Pieniądze nie dają szczęścia. One dają uznanie
C zy pensja tak wielka, że bez problemu wystarczy na kupno sporego jachtu (i późniejsze jego tankowanie), jest sensownym sposobem motywowania prezesa korporacji? Czy może nie chodzi o sam jacht? Tylko o to, że jego brak zostałby uznany przez prezesa za wyraz braku szacunku dla jego pracy i kompetencji? Wierzcie lub nie, ale istnieje wiele poważnych prac ekonomicznych, których przedmiotem zainteresowania jest właśnie „teoria sprawiedliwej płacy prezesa korpo”.
W 2016 r. ekonomicznego Nobla dostał Bengt Holmström. Ten fiński ekonomista jest znany jako badacz teorii kontraktu. Już w latach 70. i 80. pisał, dlaczego w tworzeniu mechanizmów płacowych dla najlepiej opłacanych szefów tak ważne są dodatkowe zachęty. Twierdził, że bez nich menedżer przestanie się starać, i aby zmusić go do wysiłku, trzeba np. powiązać wyniki firmy z bonusami dla niego. Ta premia za sukces sprawi, że korpodecydent zapomni o wszystkim i rzuci się do wytężonej roboty.
Takie podejście zdominowało myślenie o wynagrodzeniach najlepiej opłacanych menedżerów w minionych 30 latach. Jednocześnie nie można jednak zapominać, że żyjemy w świecie po 2008 r. W czasach, gdy przez światową debatę ekonomiczną przetoczyła się wielka fala oburzenia na rolę, jaką kontrakty menedżerów odegrały w przygotowaniu gruntu pod krach. Prezesi zgarniali wysokie bonusy za dobre wyniki – po czym okazywało się, że te dobre wyniki polegały często na cięciach i wydrenowaniu firm ze wszystkich perspektywicznych zasobów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.