdę przeczytał, bo odnoszę wrażenie, że nie mój wywiad. [...]

Pisze zatem uczony doktor: "Postawa antypolska została także przypisana przez Mikołejkę Simone de Beauvoir na podstawie anegdoty, wedle której miała się ona sprzeciwić budowie w Polsce »pomnika ofiar antysemityzmu« na forum jakiejś międzynarodowej organizacji żydowskiej, gdyż Polska była dla niej »krajem antysemickim«. Brak tu elementarnej logiki: skoro de Beauvoir postrzegała Polskę w ten sposób, to przecież wynikałoby stąd poparcie dla budowy takiego pomnika właśnie w Polsce. Skądinąd sama idea budowy w Polsce takiego właśnie »pomnika ofiar antysemityzmu« w okresie PRL brzmi surrealistycznie i powoduje, że cała ta opowieść - gdzieś przez Mikołejkę zasłyszana - jest niewiarygodna".

Tymczasem w moim wywiadzie czytamy: "Szymon Szurmiej był członkiem Prezydium Światowego Komitetu Kultury Żydowskiej, do którego należała też Simone de Beauvoir. I debatowano tam kiedyś, gdzie zbudować pomnik ofiar antysemityzmu. Ktoś zaproponował, że może w Polsce. I de Beauvoir się oburzyła: »Jak to w Polsce, w tym antysemickim kraju! « . Na co Szurmiej ze spokojem odpowiedział, że lepiej we Francji. I on wie nawet, gdzie należy taki pomnik postawić: w miasteczku Vichy. De Beauvoir wstała i wyszła, trzaskając drzwiami".

Pada zatem - po pierwsze - nazwa tej "jakiejś międzynarodowej organizacji żydowskiej". Po drugie, nie zastanawiam się nad logiką, którą mogła się kierować de Beauvoir (bo skąd, u licha, mógłbym to wiedzieć?). Po trzecie zaś, to nie władze PRL wpadły na taki "surrealistyczny" pomysł, tylko ktoś spoza Polski, któryś członek Komitetu, nieznający dobrze jej realiów (więc co ma piernik do wiatraka?).[...]

Wszystko to jednak mało poważne w zestawieniu z wywodem doktora Kendziorka, iż "niewiarygodne jest oskarżenie de Beauvoir, że w czasie wojny wraz z Sartre , em »toczyła wyrafinowane konwersacje z niemieckimi intelektualistami w mundurach«, podczas gdy »mogła uratować swoich żydowskich przyjaciół. I tego nie zrobiła«. Skąd Mikołejko zaczerpnął tego rodzaju rewelacje? Na jakiej podstawie rzuca oskarżenia, które brzmią nonsensownie dla każdego, kto ma jakiekolwiek pojęcie o życiu Sartrea i de Beauvoir oraz wojennych postawach antyfaszystowskich intelektualistów lewicowych we Francji".

Podziwiam patetyczną retorykę doktora, ale muszę mu odpowiedzieć brutalnie: z książek (są takie przedmioty!). Na przykład z prac Ingrid Galster, wybitnej znawczyni egzystencjalizmu [...]. Jest tam pełna i niezmiernie rzetelna dokumentacja tych nie w pełni jasnych i nie w pełni moralnych zachowań Sartrea oraz de Beuavoir, które Galster opisywała jako poruszanie się przez nich w mgławicowej przestrzeni między "obserwacją", ruchem oporu a kolaboracją. Ot, na okrasę parę takich szczegółów, jak objęcie przez Sartrea miejsca po żydowskim profesorze, jak współpraca de Beauvoir z Radio-Vichy (w połączeniu z wysiadywaniem w Café de Flore, jazdą na nartach w Morzine i zakrapianymi słynnymi fiestas z Leirisami czy Queneau to doprawdy godna "wojenna postawa antyfaszystowskich intelektualistów lewicowych we Francji"). [...]

Pisze też doktor Kendziorek: "Nonsensem jest także twierdzenie Mikołejki, że szef SS Heinrich Himmler »w swoim Instytucie Dziedzictwa zatrudniał, często na wysokich stanowiskach, Żydów«". I wyciąga z tego wniosek iście piorunujący (więc natychmiast powinienem rozsypać się w popiół): "Wychodzi na to, że w nazistowskim ośrodku badań niemieckiego dziedzictwa rasowego i kulturalnego »kwestią żydowską« mieli zajmować się sami Żydzi. Jedynym źródłem dla tego rodzaju »faktów« mogą być publikacje skrajnie prawicowych pseudobadaczy, którzy w swojej paranoi nierzadko twierdzą, że sami Żydzi współorganizowali Holokaust, a obecnie czerpią z niego korzyści materialne i polityczne".

Najwidoczniej uczony doktor nie jest na tyle uczony, aby słyszeć np. o kimś takim jak Otto Rahn, ezoteryk, badacz legendy o Świętym Graalu i znawca kataryzmu, gej i Żyd, który w 1936 r. wstąpił do SS, a następnie tak przypadł do gustu - ze względu na swe książki ("Krucjata przeciw Graalowi" oraz "Sąd Lucyfera") - Himmlerowi, iż ten awansował go do stopnia Obersturmführera (nadporucznika). [...]

Przykro mi zatem, że odwołuję się do faktów i nie mogę tym sposobem podzielić antysemickiej paranoi "skrajnie prawicowych pseudobadaczy". [...]

Doktor broni też Jana Tomasza Grossa, któremu ja przypisuję - i będę się przy tym upierał - pisanie "pod publiczkę Zachodu". I owszem, "Sąsiedzi" mną wstrząsnęli i ciągle nie mogę się uwolnić od obrazów opisanego tam potwornego karnawału śmierci, ufundowanego przez Polaków z Jedwabnego miejscowym Żydom. Ale przecież nie jest to do końca praca badawcza, tylko publicystyka, nie wolna bynajmniej od uproszczeń - choćby w sprawach katolicyzmu. Ale już "Złote żniwa" [...] cechuje skłonność do pochopnych generalizacji. A zupełnie już miarę przekroczył on wówczas, kiedy w wywiadzie dla "Die Welt" z 13 września 2015 r. oświadczył, że Polacy "w trakcie wojny zabili w gruncie rzeczy więcej Żydów niż Niemców".

W każdym razie ogólnych konstatacji Grossa - nawet jeśli bywają one zakorzenione w jakichś realnych faktach - nie mogę uznać ani za rzetelne, ani za godziwe. Co nie znaczy oczywiście, że podzielam nienawistną furię skrajnej prawicy polskiej kierowaną przeciwko niemu. [...] Dostrzegam jednak znamienną różnicę między tekstami Grossa a ustaleniami - doprawdy przerażającymi z racji swej rzeczowości - jakie w sprawach morderczego gromienia Żydów przez Polaków poczynili profesorowie Barbara Engelking-Boni [...] czy Jan Grabowski. [...]

Doktor Piotr Kendziorek wreszcie uznaje moje stwierdzenie "Przed wojną marsze radykalnych syjonistów w Polsce były ochraniane przez bojówki najbardziej skrajnych nacjonalistów polskich" za "kuriozalne", za "najprawdopodobniej pochodzące z jakichś antysyjonistycznych broszur, wydawanych po Marcu 1968 r. w celu przedstawienia syjonistów jako żydowskich faszystów".

Najwyraźniej zatem doktor, choć bardzo uczony, nie słyszał nic o tzw. rewizjonizmie syjonistycznym i jego współtwórcy, Zeewie Żabotyńskim, który w latach 20. XX wieku założył skrajnie prawicową partię - Sojusz Syjonistów-Rewizjonistów (Brit ha-Cijonim ha-Rewizionistim, w skrócie Brit ha-Cohar), jak też jej "młodzieżówkę" - Bejtar (skrót od Brit Josef Trumpeldor, Liga Josepha Trumpeldora, bojownika poległego w walkach z Arabami). [...]

W latach 30. największe poparcie Brit ha-Cohar zyskał właśnie w Polsce. I cieszył się poparciem nie tylko tych Żydów, zwłaszcza młodych, którzy mieli dosyć bierności i godzenia się z losem, ale również władz i najskrajniejszej, faszyzującej prawicy. W roku 1936 bowiem - wieszcząc zagładę Żydów przez hitlerowską Rzeszę - Żabotyński rzucił ideę ich ewakuacji do Palestyny, co spotkało się zarówno z aprobatą kół sanacyjnych, jak i owych nacjonalistów polskich. Członków Bejtaru systematycznie zatem szkolili oficerowie wojska [...], a sam przywódca spotykał się z wysokimi dygnitarzami II RP.

Ci z członków Bejtaru, którzy przeżyli Holokaust, niechętnie, o ile w ogóle - i trudno im się dziwić - mówili już po wojnie o zasadach i rozmaitych przejawach działalności owych oddziałów szturmowych. [...] Szturmowcy Bejtaru nosili piaskowe, a niekiedy brunatne koszule, czarne (czasem białe albo piaskowe) krawaty, guziki z menorą, pozdrawiali się uniesieniem w górę wyciągniętej przed siebie ręki, czyli tzw. salutem rzymskim, przejętym od włoskich faszystów. Z tymi ostatnimi łączyły ich zresztą długo, aż do chwili przyjęcia przez Włochy rasistowskich "ustaw norymberskich", doskonałe relacje. [...]

Co więcej, szturmowcy Bejtaru szkoleni byli również - o zgrozo! - w nazistowskich obozach treningowych, co można zobaczyć choćby na znanej fotografii z 1936 r., przedstawiającej młodych bojówkarzy w hitlerowskich mundurach, prężących się pod żydowskim sztandarem [...].

Z drugiej strony ruch Żabotyńskiego nawiązywał do polskiej tradycji walki i konspiracji, szczególnie zaś do Polskiej Organizacji Wojskowej oraz Legionów Piłsudskiego. W późnych latach 30. - taki był poniekąd "duch czasu" - bliżej mu jednak było do polskich organizacji narodowo-radykalnych niż do piłsudczyków. Bejtar zatem we współpracy z RNR Falanga rozbijał m.in. pochody socjalistycznego Bundu, lewicowa prasa żydowska nazywa zaś bejtarowców - niestroniących od rozmaitych aktów przemocy i terroru w Polsce i Palestynie - "żydowskimi Hitlerami", "faszystami", "nożownikami żydowskiego Hitlerka". Syjonistom rewizjonistom - co można zobaczyć także na fotografiach - zdarzało się nadto maszerować pod ochroną falangistowskich bojówkarzy. [...] W gąszczach tamtej dramatycznej historii nie było, nie mogło być, żadnych spraw jednoznacznych, żadnych jednoznacznych postaw.

Zresztą tak jest w całych ludzkości dziejach. Dobro i zło, prawda i fałsz - inaczej, niż chciałby doktor Kendziorek - nie znajdują się ani po lewej, ani po prawej stronie, nie zależą od żydowskości, polskości czy też niemieckości ich sprawców. I doprawdy nie jest ważne, w jaką flagę będzie owinięta ta pałka, która zmiażdży ci głowę - czarny czy czerwony, z białym orłem w koronie czy gwiazdą Dawida, ze swastyką, z tryzubem czy sierpem i młotem. Porządek moralny - i tu dochodzimy do sedna mojego sporu z doktorem (po to były te liczne szczegóły i siedzący w nich diabeł) - nie przekłada się prosto na porządek ideologiczny, nie nosi określonych barw narodowych, nie znaczą go symbole i hasła, choćby nawet najbardziej szlachetne i podniosłe. Nie jest on ani żydowski, ani polski. I przeciwnie [...] - z perspektywy etycznej antypolonizm jest równie paskudny i złowieszczy jak antysemityzm.

Starałem się też powiedzieć - i to mocno podkreślam raz jeszcze - że Holokaust, i w ogóle każde cierpienie, nawet najstraszliwsze i najbardziej rozległe, nie jest jakąś moralną ścierką. Że nie unieważnia i nie wyciera z pamięci zła, które przed nim popełniały przyszłe ofiary, jakby nie okazały się później heroiczne i święte. [...]

Ale jedno jest pewne. [...] Nie może być tak, że dokonuje się tu pewnego przeniesienia. Z głównych chociażby sprawców tej zbrodni, Niemców ogarniętych szaleństwem hitleryzmu (a także kolaborujących z nimi reżymów, społeczeństw czy formacji), na Polaków. I to niezależnie od rozległości i dzikości naszego antysemityzmu, niezależnie nawet od okrucieństwa mordów i pogromów przez nas sprawianych, niezależnie nawet od ich rozległego zakresu. [...]

To jedno. A drugie to pisana nam wszystkim pospólnie konieczność rozprawienia się z dziedzictwem polskiego antysemityzmu, z historią naszych win i zbrodni wobec żydowskich sąsiadów. [...]

Warto zarazem, abyśmy się w tym mówieniu i odkrywaniu ustrzegli od ideologicznych czy propagandowych stereotypów [...], które narzucają nam odgórnie, z niewiadomego nadania, co jest rzekomo "poprawne", a co nie jest. Które uciekają się do logicznych kwantyfikatorów dużych, a w rezultacie do tzw. błędu kompozycji, czyli np. wniosków, że każdy człowiek lewicy zachowuje się godnie w obliczu zła, każdy Żyd jest chytry, a każdy Polak - i pijany, i antysemita. Jeśli doktor Piotr Kendziorek z tym ostatnim przekonaniem nigdy się nie zetknął, to jest człowiekiem doprawdy szczęśliwym. Zazdroszczę mu bardzo, podobnie jak mocnej wiedzy o tym, gdzie i w pracy jakich ideologicznych cepów kryje się prawda. Cała prawda.

@RY1@i02/2017/034/i02.2017.034.000002500.801.jpg@RY2@

Prof. Zbigniew Mikołejko

filozof i historyk religii

Całość czytaj na GazetapPrawna.pl oraz Dziennik.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.