Dziennik Gazeta Prawana logo

Patriotyzm a propaganda

11 października 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

T adeusz Płużański, autor artykułu pt. „Miłość ojczyzny po postkomunie” (DGP nr 194), odebrał wykształcenie historyczne, więc jego poglądy i postulaty zawarte w tekście muszą budzić najwyższe zdumienie. Wynika z nich, że Autor zapomniał, na czym polegają zasady badań historycznych i czym jest historia jako dziedzina nauki. Pozwolę więc sobie przypomnieć pewne kwestie. Przez wieki dziejopisarstwo miało do wypełnienia praktyczne cele: historia miała dostarczać przykładów do naśladowania, historyk bowiem był moralizatorem. Miała wyposażać rządzących w argumenty potrzebne w politycznej walce, uzasadniać roszczenia, głosić chwałę panujących i własnego narodu. Miała też „uczyć patriotyzmu”. Ten model pragmatycznej, jak mówią specjaliści, historii został zakwestionowany w XVII w. między innymi dlatego, że tak uprawiana kompletnie straciła wiarygodność – w związku z rosnącym powoli poziomem wykształcenia wyższych warstw społecznych coraz łatwiej można było wychwytywać manipulacje, przekłamania albo wręcz kłamstwa historyków.

Odpowiedzią na ten kryzys był rozwój nowoczesnego warsztatu historyka, opartego na obowiązku weryfikowania wszystkich przekazów źródłowych, oceny, czy są autentyczne i w jakim stopniu są wiarygodne. Drugim kluczowym elementem był bezwzględny nakaz zachowania bezstronności: nie wolno było ujmować dziejów z perspektywy źródeł, z których korzystał czy z punktu widzenia jego mecenasów. Ten proces był długotrwały i dramatyczny, wiązał się z dążeniem do zdobycia przez historyka autonomii wobec swych zleceniodawców: państwa i Kościoła. Duża grupa badaczy w owym czasie związana była z Kościołem katolickim – mowa np. o zakonnikach. Ich praca często prowadziła do konfliktów, rzetelne bowiem zbadanie źródeł mogło wykazać, że np. zakon, szczycący się ponad tysiącletnią tradycją (miał jakoby być założony przez jednego z biblijnych proroków), naprawdę istnieje… zaledwie 500 lat. Tak rodziła się nowa humanistyka, która miała realizować wyłącznie jeden cel: poznawczy. Historyk miał obowiązek upubliczniać wyniki swej pracy niezależnie od ich wydźwięku. Jeżeli z przeprowadzonych, rygorystycznie opartych na zasadach krytyki naukowej, badań źródłowych wynikało, że czczony powszechnie bohater narodowy (to już nieco późniejsza historia) to łobuz, historyk miał obowiązek te badania ogłosić, nawet gdyby tamten był postacią bliską jego sercu. Takie jest abecadło współczesnego historyka.

Tadeusz Płużański zdziwi się być może, że piszę o tym w związku z jego tekstem, w którym przecież nawołuje do uczenia prawdy historycznej. Cóż bowiem jedno ma z drugim wspólnego? Ano to, że zaprzęgając historyków (w tym nauczycieli historii) do realizowania misji „uczenia miłości ojczyzny”, wpisuje się publicysta Płużański w dawno już przebrzmiały i – co gorsza – skompromitowany model historii pragmatycznej. Wracanie do niego nie przyniesie niczego dobrego ani historii, ani sprawie, o którą pan Płużański walczy.

Bo dzieje, proszę Pana, nie są jednoznaczne i nie są czarno-białe. Podobnie nie jest taka rzeczywistość. Domaga się Pan kategoryzowania ludzi w oparciu o proste dychotomie: bohater – zdrajca, swój – obcy, dobry – zły. To trochę dziecinne. Przywołuje Pan przykład Stanów Zjednoczonych, których obywatele są „dumni ze swojej historii”. Oni jednak przerobili swoją lekcję, podobnie zresztą jak Finowie. Warto zwrócić na to uwagę w kontekście szerzącego się i propagowanego przez władze kultu żołnierzy podziemia niepodległościowego po 1945 r. Cóż bowiem działo się w Polsce tuż po zakończeniu II wojny światowej? Otóż trwała wojna domowa. „Żołnierze wyklęci”, pomijając krótki okres po maju 1945 r., nie zabijali obcych najeźdźców, czyli Rosjan: oficerów Armii Radzieckiej stacjonującej w Polsce, funkcjonariuszy NKWD. Nie zorganizowali zamachu na żadnego radzieckiego dygnitarza. Zabijali Polaków, których uważali za zdrajców: milicjantów, lokalnych działaczy partyjnych czy przedstawicieli administracji państwowej, także chłopów, którzy wzięli ziemię z reformy rolnej (pomijam tu zwykłych bandytów, których nie brakowało w tamtych czasach po obu stronach). Taka jest logika wojny domowej. Przeciwników odsądza się od czci i wiary, piętnuje jako zdrajców i zbrodniarzy. Obowiązywała ona w PRL-u w odniesieniu do podziemia niepodległościowego, a obecnie – w zasłonie dymnej „prawdy historycznej” – proponuje ją Pan Płużański w odniesieniu do drugiej strony politycznego sporu. Tymczasem, jak już dziś rozumieją Amerykanie po wieloletnich sporach wokół wojny secesyjnej (a Finowie – wokół wojny domowej w 1918 r.), każda ze stron miała swoje argumenty. Mądrzy ludzie mawiają, że nikt nie ma tyle racji, by ten drugi nie miał jej choć trochę… W pewnym momencie warto zresztą zrozumieć, że w wojnie domowej nie ma zwycięzców. Wszyscy są przegrani. Więc może byłoby lepiej, gdybyśmy 1 marca obchodzili Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych i ich Ofiar…

Pan Płużański chce, by w szkołach nauczano o PRL-u jako o mrocznych czasach prześladowań i cierpień. Wyobraźmy sobie ucznia, który z lekcji wraca z takim obrazem, a następnie sięga po rodzinne albumy fotograficzne, z których wyłania się zupełnie inny obraz. Co Pan zrobi z olbrzymią popularnością Gomułki w 1956 r.? Gierka w pierwszej połowie lat 70.? Z dwoma milionami członków PZPR? Z rzeszą rolników, którzy oceniali okres gierkowski jako najlepszy w historii? Przemilczy? Zmanipuluje, kwitując, że „ludzie zostali oszukani” albo że ich sterroryzowano? Będzie wówczas tak jak z kłamstwem o Katyniu. Kiedy w PRL-u ucznia wyposażonego w oficjalną wiedzę o tej tragedii konfrontowano z bardziej wiarygodnymi przekazami, tracił zaufanie do całej oficjalnej historii i np. odnosił się z niewiarą do informacji o Berezie Kartuskiej. Taki jest skutek, jeśli w ramach „patriotycznego wychowania” zaczniemy uprawiać politykę historyczną, czyli po prostu propagandę. Zastanawiam się przy okazji, na jakich badaniach oparł się Autor, twierdząc, że w III RP „nauczano”, „przekazywano wiedzę” w taki, a nie inny sposób. Skąd wie, jak nauczało historii tych kilkunastu tysięcy nauczycieli w kilkudziesięciu tysiącach szkół w Polsce? A swoją drogą, jak można było uczyć o Jaruzelskim, skoro, jak Pan pisze, realizacja programu kończyła się na 1945 r.?

Na dodatek proponowany przez Pana Płużańskiego model patriotyzmu, który chciałby zaszczepiać młodzieży, też budzi pewne wątpliwości. Jest to patriotyzm oparty na wzorach postaw w sytuacjach ekstremalnych, niekoniecznie nadających się do zwykłego życia. Będzie to patriotyzm płytki i powierzchowny: ubrany w koszulkę z kotwicą Polski Walczącej lub ze stosownym napisem (np. „1944 – pamiętamy!!!”) młody człowiek bez skrupułów wyrzucający śmieci do lasu, niewahający się przed podatkowym szalbierstwem, a na dodatek nieumiejący mówić poprawnie po polsku...

Na koniec muszę stwierdzić, że w jednym w pełni podzielam opinię Autora – w pochwale międzywojennego systemu szkolnego. Szkoda, że obecny rząd zlikwidował, podobną do tej z lat 30., trójstopniową strukturę szkolną, a przywrócił tę z PRL. Warto przy tym wspomnieć, że owo wychwalane przez Autora pokolenie, które tę międzywojenną szkołę kończyło, pokolenie Kolumbów, było wychowane nie tyle na kanonie „Bóg, honor, ojczyzna”, ile przede wszystkim na szacunku do państwa polskiego. ©

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.