Kaczyński swoją zbyt śmiałą deklaracją próbuje wypchnąć Zachód ze strefy komfortu
Po kojowa misja NATO w Ukrainie, o której mówił w Kijowie wicepremier Jarosław Kaczyński, najpewniej nigdy nie powstanie. Trudno dać wiarę, że rządy Niemiec, Francji czy nawet Włoch i Hiszpanii zdecydują się na ryzyko narażenia życia swoich żołnierzy w kraju, w którym Rosja pogwałciła podstawowe zasady prawa międzynarodowego. Nie dojdzie też z pewnością do akcesji Ukrainy do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Władimirowi Putinowi skutecznie udało się przestraszyć Zachód. Rosyjski prezydent zbudował wrażenie balansowania świata na skraju III wojny światowej. I niemal wszyscy to łyknęli. Kreml nie zdobył żadnego ważnego miasta, ale uwikłał władze w Kijowie w wojnę, która rodzi setki dylematów, pytań i problemów. Od braku w stolicy lotniska po obecność obcych wojsk czy nasycenie kraju bronią i ładunkami wybuchowymi. Od zwycięstwa pomarańczowej rewolucji w 2004 r. Putinowi zależało na tym, by świat uwierzył, że Ukraina jest państwem jeśli nie upadłym, to przynajmniej upadającym. Dziś – mimo szerokiej sympatii dla bohaterstwa Ukraińców – jest blisko osiągnięcia tego celu.
Czy w takich warunkach ma sens mówienie o pokojowej misji NATO w Ukrainie? Czy budowanie takiej iluzji może stwarzać fakty i rzeczywistość polityczną, a nie pozostawać fraszką?
Robert Krasowski w książce „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”, w której jeden z rozdziałów jest poświęcony ocenie polityki zagranicznej Lecha i Jarosława Kaczyńskich, pisze o „przerysowanych gestach”, w których bracia Kaczyńscy są mistrzami. Dalej przekonuje jednak, że w przypadku krajów – nazwijmy to umownie – z geopolitycznego przedpokoju, te przerysowane gesty mają sens, bo zaznaczają ich odrębność i windują oczekiwania. To z kolei sprawia, że w realnych negocjacjach i w realnej polityce kraj o relatywnie niedużym potencjale może osiągać cele znacznie powyżej swojej wagi. Dokładnie tak samo jest z propozycją wysłania do Ukrainy sił pokojowych pod flagą NATO. Nie chodzi o to, że taka misja mogłaby zaistnieć. Chodzi o przesunięcie oczekiwań do stratosfery i uzyskanie czegoś z górnej półki. Czymś takim może być np. próba wypracowania dla Ukrainy – po zawieszeniu broni – gwarancji bezpieczeństwa w formie umowy międzynarodowej, a nie deklaracji, stworzenie realnego planu odbudowy państwa i jego infrastruktury, czy nadanie statusu kandydata do UE. Umowa jest źródłem prawa międzynarodowego i nie można jej tak łatwo pogwałcić, jak np. deklaracji budapeszteńskiej z 1994 r., która za rozbrojenie atomowe Ukrainy miała zapewnić nienaruszalność granic tego państwa. W 2014 r., gdy Putin zajmował Krym i wywoływał separatyzm na Donbasie, nikt jakby o niej nie pamiętał. Dla upierdliwców, którzy o niej mówili, był tylko jeden argument – deklaracja nie jest i nie była źródłem prawa. Gwarantowanie bezpieczeństwa umową ma inną wagę. Podobnie jak plan odbudowy czy wyciągnięcie Ukrainy z szarej strefy bezpieczeństwa poprzez nadanie jej statusu państwa kandydującego do Unii Europejskiej.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.