Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Francuski ból głowy o przyszłość Rosji to nie nasza sprawa

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

P rezydent Francji Emmanuel Macron i prezydent elekt Czech Petr Pavel studzili nastroje europejskich jastrzębi domagających się bezwzględnej postawy wobec Moskwy za inwazję na Ukrainę. Macron stwierdził, że Francja nie chce „zmiażdżenia” Rosji, lecz pokonania jej na polu bitwy. Tym samym nieco zniuansował czerwcowe stanowisko, w którym apelował, żeby Kremla „nie upokarzać”. Podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium wtórował mu Pavel, ostrzegając, że upadek państwa rosyjskiego może wywołać globalne reperkusje i stworzyć dodatkowe komplikacje w rokowaniach pokojowych. Choć żaden nie zanegował konieczności militarnego wsparcia Ukrainy, ich propozycje kontrastują mocno z linią, którą obrał prezydent USA Joe Biden.

Po tym, jak niektórzy Europejczycy na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa wychodzili ze sprzecznymi wewnętrznie pomysłami, amerykański przywódca przed rocznicą rozpoczęcia rosyjskiej inwazji pojechał do Kijowa. Wizyta była niezaplanowana, ryzykowna, a nade wszystko arcy potężna symbolicznie. Jasno nakreślił, co jest stawką tej wojny, nie bardzo przejmując się utratą twarzy przez Władimira Putina, za to łącząc swoje dziedzictwo polityczne z losem Ukrainy. Stany Zjednoczone mają swoje problemy, mierzą się z odradzającą się hydrą izolacjonizmu, i to w dość prostackim wydaniu. Czasem w naszych oczach bywają zbyt powściągliwe z pomocą wojskową dla Ukrainy, zanadto zaniepokojone reakcją Rosji. Ale Białemu Domowi nie można odmówić konsekwencji i metody polegającej na stopniowym podnoszeniu rosyjskich kosztów inwazji. Dla Amerykanów Putin dawno przekroczył Rubikon. Biden już rok temu mówił w Warszawie, że obecny przywódca nie może pozostać u władzy, choć później jego otoczenie rozwadniało te słowa. W Waszyngtonie panuje przekonanie, że w długim marszu zgrupowany wokół Amerykanów świat Zachodu okaże się silniejszy. A wyrażane publicznie zaniepokojenie o losy kremlowskiej kliki nie przystoi przywódcy największego mocarstwa świata, choć może pasuje do mniejszych, bardziej przestraszonych.

W gronie takich przywódców zdaje się sytuować Macrona rosyjska machina wojenna, kiedy ustami rzeczniczki MSZ Marii Zacharowej mówi, że słowa francuskiego prezydenta „nic nie znaczą”. Dla Europy jednak znaczą, a szczególnie dla państw wschodniej flanki NATO, które bez większych różnic prezentują od początku wojny postawę uchodzącą jeszcze ponad rok temu za radykalną: żadnych negocjacji na rosyjskich warunkach. Kraje dawnego bloku wschodniego wspierają Ukrainę nie tylko z uwagi na strategiczne cele czy międzynarodowe sojusze, lecz także – a czasami przede wszystkim – walczą o własną podmiotowość, o sprawczość. Dziesiątki milionów obywateli UE na własnej skórze doświadczyło „russkiego miru” i apelowanie dziś do tych państw o wyrozumiałość i długoterminowe refleksje nad międzynarodowym porządkiem, jest – po roku trwania inwazji – zwyczajnie niepoważne. Oczywiście władze każdego państwa byłego bloku sowieckiego, które dopiero od trzech dekad może cieszyć się wolnością, zdają sobie sprawę, że ta podmiotowość w globalnym porządku będzie tak realna, jak realny jest amerykański parasol ochronny.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.